wtorek, 7 czerwca 2016

UNDERGROUND - rozdział 2



2


Ostatnimi czasy jej więź z Lizardem sprowadzała się już tylko do jednego: on pojawiał się w krytycznym momencie i holował ją do domu, z którego często wywalał któregoś z gówniarzy, jakimi ostatnimi czasy się otaczała. Wściekał się, ale nie był w stanie rozpędzić tego towarzystwa, szczególnie na nerwy działali mu ci trzej gnoje na motocyklach.
Jeden z nich stał właśnie pod blokiem, w którym mieszkała Marla. Nonszalancko oparty o potężną maszynę popalał skręta, dym wplatał się w jego złocistą grzywę ułożoną na kształt popularnego przed półwieczem "kaczego kupra". Wyglądał tak, jakby urwał się z planu "Grease".
– Domu nie masz, szczeniaku? – Lizard zmrużył oczy.
– Tam dom mój, gdzie matka moja! – Chłopak tanecznym krokiem podszedł do nich, wskazując palcem Marlę. – Nasza królowa znowu się nawaliła, jak widzę?
– No to jesteś cholernie spostrzegawczy! Pomóż mi lepiej!
Chłopak chwycił Marlę pod ramię, ewidentnie film jej się urwał.
Weszli schodami na drugie piętro, Lizard pogrzebał w jej torebce i wydobył klucze.
Mieszkanie rozświetlał sinawy blask bijący od gigantycznego akwarium w salonie. W środku, wśród powykręcanych gałęzi i głazów pływała grupa gigantycznych, białych pielęgnic.
Chłopak puścił Marlę, pozwalając Lizardowi zawlec ją do sypialenki i zaczął przyglądać się rybom, przyklejając nos do szyby i robiąc głupie miny, jednak one nie zwróciły na to uwagi.
– Zostanę z nią – Mężczyzna wyłonił się z pokoju.
– Ja z nią zostanę… – Chłopak wyprostował się.
– Posłuchaj, Matti…
– Nazwij mnie, kurwa, jeszcze raz "Matti"! – Całe ciało dzieciaka stężało, jakby szykował się do skoku. – Jeszcze raz tak do mnie powiedz! Wyzywam cię, papciu!
Lizard westchnął. Czy ten gówniarz naprawdę zamierzał się z nim tutaj szarpać? Wiedział już aż nazbyt dobrze, iż on i jego kumple tylko szukali takich okazji, szczególnie wówczas, gdy wypalili za dużo trawy. U nich objawiało się to czymś zupełnie przeciwnym do głupawki.
– Uspokój się, Morgit! Wracaj do domu, matka się pewnie zamartwia!
Chłopak zaśmiał się, w zasadzie zawył ze śmiechu, odrzucając głowę do tyłu.
– Co ty możesz wiedzieć o mojej matce, co? Ja pierdolę! No chyba, że i ty już ją puknąłeś, w końcu mieścisz się w jej ulubionym przedziale wiekowym!
Lizard jedno wiedział na pewno: matka Matta, zwanego Morgitem, zasługiwała na potężną dozę współczucia, zarówno ze względu to, jak  poczynała sobie jej latorośl, jak i na to, w jaki sposób ona radziła sobie z rodzicielskimi kłopotami. Dokładnie tak, jak to skwitował synalek: rozkładając nogi przed facetami przed trzydziestką. Ile jednakże było prawdy w opowieściach Morgita – tego nikt nie wiedział.
– Dobra, skoro jesteś taki opiekuńczy, to ja spadam. Bierzesz na klatę jej ewentualne pawie, tylko nie zapomnij, że lubi spać na plecach, więc może się zakrztusić.
Morgitowi nieco zrzedła mina.
– Co, już ci się odechciało opieki? Trochę to mało romantyczne, prawda? Już ja cię znam, cwaniaczku, pewnie liczyłeś na to, że cię tu z nią zostawię, żebyś mógł ją przelecieć gdy tak sobie drzemie nieprzytomna i niczego nieświadoma, co? Wypierdalaj!
Przez długą chwilę mierzyli się spojrzeniami, jak w westernie. Morgit był drobny, ale silny i szybki, Lizard nie miał najmniejszego zamiaru ani ochoty się z nim spinać. Wiedział, że dzieciak nosi w kieszeni sprężynowiec, którego często dobywa. W undergroundzie krążyły legendy o poczynaniach jego i jego koleżków. Morgit był niepisanym przywódcą małego, ale niesławnego gangu, znanego w podziemiu jako Święci Chłopcy. Nikt nie lubił z nimi zadzierać. Nikt. Chyba tylko Lizard, który od dzieciaka obcował z przeróżnymi szemranymi typkami z rosyjskiego półświatka, nie bał się pacyfikować Morgita, któremu obecność quasi–ojcowskiej figury była bardzo potrzebna. Głównym zmartwieniem młodocianego Casanowy było to, iż figura owa nieustannie przeszkadzała mu w zatopieniu się pomiędzy udami kobiety, której niezdrowo pożądał, biorąc pod uwagę dzielące ich dziesięć lat. Lizard był jak jakiś pieprzony anioł stróż, pojawiał się zawsze w chwili, w której Morgit był o krok od zrealizowania swoich fantazji.
Pod oknami rozległ się ryk silników.
Vincent i Hazela zawsze wiedzieli, gdzie go szukać, gdy urywał się nagle z jakiejś domówki czy klubu i znikał po angielsku. Zdarzało się, że godzinami warował pod jej domem, czekając, aż wróci nie wiadomo skąd i z kim, zupełnie tak, jak dziś. Obaj lubili Marlę, i owszem, karmiła ich i przyjmowała pod swój dach gdy pokłócili się ze starymi albo mieli zjazd. Między sobą mówili o niej per " pieprzona Matka Teresa", ale tylko wówczas, gdy Morgita nie było w pobliżu.
– Mooorgiiiit!! – Rozległo się z dołu.
Chłopak przeczesał włosy i jakby oklapł, wymijając Lizarda.
– No to ja już pójdę… – mruknął, wydobywając z wewnętrznej kieszeni ramoneski skręta. – Ucałuj ode mnie naszą panią, tylko ją wcześniej umyj, jeśli się zarzyga!
Trzasnęły drzwi, na schodach rozległy się szybkie uderzenia podkutych blaszkami kowbojskich butów.
Lizard westchnął ciężko i podszedł do okna, spod którego z piekielnym powarkiwaniem odjeżdżały trzy harleye.
Święci Chłopcy, z której strony by się im nie przyglądać, wyglądali jak wyjęci z lat sześćdziesiątych zbuntowani licealiści, jednak ich pewność siebie, przekonanie o własnej doskonałości i skrajny wręcz narcyzm sprawiały, że roztaczali wokół siebie aurę „superświetności”, jak zwykli byli nazywać swój wulgarny i tani image. Skórzane kurtki, kowbojskie buty, obcisłe, wytarte do granic możliwości jeansy i fryzury lepiące się od brylantyny, przypominające czub Elvisa, robiły odrażające i pociągające zarazem wrażenie, czyniąc z ich chudych, gibkich ciał, wiecznie drżących od palonej bez przerwy marihuany, obiekty pożądania każdego, kto tylko ich zobaczył. Tak im się przynajmniej wydawało i udawało wszystkich o tym przekonać. Ostateczną wątpliwością było imię, które przybrali na urągowisko sobie i całemu światu. Ten, kto zastanawiał się nad jego pochodzeniem, mógł rozwiać swoje wątpliwości co do ich domniemanej i rzeczywiście wątpliwej świętości oglądając ich co wieczór w kościele, służących do mszy. Miało to podwójne korzyści – uświadczało wszystkich o absolutnej dewocji Świętych Chłopców i pozwalało im poszukiwać coraz to nowych ofiar swego wielokierunkowego niewyżycia wśród struchlałych bywalczyń konfesjonałów, których uwodzenie i rozdziewiczanie na wszelkiej możliwe sposoby było ich jedynym jak na razie celem życiowym.
Dlaczego Marla się z nimi zadawała? Dlaczego hołubiła ich jak jakieś bezdomne kundle? Cóż takiego było w tych gówniarzach, co tak bardzo ją pociągało? Nieustannie kręciły się wokół niej jakieś podejrzane chłopiątka i anorektyczne dziewuszki, przyciągała tę wynaturzoną gównarzerię jak magnes, jakby przebywanie w ich towarzystwie mogło cofnąć ją do beztroskich, studenckich lat, do czasów młodości, kiedy to nikt jeszcze za nic nie odpowiadał. Skąd oni wszyscy się brali? Gdzie byli ich rodzice? Dlaczego nikt nie przejmował się losem tych zagubionych duszyczek?
Marla się przejmowała, na swój dziwaczny, przyzwalający sposób. Sama nie miała dzieci, z facetami nie układało jej się już wówczas, gdy się poznali, przez lata co jakiś czas wypłakiwała się w rękaw Lizarda po kolejnych marnie kończących się przygodach. Była magnesem nie tylko na dziwaków, ale i na skurwysynów. Wszyscy normalni faceci w jej wieku byli już zajęci, mieli rodziny i dzieci. No, on był wolny, ale po pierwsze nie był normalny, a po drugie Marla nigdy nie dała mu do zrozumienia, że mogłoby połączyć ich coś wykraczającego poza tę trudną do zdefiniowania, wzajemną zależność.
Czy na nią leciał? Pewnie, że tak, nigdy jednak nie pozwolił jej tego odczuć. Gdy sam się nad tym głębiej zastanawiał, uświadamiał sobie fakt, iż bardziej niż jej ciało pociągał go jej popaprany umysł. Jeśli ktoś mógł zrozumieć zawiłości jego spaczonej psychiki, to tylko ona. Tylko ona mogła zrozumieć fakt, iż w jednym umyśle egzystował wrażliwy poeta i bezduszny, rozpieszczony przez wszechwładnego tatuśka balansującego na granicy legalu smarkacz, który nigdy nie dorósł.
Chciał zabrać Marlę do Rosji, chciał pokazać jej rodzinną metropolię z tysiącletnią tradycją. Chciał wiele rzeczy, ale nie miał odwagi realizować swoich marzeń. W rzeczywistości był chorobliwie wręcz nieśmiały, ale skutecznie ukrywał to pod maską anioła ciemności, którą założył jeszcze w Rosji.
I co by zrobił, gdyby miał ją już tylko dla siebie? Co by zrobił, gdyby jej okresy manii nie znajdowały ujścia w tych wszystkich imprezach, których terminarza pilnowała lepiej niż pór posiłków? I co zrobiłaby ona, gdyby powiedział jej: "Marla, ucieknijmy razem! Zamknę cię w złotej klatce i będę karmił kawiorem!"?
Wyśmiałaby go, tego był bardziej niż pewien.
O kruchości ich relacji świadczył chociażby fakt, iż nigdy nie zapytała go, jak miał naprawdę na imię. Wątpił w to, by zadała sobie jakiś trud i sprawdziła to sama. Wykładowcy zwracali się do niego "panie Daniłowicz", akurat u nich w grupie panowała jakaś obsesja tytułowania się po nazwisku. A oprócz profesorów i Marli nikt się do niego nie odzywał. Chyba bali się jego nieokiełznanej, kozackiej natury, której przeczyły jasne włosy i za duże oczy. Mrużył je nieustannie, próbując nadać swojej twarzy nieco poważniejszy wygląd, ale na nic się to zdawało. Miał oblicze rozkojarzonej Wenus, dlatego od kilku lat nieustannie pracował nad rzeźbą ciała, próbując nadać swoim ruchom stanowczości. Chociaż to mu się udało, podwładni w firmie darzyli go szacunkiem. Był o krok od tego, by nie musieć już codziennie stawiać się w biurze. Marzył o dniu, w którym będzie musiał mówić już tylko "tak" albo "nie", jak jego ojciec, a przez resztę czasu siedzieć w kasynie czy żłopać wódę z dygnitarzami. Chociaż on inaczej spożytkowałby wolny czas.
Marla spała spokojnie, ręka zwisała jej z łóżka. Poprawił ją i usiadł na podłodze obok, wpatrując się w jej oświetloną ciepłym blaskiem nocnej lampki twarz: powieki pokryte sadzą makijażu, sztuczne rzęsy, do połowy odklejone z prawego oka. Chwycił zlepione tuszem włoski koniuszkami palców i oderwał powoli, patrząc, jak delikatna skóra się naciąga, ale Marla nawet nie drgnęła. Na policzku miała rozmazaną błyskawicę, narysowaną kilka godzin wcześniej eyelinerem i wypełnioną czerwoną konturówką. Wyglądała jak pieprzona blizna Harry'ego Pottera.
Elektryczny czajnik zabulgotał i wyłączył się pstryknięciem, które w ciszy zabrzmiało jak trzask łamanej gałązki.
Wydobył z szafki swój ulubiony kubek i zalał paskudną kawę. Marla pijała tylko najlepsze zielone herbaty, dla gości i na pobudzenie miała najpodlejszej jakości fusy. Twierdziła, że napar dobrej jakości nie jest w stanie jej obudzić, chodzi bardziej o aromat zastałego termosu, jaki pamiętała z dzieciństwa, gdy matka odkręcała go w wagonie pierwszej klasy ekspresu "Odra". Takie wspomnienie odpędzało każdy sen.
Zamierzał zostać przy jej łóżku i patrzeć na nią przez całą noc. Nie powinna w takim stanie być sama. Kilkakrotnie ratował ją przed zachłyśnięciem, prał pościel i ją razem z tą  zarzyganą pościelą. Dlaczego pozwalał je na to wszystko? Pewnie dlatego, iż nie znosiła krytyki, nie pozwalała nikomu wchodzić z butami w jej porąbane życie. Również on nie miał do tego żadnego prawa, w końcu kim dla niej był? Kolejnym okazem do kolekcji dziwadeł przedstawiających się wyszukanymi pseudonimami. Wmawiał sobie, że jest inaczej, ale w głębi duszy wiedział lepiej. Ich relacja była więcej niż toksyczna. Czuł dziwny chłód w sercu widząc, jak się stacza, nie mógł jednakże zrobić nic, by temu zapobiec. Albo nie chciał.
Oddychała przez usta, jak dziecko.
Popijał lurowatą kawę i wsłuchiwał się w miarowe tykanie zegara. W nocnej ciszy było nachalne, natarczywe, ale Marla twierdziła, że właśnie takie pomaga jej zasnąć. Miała milion swoich małych dziwactw, ale dzięki temu była prawdziwa. Chyba ona jedyna spośród nich wszystkich, dlatego tak do niej lgnęli. Nie bała się krzyczeć wszem i wobec: "Patrzcie na mnie, jestem pierdolnięta!!" A oni wszyscy, choć sprawiali pozory szaleńców, ekscentryków, desperatów, byli po prostu zagubionymi dzieciakami, doszukującymi się w niej archetypu pramatki akceptującej ich razem z dziwactwami, jakie sobie poprzypinali.
Miał ochotę położyć się przy niej, mimo tego, że śmierdziała przetrawionym alkoholem i papierosowym dymem. Nie miał jednakże odwagi, by to zrobić, w końcu był tylko chłopcem, który jeszcze nie dorósł.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz