środa, 3 lutego 2016

Wszystkie fantazje pani Agaty - Iwona Kłopocka dla Nowej Trybuny Opolskiej





W dzień uczy angielskiego w podopolskich wsiach. Wieczorami maluje, śpiewa w chórze filharmonii i pisze. Niedawno ukazała się debiutancka książka Agaty Suchockiej.

Na okładce tajemnicza męska twarz, przesłonięta czarną maską i krwawe rozbryzgi. “Woła mnie ciemność” – krzyczy tytuł. Pani Agata z dumą pokazuje swoje dzieło, które można znaleźć na półkach opolskich księgarni. Słowo debiut trochę ją jednak drażni. Faktem jest, że to jej pierwsza (ma nadzieję, że nieostatnia) książka wydana drukiem, ale nie jest to skutek jakiegoś nagłego natchnienia czy fanaberii znudzonej szkołą nauczycielki. “Woła mnie ciemność” – pierwszy z pięciu tomów intrygującej historii osadzonej w realiach XIX–wiecznego Londynu – narodził się 20 lat temu w głowie nastolatki. Potem przyszła wytężona praca, doskonalenie warsztatu, historyczne dociekania, pozwalające oddać koloryt epoki i miejsc.
Historia z grubsza jest taka. Z amerykańskiego Południa do Londynu przybywa potomek zubożałego rodu, młody Armagnac Jardineux. Bez pieniędzy, perspektyw, niemal bez dachu nad głową, za to z wielkim talentem do gry na fortepianie, młodzieniec szybko trafia pod skrzydła mecenasa młodych artystów – tajemniczego lorda Huntingtona. Protektorat możnego arystokraty oraz przyjaźń z utalentowanym skrzypkiem Lotharem otwierają przed chłopcem drzwi na najsłynniejsze i pełne przepychu salony londyńskiej socjety. Jednakże każdy sukces ma swoją cenę – im jest większy, tym cena wyższa…
Był pierwszy dzień wakacji. Agata właśnie skończyła podstawówkę, jeszcze tę ośmioklasową. Wzięła zeszyt i w jeden dzień zapisała 50 stron. To była właśnie ta historia.
Wróciła do niej trzy lata temu, gdy – jak mówi  – wyszalała się w dużym mieście, odchowała córeczki i przeprowadziła się – za mężem filharmonikiem – do Opola.
– Moje postaci się nie starzeją i nie umierają – mówi pisarka. Główny bohater odkrywa, że jego możny i hojny protektor dziwnie przypomina człowieka opisanego w pamiętniku babki. Jak to możliwe, by wciąż był młody i piękny? Agata Suchocka wolałaby nie zdradzać, kim jest, by nie odbierać przyjemności czytania i zaskoczenia tym, którzy sięgną po jej książkę. To słowo ani razu nie pada na jej stronach, ale nie da się ukryć, że jest to lektura dla miłośników wampirów. Ale nie tych połyskujących w słońcu pięknych stworów, w których zakochują się amerykańskie współczesne szare myszki. Nie bohaterów popkultury, ukochanych przez żądną rozrywki młodzież, lecz klasycznych, prawdziwie przerażających. Suchockiej bliżej do Brama Stokera i Anne Rice. To książki Rice, sprowadzane z USA dzięki mieszkającej tam rodzinie, na początku lat 90. zainspirowały nastoletnią Agatę. Wrażenie pierwszej lektury, poczytnej – choć wtedy jeszcze w Polsce mało znanej – autorki, było tak silne, że po latach tłumaczeniu “Wywiadu z wampirem” pani Agata poświęciła swoją pracę magisterską.
Atmosfera grozy, gotyckie klimaty zawsze były jej bliższe, niż idea paranormal romance. Suchocka łączy cechy wielu gatunków – to powieść historyczna, ale też historia miłosna, kryminał. Wraz z dojrzałością doszła także fascynacja erotyką. Rękopisy nastolatki były jeszcze całkiem niewinne. W wydanej już książce opisy życia pełnego cielesnych uciech czynią z niej lekturę wyłącznie dla dorosłych.
“Momentami ‘Woła mnie ciemność’ przywodziła mi na myśl "Draculę" Brama Stokera. Momentami "Frankensteina" Mary Shelley. I gdyby nie “bardzo dzisiejszy” koniec powieści, można by sobie wyobrazić, że Suchocka popijała herbatkę (żeby tylko!) z Shelleyami, Polidorim i Byronem nad Jeziorem Genewskim” – pisze recenzent na blogu Niezależna krytyka.  
– Inny recenzent, londyńczyk, napisał, że fajnie czyta się książkę i patrzy na te same miejsca i zaułki Londynu, ale młodsze o 150 lat – mówi autorka. Choć sama w Londynie jeszcze nie była, zależało jej, by jak najwierniej oddać realia. Kiedy zaczynała pisać tę historię internet w Polsce dopiero raczkował, a w Suwałkach, gdzie mieszkała, niełatwo było trafić do źródeł. Detale dotyczące kanalizacji, oświetlenia ulic, metra, strojów, architektury uzupełniała po latach. Jej bohaterowie marzą np. o koncercie w Albert Hall, słynnej sali koncertowej, wzniesionej na cześć małżonka królowej Wiktorii, która dopiero się buduje.
Pani od “inglisza”
Z Agatą Suchocką spotykam się w przerwie między jej licznymi zajęciami. Znalazła okienko po Dniu Babci i Dziadka, który przygotowała ze swoimi uczniami, a przed próbą chóru Filharmonii Opolskiej.
Angielski od początku łatwo wchodził jej do głowy. Nigdy nie bała się mówić w obcym języku, nie wstydziła się, że kaleczy. Już jako dziecko miała frajdę, gdy zdolności językowe pozwalały jej pośredniczyć między dorosłymi. W szkole jest w stu procentach zaangażowaną “panią od inglisza”. Uczy w Kątach Opolskich i Przyworach. Szkoła jednak to nie tylko lekcje. Dziecięce historie czasem są tak bolesne, że na długo zapadają w pamięć i serce, cierniem zachodzą pod skórę. Dlatego wolałaby całkowicie oddać się pisaniu. Dla swoich uczniów już także coś stworzyła. Młodsze dzieci dostały bajkę ekologiczną o Lucku, który nie oszczędzał papieru i pewnego razu zniknęły z jego podwórka wszystkie drzewa. Przeczytała to uczniom w ramach dorocznego Sprzątania Świata. Dla swoich szóstoklasistek, na zakończenie podstawówki napisała opowiadanie pt. “Koniec świata” – o dziewczynie, która właśnie zdała do gimnazjum i przeżywa pierwsze zauroczenia. Bohaterka lubi czytać, a więc walor edukacyjny też jest, a akcja dzieje się w małej miejscowości, aby uczniowie mogli się z nią utożsamić.
Dla swoich uczniów pani Agata pisze też angielskie piosenki do znanych melodii, albo komponuje w całości własne. W rodzinnym gronie wspomina się, jak to 1,5–roczna Agatka śpiewała mocnym głosem przeboje Maryli Rodowicz. Nastolatka udzielała się na szkolnych akademiach, studentka w rockowych kapelach i wieczorach poezji śpiewanej, a trzydziestolatka poszła na przesłuchanie do chóru Filharmonii Opolskiej i została tam jednym z sopranów. Najbardziej lubi barokową harmonię, ale poczucie spełnienia dały jej wykonane przez naszych filharmoników “Carmina Burana” Carla Orffa, zafascynowanego średniowieczem niemieckiego prymitywisty.
Muzyką przesiąknięta jest też jej książka, bo główni bohaterowie to pianista i skrzypek. Autorka sama siadała do komputera, gdy w domu milkły dźwięki skrzypiec, a mąż–muzyk kładł się spać. Wyobraźnia muzyczna przeplata się z plastyczną. –Każdego bohatera zawsze rysowała, a jego portret wkładała między kartki. To jeszcze jedna pasja.
– Wszystkie moje zamiłowania narodziły się w tym samym czasie. Grałam na gitarze, pisałam, malowałam, śpiewałam, komponowałam – wspomina młodzieńczą erupcję artystycznych zainteresowań. Jako studentka potrafiła zaczepiać na ulicach Wrocławia i prosić o pozowanie obcych ludzi, których twarze ją zafascynowały.  Te rysunki są z nią do dziś. Miała też okres fascynacji japońską kreską – mangą i anime. Na wystawie w Przyworach rysunki dla dzieci obok innych prac plastycznych (ostatnio maluje także pejzaże) zajęły całą ścianę. – Bardzo mnie wspiera Stowarzyszenie Nasze Przywory. To niezwykłe, ile wspaniałych pomysłów i wydarzeń ma miejsce w tak małej miejscowości. Dzięki fantastycznym ludziom tam ciągle się coś dzieje – wystawy, spotkania, muzyczne wieczorki, o babskim combrze nawet w Teleexpresie mówili – chwali pani Agata. Pierwszą recenzentką (spoza rodziny) jej twórczości literackiej jest Monika Silarska z przyworskiej biblioteki. – Dostaje moje teksty jeszcze ciepłe, prosto z drukarki. Bardzo mnie wspiera i promuje – mówi autorka.
Drukiem ukazała się dopiero jedna książka. Na razie przeczytały ją Przywory i Kąty Opolskie. W szufladach i na dyskietkach czekają kolejne. Cztery dalsze tomy dziejów Armagnaca powstały w 1,5 roku. Gotowe są też historie obyczajowe i ogromna powieść s–f na 400 tysięcy znaków. – Jak wpadnę w amok, to poświęcam pisaniu każdą wolną chwilę. Noszę te historie w sobie, słyszę je i widzę, a kiedy siadam do pisania to już nie tworzę, tylko jestem przekaźnikiem – mówi o swej metodzie. – Wypuszczam je w świat, by stały się też udziałem innych.
To dlatego założyła konto na Facebooku. Dziś debiutujący autor musi korzystać z wszelkich dostępnych form promocji. – Chciałabym skupić się na pisaniu i z tego żyć – mówi .
Agata Suchocka nie marzy o bóg wie czym. Dobrze jej się żyje na Metalchemie, o którym mówi, że jest najlepszym miejscem do mieszkania w Opolu.
– We Wrocławiu takie osiedle uchodziłoby za luksusowe – mówi. Duże mieszkania, place zabaw, trzy siłownie na świeżym powietrzu, boiska, ścieżki rowerowe, Odra w pobliżu.
– Nigdzie się stąd nie ruszę – śmieje się. Żeby jeszcze tylko dane jej było zostawić po sobie trwały ślad…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz