wtorek, 23 października 2018

Tydzień z życia Adeli - rozdział 6

30 września
niedziela
20:00

Patrzyła na pierzaste liście paprotki od godziny, choć w pokoju było już niemal zupełnie ciemno. Z ulicy wpadał mdławy blask latarni, a radio w kuchni szeleściło niemrawo, sącząc jakąś listę przebojów, której słuchała od dwudziestu lat z okładem.
Kupiła kwiatek rano, pod wpływem jakiegoś irracjonalnego impulsu, gdy wracała z osiedlowego sklepiku z mlekiem i bułkami w torbie. Kwiaciarnię otwarto niedawno, w oknie wystawowym piękniły się wielopędowe storczyki i inne wymyślne ikebany; ale jeśli szło o paprotki to wyboru nie było. Asymetrycznie ostrzyżona florystka tylko uniosła brwi zdziwiona i przyniosła z zaplecza doniczkę, która chyba zaplątała się przez przypadek w dostawie egzotycznych epifitów.
Adela nie zapytała nawet, jak często trzeba kwiat podlewać, w końcu zamierzała zalać go wódą, którą kupiła w otwartym non stop monopolowym i wrzuciła do siatki z bułkami. Ale gdy już wtarabaniła się na trzecie piętro (winda znowu wysiadła…) i rozpakowała zakupy, przeszła jej ochota na wygłupy. Pomysł z wlewaniem wódki do rośliny wydał jej się idiotyczny.
Sącząc poranną, mleczną kawę chodziła po mieszkaniu w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca na doniczkę. Prawie do południa przestawiła ją bodajże z dziesięć razy, po czym siadała i wpatrywała się w kwiat, jakby był istotą z innej planety. Dlaczego przestała trzymać w mieszkaniu rośliny? Pewnie dlatego, że w ogóle o nie nie dbała i wszystkie, które kiedykolwiek dostała w prezencie, lądowały zasuszone w zsypie.
Wpatrywanie się w plamę zieleni przywoływało przeróżne wspomnienia, chociaż wszystkie z nich były bure, szare lub smoliście czarne. Usiłowała przypomnieć sobie jakieś momenty szczęścia, ale oprócz kilku prywatek ze Stefanem i pewnego Sylwestra z lat siedemdziesiątych nie potrafiła niczego takiego przywołać. Gdzieś tam migały wspomnienia wypraw z rodzicami do kawiarni, ale była prawie pewna, że akurat te były wymyślone.
Gdy leżała skrępowana pasami na szpitalnym łóżku, albo siedziała zakutana w kaftan, miała dużo czasu na snucie wspomnień, na wymyślanie ich takimi, jakimi naprawdę powinny być. Robiła to jednakże w jakiś irracjonalny sposób: wszystko to, co faktycznie było przyjemne, zniekształcała tak, aby wypaczyło się w traumatyczny koszmarek. Tym sposobem nadwrażliwy Stefan, który troszczył się o nią i o ich nienarodzone dziecko, stał się potworem, który doprowadził do jego śmierci, do jej zamknięcia w psychiatryku, a potem do rozwodu. A przecież to ona była temu winna. To ona piła, to ona się cięła, to ona wszczynała awantury i okładała męża pięściami. A teraz próbowała wmówić sama sobie, że to w nim tkwiło całe zło.
Westchnęła ciężko i spojrzała na nietkniętą butelkę wódki stojącą od rana na stole. Bursztynowy płyn połyskiwał w blasku latarni.
A może by tak jednak się napić? Tylko kieliszeczek…?
Znała się jednak zbyt dobrze, wiedziała, że na jednym kieliszeczku by się nie skończyło. Wydoiłaby całą butelkę, a potem poturlała się do monopolowego po więcej. Tylko tym razem nie byłoby przy niej Stefana, który wyłuskałby ją z zarzyganej pościeli i wrzucił do wanny.
Ciekawe, co się z nim teraz działo?
Przez lata wmawiała sobie, że nic ją to nie obchodzi, i początkowo faktycznie tak było. Po rozwodzie wyjechał gdzieś za granicę, do Szwecji czy Szwajcarii, a może do Finlandii? Nie wiedziała, jak udało mu się zdobyć potrzebne dokumenty, przebić za żelazną kurtynę i dotrzeć tam, gdzie nigdy nie miała go znaleźć. Czy był szczęśliwy? Czy ułożył sobie życie z jakąś wysoką, białowłosą Ingrid, która nie miała nałogów? Z jakąś Kirsti, której fiordy jadły z ręki? Przez lata nie kontaktowała się z siostrą, od dekady prawowitą obywatelką Kanady, jedyną osobą, która mogła wiedzieć, gdzie się podział Stefan, czy w ogóle jeszcze żył. Dawno temu podarła kartkę z zagranicznym numerem siostry.
Pogodziła się z myślą, że być może już nigdy się nie spotkają. Zresztą, niespecjalnie się lubiły. Ba! Przez całe życie nienawidziła ułożonej prymuski, pedantycznej, sztywnej jak kij od szczotki ulubienicy rodziców. Bo że kochali ją bardziej, to wiedziała na pewno, choć nie zapytała ich o to nigdy, a teraz mogła co najwyżej porozmawiać z ich mogiłami.
Na cmentarzu nie była od kilku lat.
Jak to się stało, że stała się taką zasuszoną mumią? Dlaczego odcięła się od rodziny, tych kilku koleżanek, dlaczego po rozwodzie ze Stefanem nigdy nie spróbowała nawet pójść na randkę, choć mężczyźni zerkali na nią łakomie zanim się tak haniebnie zapuściła?
Nie miała nawet kota, choć pewnie i jego zasuszyłaby jak doniczkowe kwiatki.
Prawda była taka, że Adela nienawidziła przede wszystkim siebie. Początkowo było to tylko niskie poczucie własnej wartości, potem niechęć, a w końcu nienawiść do własnej osoby, która sprawiła, że zaczęła się kaleczyć. A potem było już tylko gorzej, staczała się w dół spiralą samozagłady z której nie było ucieczki.
Ktoś taki nie zasługiwał na drugą szansę, ani na żadną kolejną.
Ktoś taki zasługiwał co najwyżej na paprotkę w doniczce.
Podniosła się z wersalki i podeszła do okna, zerkając na opustoszałą ulicę. Latarnie rzucały na zroszony deszczem chodnik kręgi pomarańczowego światła, gdzieś wył samochodowy alarm, a spiker w radio zapowiadał piąte miejsce na liście przebojów.
Zdawało jej się, że pod jedną z latarni majaczy znajoma męska sylwetka, ale musiało to być przywidzenie. Nikt normalny nie wystawałaby w deszczu w niedzielny wieczór.
           Nawet nienormalny stalker.

sobota, 13 października 2018

Tydzień z życia Adeli - rozdział 5

29 września
sobota
14:00

      Czekała na niego.
     Oczywiście, nie przyznawała się do tego przed sobą; mało tego, prowadziła ze sobą niemą, wewnętrzną przepychankę, jakby beształa się za to nieustanne rozglądanie, za to mało dyskretne przyglądanie się każdemu, kto pojawił się w ogródku.
    Bąbelki z szampana już dawno uleciały, a sałatka stała nietknięta. Adela była głodna czegoś innego, spragniona innych wrażeń niźli tylko przyjemnego pieczenia alkoholu na języku. Przecież i tak nie zamierzała tknąć tego szampana, prawda? Kupiła go tylko po to, by ci wszyscy gówniarze siedzący wokół jej zazdrościli, by zastanawiali się, czy i oni mogą sobie pozwolić na taki luksus, w środku dnia, wtłoczeni w dizajnerskie ramki okularów, w elegancko przystrzyżone bródki, w skarpety z włóknami bambusa i espadryle o sznurkowych podeszwach. Te wszystkie młode matki, siorbiące wodę kokosową i koktajle z natki pietruszki i jarmużu, wściekłe na dzieci srające w eko-pieluchy, które trzeba było prać zamiast szurnąć do kosza. Ci młodzi mężczyźni nerwowo zerkający na ekrany telefonów, mogące w każdej chwili rozbłysnąć awaryjnym wezwaniem do korporacji.
      Jakże ona nimi wszystkimi pogardzała!
     Była już na tym etapie życia, kiedy to gardziło się wszystkim, co było młode. Nie musieli być nawet piękni i szczupli, by wzbudzać w niej tę pogardę, wystarczyło, że po prostu mieli przed sobą wszystko to, co ona już zdążyła tak spektakularnie spieprzyć i zmarnować.
     Tak jak wczorajszego wieczora.
     Śmiała się z siebie, ale był to śmiech przez łzy. Żałowała, że nie pozwoliła się zaczepić temu chłopakowi. Co mógł jej zrobić? Okraść? Z czego, skoro wszystko przepuściła w knajpie na kolejki stawiane barmanowi? Zgwałcić? Wolne żarty! Była już towarem zdecydowanie przechodzonym i nierębnym, gwałtu na niej nie ryzykowałby największy desperat! A tamten facet desperatem przecież nie był, prawda? To znaczy był, ale ewidentnie w jakiejś aseksualnej materii. W końcu pojawiał się w jej stałych, ulubionych miejscach. 
     A może to były jego ulubione miejsca, a ona po prostu wcześniej go nie zauważyła? Czy pamiętała twarze wszystkich stałych bywalców tych swoich rytualnych miejsc? Oczywiście, że nie pamiętała, miała gdzieś ludzi, którzy się tam pojawiali. On jednakże przykuł jej uwagę i miała wrażenie, że zaczyna projektować jego obraz na każdego, że zaczyna zauważać go wszędzie. Co takiego było w jego twarzy, że nie mogła przegnać jej obrazu z pamięci? Może ten jego szlachetny, chopinowski niemal, orli nos?
     Nagle przypomniała sobie, jak bardzo bolało złamanie.
     A potem coś jeszcze: to wcale nie Stefan złamał jej nos. On tak naprawdę nigdy jej nie uderzył, prawda? Spadła wtedy ze schodów, po pijaku. Ale Adela chciała, żeby tak było, chciała zrobić z niego potwora, choćby tylko we wspomnieniach, kogoś, na kogo mogłaby zwalić całą winę za ich nieudane małżeństwo, za ich rozstanie. Nie chciała pamiętać, że Stefan tak bardzo walczył o ten związek, że tak bardzo chciał, by wyzdrowiała, by przestała się kaleczyć. Chciał tak bardzo, że aż ją ubezwłasnowolnił. 
     Naciągnęła ażurowy rękaw aż na dłoń, ukrywając blizny. Nie pamiętała, od ilu lat nie nosiła bluzek z krótkim rękawem, nie obnażała się publicznie. A i prywatnie nie miała się przed kim obnażać.
     Westchnęła jakoś tak tęsknie i zaczęła zbierać się do wyjścia. Tłumek wokół szemrał, szemrał sztuczny strumyczek ciurglający kanałkiem wykopanym wokół tarasu, szemrały dzieci i ich matki, szemrali chłopcy w okularach w rogowych oprawkach. A w niej szemrała dusza, tęsknie, cichutko, jakby już nigdy nie miała zaśpiewać. 
     Adela uniosła kieliszek, by popatrzeć na niego pod światło. Bardzo to lubiła. W jej życiu zostało już tak niewiele przyjemności...
     I wówczas zobaczyła go, bez wątpienia, to był on; stał po drugiej stronie ulicy; nie, nie stał, odwracał się by odejść, jakby miał dosyć oglądania nędznego spektaklu, w którym ona była statystką, w którym nie było głównego aktora.
     Zerwała się, szurając krzesłem po żłobionych deskach tarasu, czuła, że zahaczyła rajstopami o rattan i z pewnością wyrwała w nich dziurę, ale nie zamierzała się tym przejąć, rzuciła się przez tłum; jakiś samochód zatrąbił, ona przebiegła niezdarnie przez ulicę, gotowa dopaść mężczyzny i dopomnieć się o swoje, poznać jego tożsamość, zapytać, kim był i dlaczego ją śledził, bo że to robił - nie miała już żadnych wątpliwości.
     Zniknął w tłumie, zanim nawet zdołała przejść na drugą stronę. Stała jak idiotka na środku chodnika, ludzie poszturchiwali ją, torebka szurała o płyty chodnikowe. 
     - Jesteś wariatką, durną, starą babą z urojeniami! - szepnęła do siebie. - Nic ci nie pomogły te wszystkie piguły, te wszystkie terapie, odwyki, oddziały zamknięte. Jesteś, byłaś i będziesz wariatką - mówiła do siebie, nie zwracając uwagi na dyskretne spojrzenia i poszepty, z dali, jak z innego świata. - I nie ma już Stefana, który by ci pomógł tym razem. Wyżęłaś go jak szmatę i jak szmatę wyrzuciłaś. I przestań się łudzić, że jakiś młody przystojniak się tobą zainteresował. Może wziął cię za znajomoą własnej babki, jakąś dawno niewidzianą pociotkę?
     I szła tak Adela, zrezygnowana, nie wiedziała nawet dokąd. Donikąd najpewniej. Szła donikąd...

piątek, 5 października 2018

Tydzień z życia Adeli - rozdział 4


28 września
piątek
około 22:00

Powoli zaczynało to ją nudzić.
Postanowiła sobie już miesiąc wcześniej, że zamieni te piątkowe wieczory w knajpie na wyjścia do kina, jednakże ciągle nie potrafiła wcielić tego postanowienia w życie. Mimo tego, że lokal był dość podły, wiązało się z nim tak wiele wspomnień, różnorakich, i tych dobrych, i całkiem podłych, że nie potrafiła zrezygnować z przychodzenia tutaj.
Kiedyś była to popularna wśród studentów restauracja, którą zamknięto, gdy była już mężatką. Pamiętała zadymione, ciasnawe pomieszczenia, parkiet dancingowy, na którym przygrywał zespół złożony z zasuszonych, zawsze nieco podchmielonych muzyków; pamiętała grubawego wodzireja w cekinowej marynarce. Dałaby sobie rękę uciąć, że to właśnie on był pierwowzorem tego filmowego, i nie potrafiła sobie przypomnieć, czy w konkurs „szampan-macabre” pierwszy raz widziała na ekranie, czy właśnie tutaj, kiedy to Stefan tego szampana faktycznie wygrał.
Wypili go leżąc na jakimś dachu, jak w piosence Perfectu. I to właśnie na dachu, na kocu, tak samo jak w piosence, Stefan się na niej położył.
Gdyby wówczas go pogoniła, jej życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Ale nie pogoniła go. Miała ochotę, a on był taki szarmancki, taki delikatny, cytował jakieś wiersze, choć pewnie zmyślał je na poczekaniu, co swoją drogą też było jakimś talentem; łaskotał ją przydługimi włosami, taki rozkosznie natrętny, i taki podobny do uwielbianego przez nią Lennona… To był jeden z tych okresów, gdy zaczynała znowu widzieć świat na kolorowo, gdy smutek odchodził i przez chwilę wydawało jej się, że jednak będzie z nim szczęśliwa. Oboje mieli orle nosy, ich dziecko pewnie wyglądałoby jak krogulec.
Nigdy nie dowiedziała się, jak wyglądałoby ich dziecko.
Zabrali je, urodziło się martwe. Była nieprzytomna od leków, nie pamiętała niczego z tamtych koszmarnych dni i wiedziała, że tak było lepiej. Nie chciała pamiętać wiecznych kłótni o picie i palenie w ciąży, wrzasków Stefana, jego wściekle zmrużonych oczu i jęków w łazience, w której zamykał się po każdej scysji, bezsilny, pokonany, bezradny jak dziecko. A ona wychodziła wtedy na balkon i paliła, na złość jemu i na złość całemu światu.
To jednak nie on i nie świat zapłacili najwyższą cenę za jej grzechy.
Już wtedy się leczyła, łykała prochy garściami zanim jeszcze zaszła w ciążę. Musiała je odstawić, lekarz zadecydował, że nie utrzyma ciąży jeśli nie zmniejszy dawek. A przecież chciała tego dziecka, prawda? Bardzo chciała. Choroba jednakże była silniejsza, a w tamtych czasach postrzegana była jako dziwactwo i wariactwo. Depresja? Do roboty się weź! Chłopa se znajdź! Jesteś po prostu leniwa i gnuśna! Słyszała to co chwilę, nawet od lekarzy. A tak bardzo nie chciała się wyróżniać, tak bardzo nie chciała być inna!
Zdecydowała się na wizytę u psychiatry w odległym mieście, pojechała dzień po tym, gdy po pijaku chciała ukręcić sobie pętlę z krawata Stefana, jedynego, jaki miał. Wystraszyła się tych myśli, wystraszyła się tych szponów wbitych w mózg, tych podszeptów, że prościej będzie ze sobą skończyć, niż żyć i udawać, iż wszystko jest w porządku.
A przecież było, prawda? Miała pracę, Stefan również, dostali kawalerkę z kwaterunku, jakieś bony na telewizor od jego rodziców, paprotkę w doniczce od koleżanek z biura, na parapetówce. A więc miała kiedyś paprotkę, zdążyła po prostu o niej zapomnieć. Mimo tego wszystko ją bolało: głowa, serce, dusza.
W tamtych dniach psychiatria dopiero raczkowała, leki zamieniały ludzi w zombie. Ale chciała wyzdrowieć, choć ciągle wmawiano jej, że przecież to nie jest żadna choroba. Gdy wspominała załzawione oczy Stefana znikające za drzwiami oddziału zamkniętego, za wzmocnionymi drutem, żółtawymi szybkami, coś w niej umierało za każdym razem, jakaś maleńka iskierka, która rozbłyskiwała ciągle i ciągle od nowa tylko po to, by ciągle i ciągle boleśnie gasnąć, w chwilach takich, jak ta.
Machnęła na pożegnanie barmanowi i wyszła w zimny mrok, opatulając się szalikiem. Zostawiła za sobą zgiełk retro dyskoteki, podczas której już nikt nie tańczył. Spelunka tonęła i chyba tylko ona i wódki, których nie wypijała, a za które płaciła bajońskie sumy, utrzymywały ją na powierzchni.
Ścisnęła w dłoni maleńką torebeczkę i postawiła kołnierz płaszcza.
Co sobie myśleli ci wszyscy pijaczkowie przesiadujący tam razem z nią? Co takiego miała w twarzy, że nikt się nigdy do niej nie dosiadał, nikt, oprócz barmana, nie próbowała zagadywać?
Rozejrzała się niepewnie i serce skoczyło jej do gardła, gdy dostrzegła sylwetkę mężczyzny opierającego się o słupek latarni. Gdy rozpoznała w nim chłopaka z baru, przez moment poczuła ulgę, ale zaraz potem panikę, gdy zgniótł niedopałek czubkiem buta i powili ruszył w jej kierunku. Ulica była pusta, latarnie rzucały na wilgotny beton kręgi mdławego światła i nie wiedziała, czy chce być w nim widoczna, czy może raczej powinna rzucić się w jakieś krzaki i skryć przed nim.
A więc jednak był stalkerem! Co to w ogóle znaczyło? Kim był ten facet i czego od niej chciał, do cholery? To nie mógł być przypadek, nie trzeci dzień z rzędu! Nie tutaj, w środku nocy, na pustej ulicy!
Przyspieszyła, choć nie słyszała za sobą jego kroków. Nie miała zamiaru odwracać się i sprawdzać, w końcu był młody i szybki, gdyby chciał, dopadłby ją bez względu na to, jak niezdarnie zaczęłaby uciekać i ile razy by się odwróciła. Przez moment miała ochotę zacząć wrzeszczeć w końcu okna niektórych bloków wciąż rozbłyskiwały światłem, a tuż za zakrętem była główna ulica, której gwar prawie mogła dosłyszeć. Gdzie podziali się ci wszyscy ludzie, którzy zwykle o tej porze snuli się po ulicach? Gdzie była ta cała imprezowa młodzież, dla której starsza pani była elementem krajobrazu niewiele różniącym się od ogłoszeniowego słupa czy śmietnika? Oni wszyscy nie byli groźni, nic ich nie obchodziła. Ale ten wariat, który ją śledził, który za nią łaził i najprawdopodobniej był już tuż za nią, ten był prawdziwym zagrożeniem.
Dopadła ulicy i wmieszała się w rzadki tłumek, serce waliło jej tak, że miała wrażenie, iż za moment zemdleje ze strachu i wysiłku.
Odwróciła się w końcu, drżącymi rękami przyciskając do siebie torebeczkę.
Uliczka ziała pustką, jak scenografia do taniego horroru.
Pomyślała, że to był zdecydowanie ostatni wieczór w tym pubie  i za tydzień pójdzie jednak do kina, choćby się waliło i paliło!

czwartek, 4 października 2018

Tydzień z życia Adeli - rozdział 3


Rozdział 3
27 września
czwartek
14:00

Mieszała herbatę od niechcenia, chociaż przecież nawet jej nie posłodziła.
Przestała słodzić kilka lat temu, gdy badania wykazały podwyższony poziom cukru. Aż dziw brał, że jej wątroba ciągle się trzymała po tylu latach nadużyć i poza nieznacznie podwyższonym cholesterolem i cukrem była zdrowa jak ryba. Urodziła się jednakże tuż po wojnie, pochodziła z pokolenia dzieci, które biegały na boso, podnosiły i zjadały z podłogi wszystko, co tylko się do zjedzenia nadawało, które kradły owoce z sadów sąsiadów i zjadały je wytarłszy o przybrudzone kurzym guanem ogrodniczki. Pokolenie dzieci niemyjących rąk przed jedzeniem przed półwieczem okazało się o wiele odporniejsze od współczesnych maluchów chowanych pod kloszem i szczepionych nawet przeciwko katarowi.
Rozejrzała się po lokalu, zatłoczonym w porze lunchu. Przychodziła tu w zasadzie tylko dlatego, że dorobiła się karty zniżkowej, i choć ostatnio zmienili szefa i jedzenie stało się zbyt wyrafinowane jak na jej podniebienie, to zaczynała robić się "starczooszczędna" i liczyć złotówki, które jeszcze pozostały jej na koncie.
Gdzie podziały się te wszystkie pieniądze, które zarobiła przez całe życie? Czy Stefan wszystkie je przepił? A może ona to zrobiła? Zanim pierwszy raz podniósł na nią rękę często wychodzili, a wspomnienia tych całonocnych balang, jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, były już mocno poprzecierane. Wówczas piło się i balowało bez umiaru, testując napływające z zepsutego Zachodu alkohole, coś w końcu innego niż znienawidzony samogon, który i tak wlewali w siebie litrami z braku czegokolwiek innego. A przecież nikt wówczas nie nazywał nikogo alkoholikiem. Piła, bo wszyscy pili, paliła, bo nie chciała odstawać. Nigdy nie chciała odstawać, zawsze pragnęła wtopić się w tłum. 
Ostatnimi czasy dużo przesiadywała między ludźmi, choć nie wchodziła z nimi w żadne interakcje. Znajomi wykruszali się jeden po drugim, powyjeżdżali, powymierali. Nie miała dostępu do internetu, nie miała konta na facebooku, przestała płacić abonament i oddała na złom stary telewizor, nie pokusiwszy się o kupienie nowego, płaskiego jak obraz. Została za to częstym gościem nieodległej biblioteki, z której tachała książki całymi reklamówkami, czując się trochę jak wiejska baba podążająca na targ. Żadna przekupa nie sprzedawała jednak książek, a i pobliski ryneczek zamknięto zanim przeszła na emeryturę i mogła zostać jego bywalczynią, wlokącą za sobą sterczący szczypior w torbie na kółkach. 
Jakiś dzieciak rozwrzeszczał się, nie chcąc jeść warzyw; odwróciła się gwałtownie i zacmokała z niesmakiem, po czym zrobiła to raz jeszcze, już nad sobą, jakby ganiąc się za gwałtowną reakcję. Harpun, jak nic, stary, zgorzkniały harpun, którego zaczynał uwierać otaczający świat, oto, czym się stała.
I wówczas znowu go zobaczyła, tuż za plecami spanikowanej matki, która, purpurowa, usiłowała uciszyć syna, bezskutecznie usiłując nie robić sceny.
Ten sam orli nos, te same przenikliwe, jasne oczy, które teraz już bez wątpienia wpatrywały się w nią. Przypomniała sobie, że ma na nosie fotochromowe okulary, które dość skutecznie ukrywały jej wzrok. On swojego nie odwrócił, pewnie uznał, że spogląda na panikującą matkę.
Zamarła, nie chcąc dać mu po sobie poznać, iż zauważyła, że ją obserwuje, a i on udawał, że nie gapi się na nią ostentacyjnie. Czy to możliwe, że zapamiętał ją z poprzedniego dnia? Dziś już nie miała na sobie żadnego egzotycznego kapelusza, niczym się nie wyróżniała, a poza tym pewnie nawet nie widział jej zbyt wyraźnie ponad głowami ludzi, którzy siedzieli między nimi. Może wcale nie patrzył na nią? Może gdzieś z tyłu siedziała jakaś piękna dziewczyna, która przyciągnęła jego wzrok? W końcu był sam, i dzisiaj, i wczoraj. Może najzwyczajniej w świecie wyszedł na podryw? Miasto nie było takie duże, zdarzało jej się już rozpoznawać niektóre twarze, ludzie snuli się tak jak ona, zamawiając w tych samych miejscach te same ulubione potrawy i napoje.
Adela dziś nie zjadła tych co zwykle lodów, było zbyt chłodno, choć załamanie pogody zapowiedziano dopiero na weekend. Była nieco zła, że nie mogła siedzieć w ogródku, a wewnątrz zatłoczonego pomieszczenia wśród wszystkich tych szumiących, buczących i gderających ludzi. Zlane w nieznośną kakofonię głosy były w jej uszach tylko niezrozumiałym bełkotem, dodatkowo rozcieńczonym przez dość nachalną muzykę.
Zaczęła zbierać się do wyjścia, wciąż dyskretnie zerkając w stronę mężczyzny o orlim profilu, a on jakby drgnął gdy zauważył, że wstała. Zaczął przepychać się w stronę wyjścia, chwyciwszy torbę, tę samą, którą miał przy sobie poprzedniego dnia; gorączkowo spakował do niej jakieś papiery.
Prawie zderzyli się w drzwiach, które usiłował przed nią otworzyć. Wyszła, ocierając się o jego wyciągnięte ramię, którym przytrzymywał skrzydło drzwi. Gdy się odwróciła, wciąż stał w wejściu, patrząc za nią, ale po sekundzie cofnął się do wnętrza lokalu, jakby w ostatniej chwili się rozmyślił.
Ale czego właściwie oczekiwała? Że za nią pójdzie? Dlaczego niby miałby to zrobić? Nie znali się przecież, widzieli zaledwie dwa razy. A może był jakimś zboczeńcem? Jakimś, jak to się nazywało... stalkerem? Jakimś uganiającym się za podstarzałymi damulkami geriatrofilem, łowcą majątków, żigolakiem szukającym pani starszej, której utrzymankiem mógłby zostać?
Bez sensu! Nie była majętną matroną, która, wyfiokowana, wychodziła na łów w poszukiwaniu takich jak on kąsków! A może była, ale o tym nie wiedziała? Wolna, niezależna finansowo, pozna młodego, jurnego, wysokiego w celach...
Zaśmiała się pod nosem, czekając na zmianę światła na zielone. Rozłożyła parasolkę, wyprostowała się, wyprężyła, jakby faktycznie mogła się jeszcze podobać. Bo mogła. A przynajmniej tak sobie powtarzała co rano, patrząc w lustro, z którego spoglądała na nią starzejąca się kobieta o bladych oczach, zmęczonej twarzy, zaniedbana po prostu, niekochana, rozwiedziona, zdziwaczała, zadufana w sobie... 
Harpun, ot, co!

środa, 3 października 2018

Tydzień z życia Adeli - rozdział 2

Rozdział 2

26 września
środa
około 16:00

       To miał być ostatni taki ciepły tydzień.
    Adela zmrużyła oczy, unosząc w górę szklaneczkę z piwem. Małe piwo, z sokiem, którego nie zamierzała wypić. Zjadła już lody z owocami i tak naprawdę nie miała ochoty na nic więcej. Niedużą butelkę wody zawsze nosiła w torebce.
     Wystroiła się tego dnia, niby sama dla siebie, ale przecież to było kłamstewko, jakimi oszukiwała się każdego dnia. Chciała się podobać, jak kiedyś, w czasach, gdy była młoda, szczupła i filigranowa. Chłopcy oglądali się za efemeryczną blondynką, powiewającą długim, grubym warkoczem. Była trochę podobna do Poli Raksy. Trochę. Kiedyś.
     Warkocz już dawno zniknął, zastąpiony czerwonawą szczeciną, tak samo, jak filigranowa blondynka, która została pożarta przez tego opasłego harpuna, jakim się stała. Jakiś czas temu, już chyba po rozwodzie, przestało jej zależeć na wyglądzie, przestało jej się chcieć. Łaziła po mieście odziana w workowate kiecki przypominające szaty pokutne, bez grama makijażu na pooranej przez życie twarzy. A nie była przecież jeszcze taka stara. Ani taka pomarszczona. A jednak czuła się jak spróchniałe truchło swojej własnej, dawnej świetności. 
     Tamte dni były jednakże przeszłością, o której starała się zapomnieć, a przynajmniej udawała przed sobą, że zapomniała. Nie chciała już być tamtą wymemłaną przez życie pijaczką, chciała znowu się podobać, nieważne komu, komukolwiek. Zapuściła włosy i zafarbowała je na kasztanowo, z jaśniejszymi pasemkami; stawiała się karnie co miesiąc na farbowanie odrostów. Choć czuła przed tym jakiś irracjonalny strach, pozwoliła zrobić sobie hybrydowy manicure. Z niepokojem patrzyła na zabiegi kosmetyczki, wspominając z rozrzewnieniem tusz do rzęs, w który się pluło i kupowane w Pewexie cienie do powiek, pomadki z Polleny, wszystkie pachnące tak samo i osiadające na zębach. Kobiety dyskretnie wylizywały uzębienie pod zaciśniętymi wargami przy każdej ważniejszej okazji, żeby nie pokazać w uśmiechu nakrapianych na czerwono kłów. 
     Zaśmiała się w duchu, wspominając to wszystko, uniosła do ust szklankę, jednak powstrzymała się w porę.
     Bąbelki w napoju przypomniały jej gruźliczankę z saturatora. Piła taką na pierwszej randce ze Stefanem. 
     Stefan. Cóż za pospolite imię! Tak właśnie pomyślała, gdy się przedstawił, podając jej ogień w studenckiej restauracji, w czasach, w których wszyscy kurzyli sporty do posiłku. Nikt wówczas nie mówił o szkodliwości palenia, a one wszystkie we własnych oczach były takie ponętne, wymachując na wpół wypalonymi papierosami. Nigdy nie lubiła palić, ale nie chciała odstawać od koleżanek. W czasach jej młodości najważniejsze było to, by się dopasować. Identyczne sukienki-bananówki, identyczne okulary-muchy, identyczne bluzki z bistoru w kwiaty. Tylko warkocz sięgający pośladków pozwalał wyłowić ją z tłumu identycznych, wiskozowych lalek.
     Westchnęła, rozglądając się dyskretnie. Czuła się niewidzialna, skryta za przydymionymi szkłami okularów. Obserwowała ludzi przy stolikach, wszyscy zapatrzeni w ekrany telefonów. Prawie nikt nie rozmawiał, nikt nie palił, choć przecież w ogródku za zewnątrz było wolno. Jakaś matka karmiła piersią, wzbudzając niezdrowe zainteresowanie tych, którzy akurat podnieśli wzrok znad ekraników i dyskretnie próbowali zrobić jej zdjęcie, które mogłoby zmienić się w zgarniający setki lajków mem. 
     I wtedy go zobaczyła.
   Wystawił twarz do słońca, zamknął oczy, rozparty w fotelu z technorattanu. Młody chłopak, po trzydziestce. W jej oczach wszyscy mężczyźni poniżej czterdziestego roku życia byli zaledwie chłopiętami.
     Podobał jej się. Miał orli nos, podobny do jej własnego. Do jej żydowskiego nosa z czasów, zanim zaczęła regularnie dostawać po twarzy. Były i pozytywy tej sytuacji, bo po drugim złamaniu jego kształt się zmienił i paradoksalnie przestała mieć z jego powodu kompleksy.
     Otrząsnęła się z niewygodnych wspomnień, oblizała łyżeczkę po raz ostatni i wyłożyła na stolik dwadzieścia złotych, już z napiwkiem. Raz jeszcze spojrzała na mężczyznę, bezpieczna za wielkimi okularami. Zdawało jej się, że na nią patrzy, z pustą twarzą, jasną w plamie słońca jak prześwietlone zdjęcie. 
      Dlaczego niby miałby na nią patrzeć? Była bodajże najstarsza w towarzystwie. Może to przez kapelusz? Przez chwilę poczuła się głupio z jego powodu, wypindrzyła się jak na wyścigi w Ascot. Poczuła, że się czerwieni, spuściła wzrok, patrząc w nietkniętą szklankę, a gdy uniosła oczy, chłopak zbierał się z miejsca, przerzucając przez głowę pasek od torby listonoszki.
     Odszedł, nie patrząc więcej w jej stronę. 
     Przez długą chwilę spoglądała za nim: szedł równym, pewnym, rytmicznym krokiem, jak ktoś, kto doskonale wie dokąd zmierza.
     Adela ze smutkiem skonstatowała, że ona sama zmierzała już tylko do grobu.
     Wstała, zarzuciła na ramiona kwiecisty szal i ruszyła parkową aleją, z dumnie uniesioną głową, niby królowa udająca się na inspekcję wojsk, choć przecież nie czekali na nią żadni żołnierze.
     W mieście nawet nie było koszar.
   




wtorek, 2 października 2018

Tydzień z życia Adeli - rozdział 1


Agata Suchocka
TYDZIEŃ Z ŻYCIA ADELI

1
2 października
wtorek
około południa

Pani Adela uniosła kieliszek i pod światło spojrzała przez niego na ulicę.
Tłum za szybą był tylko migającą, rozmywającą się, widmową kawalkadą anonimowych postaci bez twarzy: w jesionkach nieokreślonego koloru, zgrabiałymi palcami stawiających kołnierze, nie chcących dopuścić do siebie myśli, że jesień już przyszła, nie cofnie się, za moment przyjdą przymrozki i będzie już tylko smutniej, ciemniej i bardziej beznadziejnie. Czy ktokolwiek jeszcze mówił na lekki płaszczyk „jesionka”?
Wiatr na moment rozgonił chmury i Adela właśnie na taką chwilę czekała, aby móc unieść kieliszek i przez łzy osiadające na czaszy spojrzeć na przemykających chyłkiem ludzi, zmarzniętych, spieszących się nie wiadomo dokąd, uciekających przez samymi sobą.
Szyba była czysta.
Właśnie za to lubiła ten lokal: wszystko było nieskazitelnie czyste, obrusy odprasowane, na stolikach stały świeże kwiaty w maleńkich, szklanych wazonikach, niezależnie od pory roku, nawet w środku zimy. Wiedziała o tym, bo przychodziła tutaj dokładnie od roku. Wewnątrz panował duch dawnych czasów, pełgały płomyczki świec, a kryształowe kieliszki podzwaniały na tacach kelnerów w eleganckich liberiach, którzy przemykali pomiędzy stolikami powiewając białymi serwetami przewieszonymi przez przedramiona. Zupełnie jak w międzywojniu. Jej oczywiście nie było jeszcze wtedy na świecie, ale ten miniony z opowieści matki w jej mglistych wyobrażeniach wyglądał właśnie tak: kryształy, świece i wypomadowani kelnerzy z elegancko przystrzyżonymi wąsikami. Tutaj brakowało tylko pomady i wąsików, reszta mniej więcej się zgadzała. Zgadzali się też ludzie: podstarzali, wyelegantowani, tęskniący za światem, który odszedł bezpowrotnie. Idealnie pasowała do tego wnętrza i do tych ludzi: podstarzała i stęskniona. Za czym jednakże tęskniła, tego do końca nie wiedziała.
Pamiętała te kilka odświętnych okazji, kiedy z rodzicami zasiadali w podobnym lokaliku. Rodzice odeszli, lokalik zamknięto, a ona wyprowadziła się na drugi koniec kraju by rozpocząć samodzielne życie. Życie, które teraz, gdy prawie je już przeżyła, wyglądało zupełnie inaczej niż to, które wymarzyła sobie jako wątła dziewuszka wchodząca dopiero w dorosłość.
Na długie, niekończące się dekady wpadła w kierat poprawności i konwenansów. Za to życie, tak bardzo zwykłe, tak schematyczne, takie typowe, zapłaciła najwyższą cenę: życiem właśnie zapłaciła, tym samym, którego w sumie już tak niewiele przed nią zostało. Było zbyt późno, by zaczynać cokolwiek od początku, by raz jeszcze dać sobie szansę. Wszystkie dane jej szanse zmarnowała i teraz mogła się co najwyżej wygłupić udając, że jeszcze cokolwiek jest przed nią.
Teraz, gdy wszystko było już bardziej za nią, mogła na spokojnie rozliczyć się sama ze sobą, rozmyślać nad tym wszystkim, co bezpowrotnie utraciła. I ta świadomość: świadomość nieuchronności przemijania i tego, że nic nie mogła zmienić, napawała ją uczuciem spokoju, pogodzenia się z losem, który nie szykował już żadnych niespodzianek. Zyskała coś, co na tym etapie życia było cenniejsze niż emocje, oczekiwanie nie wiadomo na co i wieczna presja wewnętrznej potrzeby sprostania cudzym wymaganiom.
To była wolność.
Możliwość siedzenia w kawiarence o jedenastej i zamówienia lampki koniaku, którego nigdy nie wypijała. Jak co wtorek zamawiała latte, pączek z różą i koniak.
Kiedy zaczęła pić latte?
Nie bardzo pamiętała. Wcześniej była tylko zawsze niedoparzona kawa z fusami osiadającymi na szklance tkwiącej w plastikowym uchwycie w krzykliwym kolorze: czerwonym, żółtym, granatowym. Te uchwyty nigdy nie pasowały do niczego w mieszkaniu i na stole przykrytym dzierganą serwetą wyglądały topornie i pretensjonalnie, jak wiele gadżetów minionej epoki z czasów, gdy dopiero zachłystywano się możliwościami jakie dawał plastik: lekki, tani, łatwy w obróbce.
Z goryczą pomyślała, że kilkadziesiąt lat temu ona również była lekka, tania i łatwa w obróbce. Westchnęła, zaciągnąwszy się aromatem alkoholu i odstawiła nietknięty kieliszek.
Kiedy przestała pić koniak?
To akurat pamiętała aż za dobrze. Pamiętała jego pierwszy łyk, każdą kroplę z cysterny, którą wlała w siebie na przestrzeni lat, z wszystkimi implikacjami, które wiązały się z książkowym przypadkiem alkoholizmu, i tę ostatnią lampkę, przewróconą, wsiąkający w przykrótki obrus i skapujący z krawędzi blatu płyn, który histerycznie wyłapywała ustami, do ostatniej kropli, nawet tej, która skapnęła na podłogę. Zlizywała ja z niej jak zwierzę.
Nie bardzo wiedziała, dlaczego co tydzień zadawała sobie tę pokutę. Przecież mogła po prostu zapomnieć, albo udawać, że zapomniała; tymczasem w każdy wtorek, a jedenastej, brała w dłoń kieliszek, ogrzewała alkohol i katowała się aromatem, który znała lepiej niż wszystkie inne zapachy świata. Mogła wypić ten koniak.
Albo nie.
I to właśnie była wolność.
 Przez jakiś czas rozważała opcję zamawiania alkoholu codziennie: w poniedziałek wino do kolacji w restauracji, we wtorek koniak do kawy, w środę piwo w ogródku na ryneczku, w czwartek kieliszeczek wiśniówki do lodów, w piątek czysta w tej mordowni na rogu, gdzie zwykła była wpadać po pracy jeszcze zdawać by się mogło tak niedawno, w sobotę szampan, a jakże, do lunchu w japiszońskiej, wegańskiej chilloutowni w parku. Czy alkohol był wegański? Yuppie. Chillout. Weganizm. Przyswoiła ostatnimi czasy całą gamę pojęć, które tak naprawdę nic dla niej nie znaczyły.
A w niedzielę siedziałaby w domu, w pustym mieszkanku na trzecim piętrze bloku, w którym wiecznie psuła się winda, i nalewałaby sobie po kieliszeczku żołądkowej gorzkiej, tylko po to, by całą butelkę wylać sukcesywnie do zasuszonej paprotki.
Nie miała w mieszkaniu ani jednej paprotki i to chyba przeważyło, to sprawiło, że postanowiła ostatecznie nie być dla siebie tak okrutną, nie wydawać bezsensownie pieniędzy na alkohol, który ktoś potem wylałby do zlewu. A może tak naprawdę nikt nigdy nie wylewał całego tego alkoholu? Może ktoś ukradkiem go wypijał, jakiś wymęczony obieraniem marchwi na zapleczu wymoczek pracujący za kilka złotych na godzinę, nie dbający o to, że ktoś mógłby go przyłapać i wywalić z pracy na zbity pysk?
Spojrzała na swoje dłonie, pokryte pierwszymi, bladymi jeszcze plamami, wyglądającymi jak nie dający się zmyć brud. Gotowa byłaby przysiąc, że jeszcze rano ich tam nie było. Ale były: dzisiejszego ranka, poprzedniego i w zeszłym miesiącu, a gdyby pogrzebała w pamięci, to przypomniałaby sobie, że rok temu, gdy po raz pierwszy zasiadła przy tym stoliku, były tam również.
Jej stolik.
Wszyscy wiedzieli, że o jedenastej we wtorek pani Adela przychodziła na kawę i koniak. Zjadała pączek z różą, wypijała latte i bawiła się kieliszkiem, a wszystko to trwało godzinkę i wychodziła tuż przed tym, nim na pobliskiej wieży zegarowej rozdzwaniały się kuranty.
Dzisiaj jednakże ta rytualna godzinka przebiegła zupełnie inaczej i Adela, zasłuchana w dzwony, oznajmiające, że powinna już być na ulicy, wspomniała przebieg dziwacznego zdarzenia, którego uczestniczką stała się wbrew sobie i teraz musiała żyć z wszystkimi jego implikacjami i konsekwencjami.
Gdy dzisiaj weszła do lokalu, zdziwiła się niepomiernie, widząc przy swoim stoliku mężczyznę i już, już chciała zrobić elegancką aferę przemykającemu kelnerowi, sycząc na niego przez zęby, gdy ten szepnął jej konfidencjonalnym tonem: „Pani znajomy już jest, pani Adelo.”
Nie umówiła się z żadnym znajomym, a już na pewno nie z takim, który mógłby być w wieku jej syna, gdyby kiedykolwiek takiego zrodziła.
Ciekawość jednakże zwyciężyła i pani Adela podeszła powoli do stolika, do jej stolika, przy którym siedział dość sztywno podenerwowany chłopak, mający na oko nieco ponad trzydzieści lat, i wpatrywał się przez szybę w przemykających za oknem ludzi, tak jak ona zwykła to robić.
Gdy kątem oka zauważył jej obecność wzdrygnął się i wstał, nieelegancko szurając krzesłem, a Adela poczuła, że blednie nieznacznie, gdy spojrzała w jego twarz, nagle górującą nad nią.
Widziała już tego człowieka.
Widywała go codziennie przez ostatni tydzień.


czwartek, 23 sierpnia 2018

SCENY Z ŻYCIA ŁOWCÓW - OCZY ZIELONE

W powieści "Woła mnie ciemność" nic nie jest przypadkowe. Nawet kolor oczu lorda Huntingtona i malarza Arapaggia, najbardziej zaborczych zazdrośników w historii, jest inspirowany cytatem z "Otella" W. Shakespeare'a:

Strzeż się, panie, zazdrości! O, strzeż się
Tego potwora zielonookiego,
Co pożerając ofiarę - z niej szydzi(...)
Ale jak wielkie ten cierpi katusze
Co wielbiąc wątpi, mając podejrzenie
Namiętnie kocha!

(tłum. J. Paszkowski)

Jest taka scena w powieści, scena koncertu, opisana dwukrotnie, gdzie jedna z wizji jest sennym majakiem. Do końca nie wiadomo, który z koncertów jest prawdziwy. Niejasne pozostaje również to, kto komu jest wierny, a kto kogo zdradza. Jedno jest pewne: zielonoocy zazdrośnicy bardzo pilnują swoich pupili! 
Przenieśmy się więc do dziewiętnastowiecznego salonu w posiadłości Lorda Huntingtona, gdzie Uccellino daje wokalny popis, a towarzyszą mu niesforni, młodzi wirtuozi...