środa, 8 czerwca 2016

UNDERGROUND - rozdział 3


 3

– Która godzina…?
Liczyła na to, że jej odpowie. Bardzo chciała, żeby jeszcze tu był.
Nie było go jednak, wyczuła to zanim otworzyła oczy. Do poduszki przylgnął zapach jego perfum, znała go aż za dobrze, co chwilę przecież na nim wisiała, tak, jak jeszcze kilka godzin wcześniej. Ten zapach kojarzył jej się z wilgotnym, leśnym poszyciem. Morgit używał zupełnie innych perfum, agresywnych, korzennych, nachalnych, dziwacznie kontrastujących z jego młodym, gibkim ciałem. Prawie dwukrotnie młodszy od Lizarda, nie była nawet pewna, czy był już pełnoletni…? Na pewno nie według amerykańskich standardów.
Otworzyła oczy i przez długą chwilę wsłuchiwała się w głośne tykanie zegara. Czuła, jak życie w niej gaśnie z każdą upływającą sekundą. Każdy oddech przybliżał ją do śmierci. Ta myśl nawiedzała ją co rano, gdy tak leżała, a zegar tykał zgrzytliwie, jakby każde przesunięcie wskazówki łamało jakąś maleńką kość w ciele jakiegoś maleńkiego stworzenia.
Wstała powoli, bo w głowie pulsowało jej tak, jakby stała się ona płynącą meduzą, kurczącą ciało przy każdym ruchu. Wyszła z sypialni do salonu, gdzie sinawy blask akwarium został wchłonięty przez ostre promienie słońca, przesączające się przez młode listowie na ocieniającym balkon klonie.
Rozejrzała się po mieszkaniu, nie bardzo pamiętając, jak wyglądało, gdy opuszczała jej poprzedniego wieczora, udając się na imprezę. Zawsze wychodziła aż nadto rozochocona, szykując się rozrzucała wszędzie ciuchy i kosmetyki, jak nastolatka wychodząca na pierwszą randkę.
Pozmywał naczynia, wywiesił jej płaszcz na balkon, żeby wywietrzyć z niego dym. Nie dotknął jej jednak, nie odważył się, jak zawsze. Miała na sobie śmierdzące ciuchy, na twarzy resztki makijażu, którego większość wytarła w poduszkę. Gdyby miał więcej odwagi, rozebrałby ją do naga i wpakował do wanny, wyszorował, a  potem przeleciał, półprzytomną i w takim stanie zawsze obojętnie chętnawą.
Ryby podpłynęły do szyby wachlując płetwami piersiowymi. Choć były wielkie jak świąteczne karpie, sprawiały wrażenie łagodnych potworów. Drapieżniki wychodziły z nich tylko w porze karmienia. Nałogowo łapała owady i z chorą fascynacją przyglądała się, jak rybska atakowały taflę. Po motylach zostawała tylko warstewka pyłku, rozchodząca się koncentrycznie po powierzchni. W bloku nie było prusaków, ale gdyby się zagnieździły tylko ucieszyłoby ją to, bo oznaczałoby darmową karmę dla jej pupilków.
Wpatrywała się w bursztynową toń, jakby mogła usłyszeć myśli gdzieś w głębi białych, cylindrycznych cielsk.
Ryby umierają w milczeniu.
Dowlokła się do łazienki i wgramoliła do wanny, choć cholernie chciało jej się sikać. Potrzeba zmycia z siebie brudu nocnej balangi była jednakże silniejsza. Dokonywała ablucji myśląc o napiętych muskułach Friedy, o jego mocarnej dłoni, wokół której owinięty miał łańcuch z doczepioną na końcu blondyną. Jej nie zapamiętała.
Nagle wydał jej się groteskowy, jak zawsze w tych pierwszych "momentach po", kiedy była już prawie trzeźwa, emocje opadały i trzeba było rozpocząć mozolny powrót do rzeczywistości. "Pajac w kabaretkach" – tak mówił o nim Lizard.
Lizard…
Dla niego każdy był pajacem, każdy, kto się przy niej kręcił. W głębi duszy dziękowała wszystkim siłom piekielnym za to, iż jej samozwańczy protektor miał w sobie tyle chorobliwej nieśmiałości, gdyby było inaczej, zrobiłby się zaborczy. Był zazdrosny, wiedziała o tym, ale tak naprawdę nie obchodziło jej to. Chwilami czuła aż zbyt dotkliwie, że wykorzystuje jego słabość do siebie, ale wyrzuty sumienia były zbyt nikłe, by go odprawić. Potrzebowała go, właśnie na takie noce, kiedy ledwie trzymała się na nogach, a obok nie stał nikt, kto odeskortowałby ją do domu. Cała banda jej pupilków nie wykazywała najmniejszych chęci do tego, by jej pomagać. A niektórzy z nich pewnie chętnie wykorzystaliby takie chwile do zaspokojenia swoich chuci.
Kurwa!
Przecież ona doskonale zdawała sobie z tego wszystkiego sprawę! Widziała absurd relacji z tymi dzieciakami, które lgnęły do niej za niemym przyzwoleniem! A jednak nie potrafiła się od nich uwolnić, nie chciała ich przepędzić, uosabiali wszystko to, na co sama za młodu nie miała odwagi. Byli jak personifikacje wszystkich tych grzechów, których nie odważyła się popełnić i teraz tego żałowała. Byli jak lustra, w których odbijała się jej przeszłość, ta przeszłość, której nigdy nie przeżyła.
Patrzyła na swoje odbicie i miała wrażenie, że obserwuje obcą osobę: kobieta dobiegała trzydziestki, miała ciemne, gładko zaczesane włosy, delikatny makijaż, słabo tuszujący ślady po bibie, była ubrana w białą koszulę, lekką marynarkę w kolorze kurzu i obcisłe jeansy. Po chwili namysłu rozpięła jeszcze jeden guziczek koszuli, by choć trochę stać się podobną do siebie: do prawdziwej siebie, tej wariatki, która potrafiła przetańczyć pijana całą noc i położyć się potem do obcego łóżka z byle kim.
W biurze bezmyślnie stukała w komputer, tłumacząc jakieś urzędowe papiery, klikała "kopiuj–wklej" jak automat, będąc myślami zupełnie gdzie indziej.
– Mam tu dla pani jeszcze jedno zlecenie…
Sekretarka nawet nie zadała sobie trudu, żeby zapukać. Wszędzie wchodziła jak do siebie, rzucając słowa w przestrzeń nosowym głosem, jakby była wiecznie zakatarzona. Marla jej nie znosiła, ale tylko uśmiechnęła się kwaśno, odbierając teczkę z papierami. Miała wrażenie, że dotyka czegoś brudnego, skażonego. Reagowała tak na większość ludzi, wydawali jej się nieczyści, odczuwała lęk, iż mogłaby się od nich czymś zarazić. Tylko czym? Gnuśnością, prostactwem, małostkowością? W okresach depresyjnych czuła się tak, jakby już dawno przekroczyła tę granicę, jakby stałą się częścią otaczającego ją motłochu, stopiona w jedno z bezrozumną, szarą masą. Gdy przychodziła mania, była władczynią wszechświata, ponad nimi wszystkimi, bezpiecznie oddzielona od przeciętniactwa przepaścią zdającą się nie mieć dna. Dryfowała bezcielesna, niesiona porywami własnych myśli, ponad otchłanią, na której niewidocznym dnie kisił się w sosie własnej beznadziei cały pieprzony świat. A ona, lekka, nieważka, znajdowała się gdzieś poza wszelkim miejscem i wszelkim czasem.
–…to na jutro, bo jest dopłata za ekspres.
Sekretarka zaszurała butami na niemodnych, szerokich obcasach i wyszła, nie fatygując się, by rzucić Marli "dziękuję" albo "pocałuj mnie w dupę". Ciekawe, kiedy ostatnio ktoś posunął tego kaszalota? Kto w dzisiejszych czasach nosił sweterki w pudrowych kolorach i spódnice za kolano, przypominające krojem dzwon Zygmunta?
Odliczała godziny do szesnastej, siedziała na samym brzegu krzesła, jakby przyciągał ją do niego wielki magnes i nie mogła się oderwać. Była niewolnicą, zmuszaną do pracy, której nie chciała wykonywać przez system, którego trybikiem stała się tuż po studiach. Dyskretnie za to sobą pogardzała, za to, że tak łatwo pozwoliła zemrzeć swoim gówniarskim ideałom, że tak szybko się poddała, że nie robiła niczego, aby przekuć swoją manię wielkości w cokolwiek namacalnego, w jakieś wiekopomne dzieło, które sprawiłoby, iż świat zacząłby ją wielbić, tak jak na to zasługiwała we własnym mniemaniu.
W tych snach na jawie coraz częściej pojawiał się Morgit, ze swoim wygranym w karty motocyklem, wsiowymi kowbojkami o ostrych nosach i złotymi lokami zaczesanymi nad czołem w kształt przypominający kaczą dupę. Co takiego miał w sobie, iż nie wybuchała śmiechem na jego widok, a zamiast tego czuła, że majtki przesiąkają jej wilgocią? Toż ta fascynacja byłą nieomal pedofilią! Był prawie dwukrotnie od niej młodszy! Miał jednakże w sobie szlachetny rys sieroty, dziecka, pozbawionego matczynej miłości, które musiało zająć się sobą od momentu, w którym nauczyło się chodzić. Wychowany przez obcych ludzi chłopczyna zbyt szybko stał się twardym skurwysynem, tak właśnie myślał i mówił o sobie i o swojej matce, zmieniającej mężczyzn jak niemodną garderobę. Posyłany do niedzielnych szkółek czy na jakieś inne indoktrynacyjne jasełka, służący do mszy pewnie był ofiarą jakiegoś molestowania, w którym skrycie gustował. Nigdy jej tego nie powiedział, ale czuła to, widziała w jego oczach odbicie zboczeń, z jakimi musiał się zetknąć. Morgit był tak dogłębnie popierdolony, iż nie mógł mieć normalnego dzieciństwa. Pewnie właśnie dlatego tak bardzo fascynował ją, grzeczną za młodu panienkę, która nogi po raz pierwszy rozłożyła dopiero w klasie maturalnej i później przez zbyt długi czas miała z tego powodu moralniaka.
Miała cholerną ochotę się z nim przespać, sprawdzić ile prawdy było w legendzie, którą sam wykreował. Święci Chłopcy byli marką samą w sobie, w undergroundzie mieli już spory fanklub, ich miano wymawiano z jakąś perwersyjną czcią, co nie przestawało Marli bawić. Co zrobiłby te wszystkie zakochane w nich dzieciaki, gdyby dowiedziały się, że to właśnie ona, mamuśka wkraczająca nieuchronnie w wiek średni, znała smak ust ich bożyszcza? Że zadawała sobie rozkoszną torturę, raz po raz mu odmawiając? Nigdy nie poszła z nim na żadną imprezę, nigdy nie świadkowała jego legendarnym wyczynom, ich grupowym orgietkom, zalewanym alkoholem balangom i prochowym odlotom. Bywali na innych imprezach, w innym towarzystwie, nie wchodząc sobie w drogę, jakby fascynowało ich tylko wzajemne wyobrażenie o sobie, jakby bali się konfrontacji ideału z rzeczywistością.
Kilka razy pozwoliła odwieźć się do domu na jego piekielnym Harleyu, pozwoliła mu, by przygniótł ją do zamkniętych drzwi swoim młodziutkim, prężnym ciałem, pozwoliła mu eksplorować wnętrze swoich ust czując, jak wilgoć spływa jej po udach. Zostawiała go za drzwiami dyszącego z pożadania, czując jeszcze przez ubranie jego wzwód, czując pulsowanie warg, które wsysał do ust. Czuła na szyi zapach jego mocnych, korzennych perfum. Jej dłoń wędrowała do majtek, zaspokajała się wiedząc, że on stoi tuż obok i słyszy jej tłumione, orgazmiczne jęki.
– Marla, wpuść mnie…! – chrypiał, przykładając usta do drzwi.
To było chore.
I właśnie dlatego tak bardzo ich kręciło. Morgit był jak wierny kundel, czekający na każdy ochłap jej atencji, mimo tego, że co chwilę go kopała.
Jego kumple zdawali się myśleć nieco trzeźwiej. Uśmiechali się do niej z mieszaniną pożądania i niechęci w rozwodnionych spojrzeniach, patrzyli jednocześnie z góry i z jakimś niczym przecież nie uzasadnionym podziwem. Patrzyła, jak wycierali krew z knykci, jak wciągali kształtnymi nozdrzami grube krechy dragów, jak obłapiali swoje półprzytomne ofiary, będące w większości przypadków mocno naprute i mocno nieletnie. Skąd oni brali te chętne gówniary? No bo przecież nie z kościoła...

2 komentarze:

  1. Świetnie piszesz. Perfekcyjnie kreujesz bohaterów i historie. LUUUBIĘ to!!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Ewa Pirce! <3 Staram się, żeby dawać ludziom teksty na naprawdę wysokim poziomie, zarówno fabularnych, jak i stylistycznym.

      Usuń