poniedziałek, 6 czerwca 2016

UNDERGROUND - rozdział 1





1

Stroboskop migał histerycznie sprawiając, że postacie podrygujące na parkiecie zdawały się poruszać jak roboty. W rzeczywistości ich kroki były płynne; ciała, lekko przechylone do tyłu, kołysały się z boku na bok; ciężkie, okute blachą buty nie przeszkadzały stopom poruszać się z jakąś trudną do wytłumaczenia gracją. Gdyby wyłączyć serię świetlanych wystrzałów, oczom obserwatora ukazałaby się groteskowa trupa baletowa tancerzy okrytych lateksem, lakierowaną skórą i siatkowymi pończochami. Zwisały z nich łańcuchy, rzemienie i militarne pasy, na szyjach  mieli ćwiekowane obroże, na przegubach nitowane kajdany, twarze ukryte za maskami gotyckich makijaży, wszyscy jakby żywcem wyjęci ze steampunkowej, postapokaliptycznej space opery.
Obserwowała ich uważnie, jej oczy skryte za dużymi, kwadratowymi szkłami okularów, wtopiona w tłum takim samym, dziwacznym przebraniem, bo w istocie taki strój nie był niczym innym. Wodziła sennym wzrokiem po spoconych ciałach, rozedrganych od dudniącej muzyki, w industrialnym łomocie trudno było wychwycić melodię. Oni jednakże doskonale ją słyszeli, poruszali się w jednym rytmie jak tłoki potężnej maszyny. Gdyby reżyser kolejnej części "Mad Maxa" poszukiwał statystów, znalazłby tutaj cały ich tłum, już ucharakteryzowanych.
Pozwoliła porwać się muzyce, rzucając się wściekle w jej rytmie. Choć parkiet był zatłoczony, ona miała wokół siebie trochę miejsca, ludzie odsuwali się niejako odruchowo, mimo tego, iż była przecież filigranowa. Jej ruchy mówiły coś przeciwnego, krzyczały, że rozerwie na strzępy każdego, kto choćby ją dotknie. Oni wszyscy to czuli, rozumieli to i szanowali. Każdy z nich przyszedł tu z własnym bagażem doświadczeń i wspomnień, z innymi traumami, które rozdeptywał potężnymi buciorami.
Dźwięki zmieniły się, stały nieco bardziej melodyjne.
Wracała do stolika oddychając szybko, ale nie była zmęczona. Nigdy nie czuła się zmęczona podczas takich imprez, mogła tańczyć do chwili, w której DJ wytaczał się półśpiący zza swej konsoli, a właściciel dawał do zrozumienia, że zamykają lokal. Nie musiała nawet niczego wciągać, wystarczyło kilka kieliszków wódki, która działała na nią jak benzyna na spragniony silnik. Zahaczyła o bar, wlewając w gardło bez popitki kolejny kieliszek czystej. Miała gdzieś fakt, że następnego dnia pójdzie do pracy na potężnym kacu.
Otarła się o silne nagie ramię, niby to przypadkiem.                 
Zadekowana w swoim kącie wyłowiła go z tłumu. Siedział przy barze, dokładnie w tym miejscu, które mijała przed chwilą. Miała wrażenie, że dostrzega smugę feromonów przyległą do jego obnażonej ręki, w miejscu, w którym ich ciała się zetknęły.
Nie patrzył w jej kierunku, pewnie dlatego, że otoczony był wianuszkiem rujnych samic własnego gatunku, razem tworzyli scenkę rodzajową mogącą być preludium do pornola w konwencji BDSM. Tak właśnie o nim myślała od chwili, gdy zobaczyła go po raz pierwszy: urósł w jej oczach do statusu niestrudzonego gwiazdora, gotowego spektakularnie wygrzmocić na barze każdą z kobiet, wpatrzonych w niego niby w jakiegoś nadnaturalnie pięknego i silnego boga, władcę tego miejsca, personifikację dzikiej muzyki i dzikiej ekstazy, w której wszyscy się pławili. Nazywała go "Frieda", co było skrótem od jakiegoś nieistniejącego pseudonimu, "Zygfried Palownik", czy coś w tym stylu.
Nie chciała dołączyć do grona jego plastikowych fanek, choć z drugiej strony nie pragnęła niczego więcej. Gdy muzyka cichła, stroboskop gasł, opadał dym, a ona zmywała z twarzy resztki barw wojennych, zaśmiewała się z jakości i wielkości swoich pragnień. Jej ambitne plany podbicia świata codzienna egzystencja przerobiła na żądzę oddania się jakiemuś pajacowi w kabaretkach i glanach. Te myśli przychodziły jednak potem, póki co siedziała za stolikiem czując, jak jej ciało reaguje atawistycznymi odruchami na sam fakt tego, iż miała samca alfa w zasięgu wzroku.
Walczyła ze sobą jak zwykle, chcąc podejść do niego, zagadać, przywitać się. Być może tylko udawał, że jej nie rozpoznaje, w końcu szlajali się po tych samych parkietach od miesięcy. Ale to on miał być myśliwym, to on musiał zwrócić na nią uwagę, choć długonoga konkurencja, skrzypiąca lśniącym lateksem przy każdym ruchu, nie pozwalała mu na to. Celowo nie ubierała się tak, jak te wszystkie porno–piękności. Wolała wyglądać na androgynicznego wojownika, który swoją płeć zdradzał jedynie drobnymi gabarytami i obnażonym biustem. Miała świetne cycki i nie bała się ich pokazywać. Odnosiła wrażenie, że to właśnie na jej dekolt zerkał od czasu do czasu, jakby od niechcenia.
– Cześć, Marlita!
Odwróciła głowę, wzrok już jej trochę pływał. Dostrzegła jasną plamę na wysokości, na której przeciętny mężczyzna miał głowę. No, może nie przeciętny, w końcu ten był wyższy od przeciętnego i miał nieprzeciętną fryzurę, którą stanowiła burza jasnych loków.
– Zpierdalaj, Lizard! – bąknęła, zaglądając do prawie pustej szklanki po piwie, jakby chciała do niej wskoczyć by przed nim uciec.
– Również się cieszę z tego jakże nieoczekiwanego spotkania! – Dosiadł się nieproszony. – Byłem prawie pewien, że zastanę cię już pod nim, cóż za rozczarowanie!
Milczała, choć miała ochotę mu nawrzucać.
– Nawaliłaś się, dziewczynko, czas do domu. – Patrzył na nią z politowaniem.
– Zam zię, kuźwa, nawalyłeś…! Nie bęziesz mi tu tatuziował!
– Ktoś musi! – Wyciągnął do niej rękę, nie chcąc się szarpać.
Przez chwilę patrzyła na niego z naburmuszoną miną, jak mała dziewczynka, której kazano zbierać się do domu z placu zabaw.
– No chodź, odprowadzę cię, spacer dobrze ci zrobi.
– Nie móf mi, kurfa, co mi dopsze zrobi! – bełkotała, ale wstała posłusznie, przytrzymując się jego dłoni. Trzeźwa pozostawała tylko w swojej głowie, ciało jakby nagle się poddało.
Lizard wywlókł ją zza stolika, w drugą dłoń zgarnął jej torebkę i skórzany płaszcz. Sam miał na sobie podobny, nie rozstawał się z nim bez względu na porę roku, wyglądał przez to trochę jak bękart Neo z Matrixa i Wenus, tej boticelliańskiej, stojącej w gigantycznej muszli.
Ulica była pusta, szli niezdarnie od jednego kręgu latarnianego blasku do następnego, powoli, żeby nie potknąć się na chodnikach fakturą przypominających jakieś korzeniowisko prowadzące przez las. Trotuary z pewnością nie były wizytówką tego miasta.
Opierała się o niego, czując zapach jego ciała nawet przez ubranie. Image ulicznego straceńca nie mógł przykryć jego pedantycznych przyzwyczajeń, w końcu był chłopcem z dobrego domu, buntującym się tylko dla zasady, przyzwyczajonym do standardów życia, z których nie zamierzał rezygnować bez względu na wyznawaną właśnie ideologię. Ale on przecież wcale nie był już chłopcem, prawda? Tamten dzieciak, którego poznała wiele lat temu, dorósł i przejął filię rodzinnej firmy, stał się ekscentrycznym "Panem Prezesem", który za dnia przesiadywał za biurkiem w nienagannie skrojonym garniturze, z włosami zaplecionymi w misterny francuski warkocz, który rozpuszczał, zanim wsiadł po pracy do auta, zarzuciwszy przed tym na siebie zszargany, skórzany płaszcz.
To wszystko stało się na przestrzeni kilku lat ich znajomości, obserwowała jego metamorfozę uważniej, niż była skłonna przyznać, zafascynowana zdolnościami do podwójnego życia, jakie wiódł. Ten mroczny anioł, który teraz ostrożnie prowadził ją do domu pojawiał się tylko po zmroku, nikt nie rozpoznałby w nim statecznego kierownika ogólnokrajowego konsorcjum. Mówił jej kilkakrotnie, czym się zajmuje, ale nie chciała tego pamiętać. Dla niej był ciągle tym młodocianym buntownikiem, jej aniołem stróżem, który trwał przy niej jak wierny pies, a ona nie potrafiła zgadnąć, dlaczego tak się działo. A może właśnie wiedziała aż za dobrze?
– Lizard, szy ty jusz skończyłeź czydzietke? – zapytała, przymknąwszy oczy, pozwalając mu się prowadzić jakby była niewidoma.
– W zeszłym roku. Dałaś mi nawet prezent z tej okazji – odrzekł cicho, obejmując ją ramieniem.
– Naprafde?
– Naprawdę. I jeśli nie przestaniesz ćpać, zapomnisz jeszcze o wielu sprawach.
No i proszę, zaczynało się.
– Miałeź nie molari… nie molarizować…! – czuła, że nie ma siły na kłótnię, nagle stała się straszliwie senna.
– Ktoś musi. Nie masz nikogo, kto by cię postawił do pionu. A ostatnimi czasy naprawdę przeginasz! Widziałem twoją apteczkę, jeszcze moment i staniesz się rasową lekomanką!
Wzdrygnęła się i gdyby miała siłę, trzasnęłaby go.
Wspomniała zimne, profesjonalne spojrzenie psychiatry, jego wystudiowany uśmiech, który zdradzał wszystko, oprócz współczucia. Zalewała się łzami, siedząc w wygodnym fotelu obitym materiałem o nieokreślonym kolorze, w gabinecie o zielonkawych ścianach, na biurku stała paprotka, a ona miała ochotę chwycić doniczkę i roztrzaskać ją na głowie lekarza. Nie potrafiła powiedzieć, dlaczego płacze. Diagnoza jednakże brzmiała niezwykle romantycznie: choroba dwubiegunowa, lepiej znana jako psychoza maniakalno–depresyjna. Podobno cierpieli na to Edgar Allan Poe i Byron. Gdy gdzieś o tym przeczytała natychmiast odstawiła psychotropy. Faktycznie miała całą szufladę prochów, ale zażywała je rzadko albo tylko tak się jej wydawało. Zapijała je wódą i odpływała w niebyt.
Problemy zaczęły się w klasie maturalnej, po śmierci matki. Nagle straciła jedyną prawdziwą przyjaciółkę, jedyną osobę, która potrafiła ją spacyfikować bez leków. Ojca nie pamiętała. I gdy nagle zabrakło tej jednej osoby, która wierzyła w to, iż stany maniakalne Marli mogą zaowocować czymś spektakularnym, osierocona, wchodząca w dorosłość nastolatka przeszła w okres depresyjny. Utonęła w książkach, dom w dużym mieście zamieniła na mieszkanie w mieście jeszcze większym i zdała na uniwersytet, na nierokującą wówczas iberystykę. Chyba tylko towarzystwo podobnych jej maniaków uchroniło ją przed kompletnym stoczeniem się. Czy oby na pewno…?
Podczas drugiego roku studiów poznała Lizarda.
Kilka miesięcy wcześniej przyjechał na wymianę z jakiegoś rosyjskiego zadupia. Notatki robił cyrylicą. Któregoś razu to dostrzegła i prawie przewiesiła się przez jego ramię, obserwując zręczne ruchy silnej dłoni. Był leworęczny. Jak się niedługo potem dowiedziała przybył z Petersburga, a jego ojciec był żrącym złoto na śniadanie oligarchą. Syn równocześnie studiował marketing i zarządzanie, by przejąć część interesów ojca w Polsce oraz literaturę, ponieważ to kochał i zagroził, że albo mu na to pozwolą, albo podetrze sobie ojcowskim imperium finansowym tyłek. Chłopak zaimponował jej siłą charakteru i duszą romantyka. Rozmawiali godzinami nad szklaneczkami absyntu. Poczuła się tak, jakby zyskała starszego brata. I mimo tego, że był diablo przystojny z tą swoją plerezą loków i wielkimi, sennymi oczyma, nigdy do niczego pomiędzy nimi nie doszło. Choć początkowo tylko się przyjaźnili, z upływem lat ich relacja przerodziła się w coś o wiele głębszego, czego nigdy nie zdefiniowali. W międzyczasie on wpasował się w narzuconą mu przez ojca rolę, a ona wylądowała na ciepłej posadce w biurze translatorskim. Tłumaczyła instrukcje obsługi i formularze rejestracyjne pojazdów, zapominając o tym, iż planowała na nowo przełożyć "Don Kichota". Kiedyś miała nawet białego szczura o imieniu Rosynant.


1 komentarz: