czwartek, 23 sierpnia 2018

SCENY Z ŻYCIA ŁOWCÓW - OCZY ZIELONE

W powieści "Woła mnie ciemność" nic nie jest przypadkowe. Nawet kolor oczu lorda Huntingtona i malarza Arapaggia, najbardziej zaborczych zazdrośników w historii, jest inspirowany cytatem z "Otella" W. Shakespeare'a:

Strzeż się, panie, zazdrości! O, strzeż się
Tego potwora zielonookiego,
Co pożerając ofiarę - z niej szydzi(...)
Ale jak wielkie ten cierpi katusze
Co wielbiąc wątpi, mając podejrzenie
Namiętnie kocha!

(tłum. J. Paszkowski)

Jest taka scena w powieści, scena koncertu, opisana dwukrotnie, gdzie jedna z wizji jest sennym majakiem. Do końca nie wiadomo, który z koncertów jest prawdziwy. Niejasne pozostaje również to, kto komu jest wierny, a kto kogo zdradza. Jedno jest pewne: zielonoocy zazdrośnicy bardzo pilnują swoich pupili! 
Przenieśmy się więc do dziewiętnastowiecznego salonu w posiadłości Lorda Huntingtona, gdzie Uccellino daje wokalny popis, a towarzyszą mu niesforni, młodzi wirtuozi...



środa, 22 sierpnia 2018

SCENY Z ŻYCIA ŁOWCÓW - ROWER

SCENY Z ŻYCIA ŁOWCÓW



Rower

 okolice Londynu, 1889

Armagnac westchnął głęboko i uniósł brwi, bardziej rozbawiony, niż zdziwiony. 
Nie pierwszy już raz Lothar przytargał do ich domu "epokowy wynalazek" i zachwycał się nim, choć zwykle nie było się czym zachwycać. 
Wóz zajechał tuż po zmroku, a ze skrzyni ozdobionej wielkim napisem "ROVER" dwóch odzianych w firmowe liberie parobków wyniosło jakiś przedziwny pojazd. Tak przynajmniej zdawało się pianiście, bo konstrukcja ze stalowych rurek była wyposażona w dwa duże koła. Równie dobrze jednak mogła służyć do zadawania jakichś wymyślnych tortur, albo...
- Piękny, prawda?
Armagnac otrząsnął się z wizji nagiego Lothara przywiązanego do urządzenia.
Wiele można było o tym czymś powiedzieć, ale na pewno nie to, że było piękne.
- I do czego to niby służy? - spytał pianista cicho, podchodząc bliżej.
- Do przemieszczania się! Jest wyposażony w pneumatyczne opony! - Oczy Lothara rozbłysły jak u małego chłopca, który właśnie rozpakował nową zabawkę.
- W co? Co to jest pneumatyczna opona, do diabła?
Lothar zamarł w pół gestu zbliżonego do pieszczotliwego głaskania siodełka, na którym można było usiąść, albo je sobie wetknąć; Armagnac nie wiedział, która opcja bardziej go bawiła.
 - No... w opony, które trzeba... dmuchać...
- Dmuchać? - Brwi Armagnaca podjechały wysoko na czoło. - Jak "dmuchać"? Ustnie...?
Wargi Lothara zjechały się w ciup, zmarszczył czoło.
- Nie wiem, może i ustnie. Miejmy nadzieję, że są wystarczająco nadmuchane! Zażyczyłem sobie model gotowy do jazdy!
- Do jazdy?
- No tak, a po co niby go kupiłem? Zobacz, tutaj się siada, stawia nogi na te podpórki, a potem łapie równowagę jak na koniu! - Lothar był coraz bardziej rozentuzjazmowany.
- Przecież ty nigdy w życiu nie siedziałeś na koniu! - prychnął Armagnac.
Twarz Lothara stężała, po czym uśmiechnął się wymownie.
- Ja nie siedziałem na koniu...? - spytał cicho swoim najbardziej zmysłowym głosem. - Siedziałem na tylu koniach, że nie jestem w stanie ich zliczyć czy spamiętać!
Armagnac przewrócił oczami.
- Dobrze wiesz, że nie o takiego konia chodzi! A buty do woltyżerki nosisz tylko dlatego, że dobrze w nich wyglądasz!
Lothar wzruszył ramionami.
- Czy ty już na to wsiadałeś? - Armagnac skrzyżował ręce na piersi, rzucając towarzyszowi wyzywające spojrzenie.
- Jeszcze nie. Ale widziałem, jak to się robi, na terenie zakładu!
Armagnac parsknął.
- Pięknie! Muszę to zobaczyć! Wsiadaj i jedź!
Z Lothara jakby uszło nieco powietrza, ale już po chwili wyprostował się, a jego twarz przybrała wyraz mówiący mniej więcej; "Co, ja nie dam rady??", po czym przerzucił nogę nad stalową ramą i stanął okrakiem nad pojazdem.
- I co dalej? - spytał Armagnac kpiąco, jednocześnie zastanawiając się, jak zaproponować Lotharowi inny rodzaj "przejażdżki", jeśli ten oczywiście wróci cało z eskapady.
- Teraz będę kręcił tymi, no, jak one się nazywały... i pojadę tędy, w dół wzgórza.
- Jesteś pewien, że dasz radę?
- Próbujesz mnie obrazić? Skoro jakiś burak bez ogłady i polotu potrafi jeździć na czymś takim, to dżentelmen tym bardziej sobie poradzi!
- Ty nie jesteś żadnym dżentelmenem!
- Zamknij się, Armagnac! - rzucił skrzypek, po czym wbił obcasy w ziemię, pochylił się, i dzierżąc pewnie kierownicę odbił potężnie. Pomknął w dół wzgórza, wyjąc dziko jak podrostek na sankach.
Oczywiście, że dał radę.
W końcu był Łowcą, mógł i potrafił wszystko.
Armagnac patrzył przez chwilę za oddalającą się sylwetką, białe włosy powiewały za nią, gdy pojazd podskakiwał na wybojach.
Na pneumatycznych oponach. Jednak to nie dmuchanie opon pianista miał jeszcze na ten wieczór zaplanowane.

WIĘCEJ HULANEK ARMAGNACA I LOTHARA W POWIEŚCI "WOŁA MNIE CIEMNOŚĆ"

sobota, 30 grudnia 2017

Rok 2018 rokiem "Daję ci wieczność"! Nowe wydania!

No i doczekaliśmy się! Nakładem wydawnictwa INITIUM
 w Walentynki 2018 ukaże się nowe, przepiękne, rozszerzone wydanie "Woła mnie ciemność", a niedługo potem kolejne tomy!
Ja już nie mogę się doczekać, a Wy??
Powieść jest już dostępna w przedsprzedaży!

Opis ze strony Wydawcy:

Armagnac Jardineux, potomek plantatorskiej rodziny z Luizjany, udaje się w podróż do Europy, by zdobyć wykształcenie i posmakować rozrywek Starego Kontynentu. Tymczasem wojna secesyjna pustoszy Południe, pochłaniając rodzinny majątek i na zawsze oddzielając go od bliskich. Wkrótce zarówno jego krewni, jak i rodzinna fortuna pozostają tylko wspomnieniem. 
Pozostawiony sam sobie w Londynie, Armagnac topi smutki w alkoholu. Jedyne, co potrafi i czym może zarobić na życie, to z wirtuozerią grać na fortepianie. Właśnie dzięki tej umiejętności poznaje młodego skrzypka, Lothara Mintze, oraz jego mecenasa − lorda Huntingtona. Wyniesieni z rynsztoka wprost na salony, muzycy szybko zdobywają uznanie i zaczynają się pławić w uwielbieniu śmietanki towarzyskiej, uzależniając się od luksusów i cielesnych przyjemności. 
Armagnac jednak niezbyt długo cieszy się nowym, pełnym przyjemności życiem – wkrótce odkrywa, że dawna tajemnica związała losy jego babki, Blanche Avoy, z lordem Huntingtonem. Lektura pamiętnika Blanche zasiewa w sercu pianisty ziarno niepokoju. Czy to możliwe, by jego babka wiele lat temu opisywała tego samego mężczyznę, który teraz bawi się jego losem? Czy młodemu muzykowi uda się uwolnić od Huntingtona, gdy pozna jego mroczne tajemnice?
Bohater nawet nie wyobraża sobie, jak wysoka jest cena sławy…
Woła mnie ciemność to przesycona emocjami i pełna erotycznego napięcia powieść drogi, zapis moralnego upadku i wędrówki ku zagładzie początkowo niewinnego bohatera, który porzuca wpojone mu za młodu ideały. Rozbrzmiewająca muzyką i przepojona gotycką atmosferą historia, nawiązująca do klasycznych powieści grozy − z bohaterami, w których można się zakochać już od pierwszych stron − gwarantuje mnóstwo zwrotów akcji i kunsztowną ucztę dla zmysłów!

Woła mnie ciemność jest pierwszym tomem cyklu Daję ci wieczność.
KSIĄŻKA ZAWIERA TREŚCI NIEODPOWIEDNIE DLA NIEPEŁNOLETNICH ORAZ TAKIE, KTÓRE MOGĄ URAZIĆ DOROSŁYCH
PREMIERA 14.02.2018  


czwartek, 10 sierpnia 2017

CZYTAM WYBIÓRCZO - "Ani żadnej rzeczy", "Która jego jest" Sandra Borowiecky


     


     Przez ostatnie kilka miesięcy, a jak się okazało, to już prawie dwa lata, okładka z odciętą dłonią przewijała się przez moją niekończącą się ścieżkę w dół na facebooku często. Potem częściej. W końcu tak często, w towarzystwie okładki tomu drugiego, że zaczęłam z uwagą śledzić wpisy autorki, i - jak się szybko przekonałam - self-publisherki, i to nie takiej, która z nudów/niewiedzy/braku innej opcji/wyboru postanowiła zapłacić "wydawcy" i dać się orżnąć, jak to się stało w milionie innych przypadków. Pani Sandra założyła własne wydawnictwo, wzięła na siebie WSZYSTKO, co często i szczerze opisuje w fejsowych postach, czyli poświęciła całe życie na to, by jej powieści mogły konkurować w bestsellerami najpoczytniejszych rodzimych autorów.
  Dlaczego po prostu nie wysłała manuskryptu do tysiąca wydawnictw i nie poczekała, aż ktoś łaskawie przyjmie jej dzieło do wydania na nędznych warunkach? Może dlatego, że jego treść ciężko jest porównać do treści wspomnianych bestsellerów? Może dlatego, że ta treść jest niewygodna dla kogoś wysoko, wyżej, najwyżej? Może dlatego, że powieść, mimo tego, że zdecydowanie rozrywkowa, porusza tematy, których nikt inny nie waży się trącić nawet kijem?
     Dlaczego nie piszę o treści? Dlaczego nie piszę o bohaterce i jej perypetiach? Dlaczego nie analizuję konstrukcji, rozwiązań fabularnych, dlaczego nie zastanawiam się głośno, kto zabił, dlaczego??
     Dlatego, iż uważam, że ważniejsze od treści jest to wszystko, co dzieje się wokół powieści Sandry Borowiecky. Autorka rozpętała ogólnokrajową, a może już międzynarodową debatę na temat zagrożeń faszyzmu odradzającego się w Europie. Że niby nieistotne? Że ONRowskie hordy kroczące sprężyście po ulicach naszych miast przy okazji każdego narodowego święta to taki pikuś? W obliczu tego, co dzieje się teraz w naszym kraju uważam, że to wcale nie pikuś. Mam wrażenie, że dla Sandry Borowiecky wydanie powieści było tylko iskrą, mającą zwrócić uwagę opinii publicznej na to bagatelizowane zagrożenie i rozpalić ją do czerwoności. Zanim będzie za późno. 
     Wolę nie pytać, co w tych powieściach jest fikcją, a co wydobytymi na światło dzienne koszmarami i wspomnieniami ludzi, którzy wyrwali się ze szponów holocaustu. Nie chcę wiedzieć, bo niektóre ze scen są tak potworne, iż gdyby okazały się prawdziwe, spowodowałyby, iż zwątpiłabym ostatecznie w nasze człowieczeństwo. Minęło niemal sto lat od tamtych wydarzeń, a my, jako gatunek, jako społeczeństwo, nie wyciągnęliśmy z nich żadnej lekcji. Mało tego, zaczynamy przekłamywać historię i może zdarzyć się tak, że nasze dzieci i wnuki poznają "inną prawdę" o wojnie. Prawdę, którą będzie można sprokurować wówczas, gdy ostatni świadkowie zejdą z tego świata. Czyli całkiem niedługo.
     Jesteśmy prostymi mechanizmami, pozwalającymi sobą manipulować. Media, product placement, kolorowe wystawki w galeriach handlowych i telemarketerzy, mamy z tym styczność każdego dnia i spowszedniało nam to już do tego stopnia, że nawet tego nie zauważamy. A co, jeśli zostaniemy zmanipulowani do tego stopnia, iż gotowi będziemy rozpętać kolejna wojnę? A co, jeśli to już się dzieje? Czytając powieści miałam to nieustannie z tyłu głowy. I wiem, iż nie powstały one wyłącznie po to, żeby dostarczyć rozrywki czytelnikowi, lecz aby zmusić go do myślenia, do rozpoznania pewnych kwestii, których ważkości zdaje się nie zauważać. Choćby dlatego życzę autorce powodzenia i wytrwałości, tego, aby jej reporterskie zacięcie przetrwało w morzu miałkości i trywialności, jakim zalany jest nasz rynek wydawniczy. Jej głos jest zbyt ważny, aby pozwolić jej utonąć.

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję Autorce. Przez nią myślę, więcej, niżbym chciała................

wtorek, 30 maja 2017

CZYTAM WYBIÓRCZO - "KOMORNIK" Michała Gołkowskiego



Jestem prawie pewna, że na etapie swego literackiego życia, na którym się obecnie znajduje, Gołkowski nie potrzebuje już żadnej rekomendacji. Mało tego, zdaję sobie również sprawę z faktu, iż moja opinia na temat jego powieści nie obchodzi go w najmniejszym stopniu, bo sam ma wystarczająco wyrobione pojęcie o tym, co pisze i jak pisze.
Czy oby na pewno...?
Czytając "Komornika", chwilami miałam wrażenie, że Gołkowski nie ma pojęcia, co robi, że tekst całkowicie wyrwał mu się spod kontroli, postaci zerwały ze smyczy, a on po prostu siedział bezradny i klepał w klawiaturę, obserwując ich coraz bardziej wariackie poczynania, zupełnie pozbawiony kontroli.
W wielu opiniach czytałam peany na temat stylu Gołkowskiego: lekkość, poczucie humoru, naturalność dialogów, swoboda w wyważonym użyciu wulgaryzmów. I wszystko to potwierdziło się podczas lektury, zresztą posmakowałam jego pióra (jakkolwiek by to nie zabrzmiało...) w "Ołowianym świcie" i w zasadzie tylko jego styl sprawił, że przedarłam się przez tamtą powieść. Z "Komornikiem" nie miałam już takiego poczucia brnięcia przez zasieki, ale przyznam, że chwilami nie było lekko i kilkakrotnie odkładałam powieść. Wracałam jednakże do niej, nie tyle oczarowana, ile zatruta przedstawionym w niej światem.
Wyjaśnijmy sobie coś już na początku: nie mam zamiaru czepiać się szargania świętości, kpin z religii, ukazania dogmatów jako bzdur, a świętych czy aniołów jako rozpustników i bezmyślnych maszynek do zabijania. Wszystko to autor uczynił, oczywiście, ale jakby tak się uprzeć i wysłać cenzora z czarnym mazakiem, to niewiele miałby do wykreślenia. To jest subtelna gra z całym dekorum masowej religii zorganizowanej, która w zasadzie ani razu nie jest nazwana wprost, a może po prostu ja tego nie zauważyłam, skupiona na innych aspektach powieści? Poza tym, o czym my w ogóle mówimy? To jest FANTASTYKA, POSTAPO, i to w najbardziej dosłownej formie, bo mówimy o Apokalipsie, tej Apokalipsie, a nie o epidemii, wojnie nuklearnej, wirusach, czy czym tam jeszcze autorzy zwykle dziesiątkują ludzkość. Jak powszechnie wiadomo, autorom fantastyki wolno więcej, więc Gołkowski po prostu korzysta z owej wolności, wyolbrzymiając wszelkie słabe punkty zorganizowanej religii, które w jego powieści rozrastają się jak czyraki.
A skoro już jesteśmy przy czyrakach... Powieść jest obrzydliwa momentami do granic wytrzymałości. Dywan z trupów we wszelkich stadiach rozkładu, z lubością tkane opisy wszelkich mechanicznych obrażeń, na które co rusz wystawiony jest narrator, wylewające się wnętrzności, żywe trupy, potwory piekielne jak i niebieskie (by the way, latającymi głowami Cherubinów byłam zachwycona!), no jednym słowem wszystko to, czego po końcu świata z pewnością by nie zabrakło. Nie ma moralności, nie ma zasad, niczego nie ma, tak więc osoby nie lubiące anatomizmów i chirurgizmów lojalnie uprzedzam! Flaki latają, krew się leje, ciało od kości odpada!
I w większości przypadków jest to ciało głównego bohatera. A wkurzający jest on jak mało który! Jeśli taki był zamysł autora, aby cała historia była przedstawiona oczyma nieudacznika, który zgrywa tylko twardziela, to brawo, udało się! Bo oprócz dość ciętego języka nie ma w Ezekielu chyba żadnych cech, które predestynowałyby go do wykonywanego "zawodu". Jak na osobę obdarzoną zdolnościami magicznymi, zaopatrzoną w świetną broń i mającą za sobą jakieś tam dość byle jakie wstawiennictwo Góry,  i do tego podobno zaprawioną w ulicznych, brudnych bójkach, Ezekiel wyjątkowo często dostaje bęcki. Co tam bęcki, on dostaje porządny wpierdol! I to taki, który i śmiercią się kończy. Tutaj pojawia się motyw odradzania, moim nieskromnym zdaniem mocno naciągany i niezbyt potrzebny, wystarczyłoby po prostu uczynić Ezekiela mniejszą pierdołą. Ale dobra, nie moja piaskownica, nie moje zabawki, nie jest ważne to, co JA zrobiłabym z taką postacią. Jak zechcę to sobie napiszę swoje postapo i swojego bohatera, który będzie na wskroś superświetny.
Ezekiel taki nie jest. Jest dupkiem, któremu się ani współczuje, ani kibicuje, koleżką o nieokreślonej powierzchowności i nieokreślonym charakterze, dość bezmyślnie wypełniającym rozkazy i wygłaszającym przekonania, które przeczą jego przekonaniom. Taki antybohater idealny w zasadzie, i pewnie o to chodziło, a ja się po prostu nie znam.
A postaci barwnych nie brakuje, oj, nie! Miałam nawet wrażenie, że tworzenie coraz to nowych postaci, jak w RPG, obwieszanie ich bronią, ubieranie w sandałki i tuniki, było największą rozrywką autora podczas pisania tej powieści. Jak dla mnie połowa z nich w ogóle nie była do niczego potrzebna, ale może się jeszcze przekonam w tomie drugim? W każdym razie Stratilata to zdecydowanie mój ulubieniec!
No i dochodzimy teraz do sprawy zasadniczej - do fabuły. Do czego? No właśnie... To ciągle jest planszówka, jak "Ołowiany..." Ot, chodzi koleś z miejsca na miejsca, po drodze zbierając jakieś przedmioty, zabijając kogo się tylko da, spotykając od czasu do czasu jakiegoś dodatkowo punktowanego potwora. No niby ma tam jakiś cel, idzie dokądś i usiłuje rozwikłać jakąś tam zagadkę czy zemścić się za jakieś tam krzywdy z przeszłości, ale niknie to wszystko w tym łażeniu i zabijaniu, w tym zbieraniu pochowanych w woreczkach, spreparowanych części ciała, w tym przemieszczaniu się z jednej planszy na drugą: tu pustynia, tu wioska, tu twierdza. Ot, jak to w grze komputerowej. Acha, i jak coś się nie uda, to giniesz, a potem zaczynasz od początku na starcie. No chyba, że właśnie O TO AUTOROWI CHODZIŁO. No to sorry, jeśli tak, to szacun! Ktoś tam napisał gdzieś, że to taka "powieść drogi", ale jestem prawie pewna, że w powieści drogi chodzi raczej o duchową podróż bohatera, a nie o to, że on bez przerwy gdzieś łazi, albo konno jeździ.
I to w zasadzie wszystko, co mam do napisania na temat "Komornika". Mogłabym się jeszcze wprawdzie czepić jakichś szczegółów, że bohater ma na tyłku tunikę, a wpadając w dziurę w moście rwie sobie nogawkę i takie tam, ale nie bądźmy drobiazgowi. Generalnie czytało się fajnie, a to najważniejsze. To powieść, która ma dostarczać rozrywki i mnie dostarczyła już samym widokiem naklejki patrona na okładce! Że też jeszcze żaden prezio nie kazał autorowi zeskrobać tych naklejek osobiście z każdego egzemplarza! 
Podsumowując: "Komornik" to fajna, spływająca płynami ustrojowymi, męska literatura, niezbyt subtelna, za to umiejętnie żonglująca ironią i pełna humoru, mimo ewidentnie pesymistycznego wydźwięku. Czekam na ciąg dalszy, a w zasadzie idę już sobie go nabyć, gdyż część druga przygód patałacha Ezekiela jest już dostępna. Szczególnie jestem ciekawa losów Azraela, bo postać anioła jest moim zdaniem warta uwagi bardziej, nie postać głównego bohatera. Który w końcu zginie raz na zawsze, taką mam nadzieję!

No i imię to ukłon w stronę "Pulp Fiction" am I right??

Za możliwość przeczytania książki dziękuję sobie, gdyż sama ją kupiłam w pełnej okładkowej cenie. Acha, no i okładka bardzo fajna, te wszystkie nabłyszczenia i wybrzuszenia, bajery pompujące ego autora, no fajno fajn!

niedziela, 26 lutego 2017

CZYTAM WYBIÓRCZO - "Róża" Agnieszki Opolskiej





Zdarza Wam się czasami, że czytacie powieść, która w zasadzie nie ma w sobie niczego szczególnego, a nie możecie przestać o niej myśleć? Czytacie krótkie fragmenty, no bo nie jest na tyle wciągająca, aby pochłonąć ją w jeden wieczór, a mimo to, gdy tylko ją odkładacie, nie możecie przestać o niej myśleć, doczekać się, kiedy nadarzy się wolna chwila, aby uszczknąć jeszcze kilka stron z historii? Niby nie ma żadnej lingwistycznej ekwilibrystyki w stylu autora, żadnych obszernych, szczegółowych opisów, a jednak miejsca i osoby pojawiają się w wyobraźni same i łażą po niej nawet wówczas, gdy chcielibyście o nich zapomnieć?
Dokładnie tak jest ze mną i z powieściami Agnieszki Opolskiej.
Nie jest mi łatwo pisać to wszystko, bo znam dziewczynę osobiście, jest skromna, a mimo to silna; porwała się na odważne przedsięwzięcie, za którego realizację z pewnością zapłaciła cenę, o której nie mamy pojęcia. Do tego jest malarką i gdy patrzę na jej obrazy, myślę sobie: "O, jakie fajne rozwiązanie!", albo: "O cholera, to się jej udało, muszę popracować i sprawdzić się w podobnym medium."
I mimo ogromnej sympatii i szacunku, jakimi darzę jej osobę, są pewne niesamowicie denerwujące aspekty jej twórczości literackiej, nad którymi nie mogę przejść obojętnie. A skoro obiecałam jej "szczerość do bólu", to oprócz lukrowania kilka razy zaboli. Ale po kolei.
Jako wytrawni Czytelnicy zarzekamy się, iż nie oceniamy książki po okładce. Czy oby na pewno…? Przyznajcie się, każdy z Was niejednokrotnie pomyślał sobie: "No świetna powieść, ale ta okładka… nie sięgnęłabym, gdyby mi ktoś nie polecił…" lub: "No taka cudna okładeczka, a w środku żenujące bzdury!" W przypadku powieści Opolskiej nie sposób się nie uśmiechnąć, biorąc książkę do ręki: oryginalna grafika na froncie, skromna, ale w jakiś dziwaczny sposób niepokojąca, do tego półtwarda okładka i szyty grzbiet, no i wewnątrz reprodukcje prac pisarki! Cud, miód i orzeszki! 
I tak, jak oprawa jest faktycznie "artystowska", tak w treści zabrakło mi sztuki, którym to hasłem reklamowana jest cała trylogia ("Anna May", "Róża", "Ari"). No owszem, mamy tam w środku ludzi, którzy biorą ołówek czy pędzel do ręki, ale procesu twórczego jak na lekarstwo! Świetna scena, w której główna bohaterka próbuje swoich sił w malowaniu akwarelami rozbłyskuje i gaśnie niby spadająca gwiazda. Dlaczego?? W "Annie May" mogliśmy obserwować głównego bohatera przy pracy i to były dla mnie najprzyjemniejsze momenty w powieści. No, ale ja się uważam za artystkę, tak? Kogoś, kto wie, co oznaczają cyferki i literki na ołówkach, czym się różni gwasz od akrylu i co to jest fiksatywa. Czy gdyby przemycić czytelnikom trochę więcej takiej wiedzy, stałaby się im jakaś krzywda? Oczywiście, że nie, więc oto mój apel do autorki:
DROGA AGNIESZKO! JEŚLI MOŻESZ JESZCZE SPREPAROWAĆ TREŚĆ SWOJEJ KOLEJNEJ POWIEŚCI TAK, ABY MALUCZCY POCZULI, CO ZNACZY PRZENOSIĆ OBRAZY I UCZUCIA NA PAPIER CZY PŁÓTNO, ZRÓB TO!!
Opolska jest świetną artystką. Gdyby nie bała się pisać tak, jak maluje, jej powieści byłyby wybitne. A tak są jedynie poprawne. Bo owszem, pojawiają się w nich perełki, tak jak początkowa scena z wanną, użycie dziwacznych słów w stylu "obwiednia" miast "obwódka", fajne zabiegi pozwalające na moment (znów – za krótki!!) zajrzeć w psychikę bohaterów. Ale mało, mało, wciąż mi za mało tego wszystkiego! Być może dlatego nie poczułam tej zapowiadanej przejażdżki emocjonalnym rollercoasterem…? Owszem, przyjemnie się jechało, ale to była bardziej wycieczka za miasto, a nie jazda bolidem.
Dwa słówka o bohaterach, no bo tego pominąć nie sposób.
Pamiętacie ten serial o kucharzach? O tej nudnej babeczce, co to kroić nie umiała i gwiazdorze, co był jakimś tam znanym szefem kuchni? Zasadniczym problemem tamtej produkcji było to, że para głównych bohaterów była nudna jak przysłowiowe "flaki z olejem", za to wszystkie postaci drugoplanowe czy epizodyczne iskrzyły wprost fenomenalnie! Mam podobnie, jeśli chodzi o galerię postaci w "Róży".
Główna bohaterka mogłaby dla mnie nie istnieć, serio, mogłaby nie powstać, nigdy nie zostać napisana. Zachowuje się irracjonalnie bez żadnego wytłumaczenia, podejmuje same dziwaczne decyzje, i w ogóle DOBRZE JEJ TAK! A już ten jej afekt do jej młodej uczennicy…? O co w tym chodzi? Skąd się wziął? Nie wiadomo. Bohaterka nawiązuje głębokie relacje z postaciami, z którymi w normalnych warunkach nie miałaby nic wspólnego, nie miałaby nawet czasu ich poznać i w powieści też ich nie poznaje. A mimo to pała wręcz do nich jakąś niewytłumaczalną miłością! Dlaczego? Nie powiedziano… Nie lubiłam Karoliny/Róży, nie identyfikowałam się z nią, nie kibicowałam jej. Czy taka właśnie miała być? Jeśli tak, to bravissimo, udało się w pełni!
Próbuję teraz zidentyfikować głównego bohatera płci męskiej i… no właśnie, który to jest?? Czy widmowy wuj, na którego zejście po prostu się czeka, czy kucharz (o, co za zbieg okoliczności!), który zachowuje się jak burak–histeryk i nie, nie usprawiedliwia go to, czego się dowiadujemy na końcu! Do tego facet ma poważny problem z komunikacją interpersonalną, a podobno jest terapeutą? Nie kupuję tego, nie kupuję jego! I też: DOBRZE MU TAK!
Godny uwagi jest mąż głównej bohaterki, którego wszyscy czytelnicy (a tak przynajmniej wynika z recenzji/opinii, które czytałam) nienawidzą. A ja mu szczerze współczułam, czy tylko ja dostrzegłam tragizm jego położenia? Jego kochanka (tak, mogę to napisać, dowiadujemy się o niej już we fragmentach promocyjnych), też nie ma lepiej… Choć to wątek niby poboczny, śledziłam go z zainteresowaniem i zaangażowaniem.
I tutaj dochodzimy do zdecydowanie najsprawniej napisanej postaci w powieści: do Theo, który skradł mi serce od pierwszej chwili, ale ja po prostu uwielbiam postaci dziwaczne, ekscentryczne, pokręcone, a gdy mają jakieś poważne problemy ze sobą, to stają się jeszcze pyszniejsze! No i taki właśnie jest Theo, którego potencjał mógł być dogłębniej wykorzystany, ale, niestety, nie jest. Jaka szkoda! Czy ktoś go widział z pędzlem w ręku…? No bo jakoś nie mogę sobie przypomnieć… patrz apel do autorki wyżej.
Bardzo specyficznie zarysowani są mieszkańcy domu dla bezdomnych (domu dla bezdomnych??). Wszyscy jawili mi się jako postaci z kreskówek, jak krzywo narysowane przed dzieci ludziki z patyczków, jak jakieś Małe Mi (tak, te babsztylki...) lub inne egzaltowane ludziki z mimiką rodem z animowanego filmu. Czy to celowe? Jeśli tak, to brawo, jeśli nie, to i tak właśnie tak się stało. Jeśli spojrzeć na doświadczenia życiowe autorki, miała z takimi indywiduami do czynienia. I chyba właśnie w ten sposób opisuje się takie persony, bo jest to świat dla nas zupełnie obcy, niekompatybilny. I obserwujemy go udając, że tacy ludzie nie istnieją, że są papierowi, wymyśleni, narysowani.
Czytacie, czytacie, i pewnie już od jakiegoś czasu myślicie sobie: "Ale z tej Suchockiej menda, czepia się i czepia…!" Tak, czepiam się, czepiałam i czepiać będę, bo wiem, że Opolską stać na więcej!
Owszem, progres w stosunku do debiutu jest. Ale ja czuję niedosyt. Klęłam, czytając obszerne fragmenty złożone ze zdań zawierających po 4–5 słów. Trrrrrt, trrrrrt, trrrrrt! Jak serie z uzi! AaaRArrGggH!! Nie bójmy się zdań wielokrotnie złożonych! Do tego drobiazgi: nazwanie whisky "bursztynowym płynem" bodajże pięciokrotnie, czy powtarzany gest oblizywania górnej wargi, jakoby znamionujący pożądanie. Kto tak robi?? Pies na widok miski chyba!
Dobra, kończę, bo unoszę się emocjami!
I to jest właśnie wspaniałe - emocje! Bo choć ja miałabym chęć wiele w tej powieści zmienić, fakt, iż została napisana właśnie tak, budzi we mnie emocje. Może nie do końca takie, jakich oczekiwała autorka, ale cóż, takie ryzyko zawodowe!
Powieść "Róża" jest jak twarz Brada Pitta: za małe oczka, dziwaczny nos, zbyt wydatne wargi, cholernie masywna szczęka, a jak wszystko poskładamy razem, powstaje zniewalająco przystojny facet! Takie właśnie jest pisanie Opolskiej: niby nic, a jednak… I jakże ciężko zdefiniować, co czyni tę powieść tak "czepliwą"! Jest to jakiś nieuchwytny czynnik, którego niektórzy autorzy nigdy nie pochwycą, choćby nie wiem jak długie pisali zdania, jak rozbudowane opisy miejsc i monologi wewnętrzne umieszczali w swoich powieściach. Opolska to ma, a jak to uzyskała? O tym musicie przekonać się sami, czytając "Różę"! I naprawdę szczerze, gorąco polecam tę lekturę! Choć w zasadzie sama nie wiem, dlaczego…………

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Autorce!

wtorek, 14 lutego 2017

GALERIANKA - rozdział 11 - ostatni


 11

     – Napijesz się czegoś?
     Jego głos dotarł do niej z daleka, jakby miała uszy zapchane watą, przez którą wyczuwała tylko bicie własnego serca, uporczywy, przyspieszony puls w skroniach.
     Skoro zabrał ją do siebie z zamiarem przelecenia, to chyba nie odmówi jej czegoś mocniejszego? Znała już swoje możliwości, zaczynała od spijania resztek z butelek, gdy była jeszcze w podstawówce, potem cichaczem podpijała łyczki z butelek matki, przekonanej, że latorośl jest nieświadoma jej nałogu. Mogła spokojnie wypić pół szklanki whiskacza, zanim zmiękłyby jej nogi.
     – Chętnie! – zawołała piskliwym głosikiem, chcąc przebić się przez zbyt dużo pustej przestrzeni.
     Mieszkał w lofcie, składającym się w zasadzie wyłącznie z powietrza. Ściany zapaćkane betonem, gdzieniegdzie odkryte cegły, industrialne reflektory, trochę białych tkanin. Brakowało tylko sprzętu fotograficznego i mogłoby to być studio jakiegoś renomowanego fotografika. Gigantyczna, biała, modułowa sofa wyglądała na jedyny mebel, na którym można było bezpiecznie usiąść. Choć za nieosłoniętymi niczym oknami były tylko odległe zabudowania i majaczące w oddali drapacze chmur, miała wrażenie, że cały świat dojrzy jej upadek przez te szyby.
     Wrócił z kuchni z dwoma kieliszkami białego wina, szron sperlił się przy jego palcach zanim postawił je na szklanym stoliku.
     – Ładnie mieszkasz… – zagadnęła głupio, biorąc pierwszy łyk.
     Nie mógł powstrzymać się od gapienia na jej kościste ramiona, łódkowy dekolt odsłaniał niewiele, ale i tak za dużo, nie miała na sobie bielizny, a mimo to biust trzymał się pewnie na właściwym miejscu. Przełknął łyk wina, czując lód w przełyku.
     Usiadł, zdjąwszy marynarkę, i teraz wydawał jej się jeszcze starszy: przez kamizelkę, przez złotą dewizkę zegarka, która dyndała przy kieszonce. Kto w dzisiejszych czasach tak się ubierał? Wyglądał dziwacznie na tle industrialnego wystroju, jak przeniesiony w czasie, jak wycięty ze starego romansidła, podstarzały amant, mogący mieć każdą.
     Miał mieć również ją, już za moment.
     Pozwolił jej przechadzać się po pomieszczeniu na tych idiotycznie wysokich obcasach, w których radziła sobie zdecydowanie lepiej, niż się tego spodziewał. Gapiła się na obrazy, dziwaczne bohomazy dobrze rokujących, młodych artystów, w które ostatnio inwestował, choć specjalnie mu się nie podobały. Miał zdecydowanie za dużo pieniędzy.
     Pieniądze…
     Ile mógł jej zaproponować? Tysiąc? Dwa? To było idiotycznie mało, choć z pewnością nie śmiałaby zażądać więcej.
     Dopił wino i założył nogę na nogę, zdecydowany wprowadzić w życie swój plan. A może jednak faktycznie ją wziąć…?
     – Więc, jaka jest twoja cena?
     Słowa wybrzmiały w zaległej nagle ciszy, echo stukotu jej obcasów umilkło. Zatrzymała się i odwróciła w jego stronę, spojrzała z jakimś przestrachem, jakby już zdążyła zapomnieć, po co właściwie została tu przywieziona.
     Przecież właśnie tego chciała, tak? To dla niego wystroiła się jak idiotka, to dla niego gnała przez miasto, z naiwną nadzieją w sercu, nadzieją na…? Na co? Teraz już nie wiedziała, na co, gdy on nagle zmaterializował się tuż przed nią, wszystkie fantazje prysły, wyparowały jak krople na rozgrzanej blasze, zostawiając po sobie tylko syk strachu. A co, jeśli zrobi jej krzywdę? A co, jeśli to faktycznie boli?
     Stał tuż przy niej, pachniał obłędnie tą dziwaczną mieszaniną mchu, liści tytoniu, pieniędzy i władzy. Zakręciło jej się w głowie, gdy chwycił ją za ramiona i przyciągną do siebie, zagłębiając twarz w jej sztywnych od lakieru włosach.
     Tamara stała pod drzwiami mieszkania, serce waliło jej jak młotem. Dostała się do budynku, podając za roznosicielkę ulotek, wiedziała aż nazbyt dobrze, że w każdej chwili może pojawić się jakiś cieć, jakiś ochroniarz, takie mieszkania na pewno były strzeżone, musiała coś zrobić, zapukać, zainterweniować jakkolwiek, przecież tam w środku była jej córka, z tym obcym facetem, który, który…
     – Nie!
     Usłyszała to? Słyszała jaj głos?
     Zaczęła walić w drzwi z całej siły, nie obchodziło jej, że ktoś może usłyszeć, że zaraz zbiegną się sąsiedzi, ciecie, ochroniarze.
     – Otwieraj, zboczeńcu! – darła się, uderzając pięściami w drzwi. – Otwieraj, słyszysz! To jest dziecko, nie masz prawa! Otwieraj! To moje dziecko!!
     Odskoczył od dziewczyny zanim jeszcze usłyszał walenie.
     Zaprotestowała cichutko, a przynajmniej tak mu się zdawało, gdy półświadomym ruchem okręcił jej włosy dookoła pięści i pociągnął w dół, schylając się do jej szyi, jakby chciał ją ugryźć niby wampir.
     Ktoś dobijał się do drzwi, walił w nie jak szalony, i ten głos, ten histeryczny krzyk, przecież on znał ten…
     Zakłuło go w piersi, spojrzał na dziewczynę, która zasłoniła dłońmi usta, zaczęła szlochać, drobiła w miejscu, jakby chciała uciekać i nie miała dokąd. Jej wielkie, jasne oczy wypełniły się łzami.
     Znał to spojrzenie, Jezu Chryste, znał to spojrzenie!!
     Podszedł do drzwi i przekręcił zamek, zgrzyt przebił się przez wrzaski kobiety na korytarzu.
     Stała tam, rozczochrana, zapłakana, z makijażem znaczącym czarnymi smugami jej zmęczoną życiem twarz. Tak wiele razy widział ją w takim stanie, tak wiele!
     Osłoniła usta takim samym ruchem, jak to dziewczątko z salonu, patrzyła na niego tak samo, jak ta cholerna galerianka, która była…
     – Tamara…! – szepnął, czując jak krew odpływa mu z twarzy.
     – Janusz! – odrzekła, osuwając się po futrynie, czując, że odpływa.
     Ilona wrzasnęła, darła się jakby ktoś faktycznie ją gwałcił, jakby działa jej się straszna, niewytłumaczalna krzywda. Patrzyła na matkę, która trzęsła się od płaczu na wycieraczce i na ojca, któremu o mały włos sprzedałaby swoje dziewictwo.

KONIEC