czwartek, 9 czerwca 2016

UNDERGROUND - rozdział 4




 4

3…2…1… Szesnasta.
Zapisała zmiany w pliku, kliknęła drukowanie, a gdy kilka cienkich stroniczek na najpodlejszej jakości papierze wysunęło się z cichym sykiem z urządzenia, trzasnęła laptopem i zgarnąwszy papiery do firmowej teczki, wystrzeliła z biura.
– Masz, mendo! Podetrzyj sobie tym niedopchniętą dupę! – chciała rzec, mijając naburmuszoną sekretarkę, która musiała kiblować w biurze jeszcze przez godzinę. – Proszę, ekspres, pani  Kryziu. Do jutra! – Uśmiechnęła się na sekundę i wyszła, próbując trzasnąć zbyt dobrze wyregulowanymi drzwiami. Celowo zniekształcała jej imię wiedząc, jak bardzo ją to irytowało.
Wolność!
Zaciągnęła się wilgotnym powietrzem jakby było egzotycznym aromatem. Kałuże wysychały, pewnie w nocy padało. Nie mogła tego słyszeć, spała nieprzytomna, pod czujnym okiem Lizarda. Skąd wiedziała, że jej pilnował? Po prostu to wiedziała.
Gdy rano siedziała skulona pod prysznicem patrząc, jak zabarwiona litrem tuszu do rzęs woda pieni się wokół jej stóp, myślała o nim, jak rozwieszał jej ciuchy i zmywał jej gary, podczas gdy ona leżała bez ducha w zmiętej pościeli. Nigdy nie dotknął jej bez przyzwolenia, nigdy nie przyszłoby mu do głowy wykorzystać jej… "niedyspozycję". Morgit nie wahałby się ani chwili.
Miała wrażenie, że w nocy coś jej umknęło, że gówniarz był tam, pod jej blokiem, czuła zapach jego perfum przyległy do znoszonej skóry płaszcza, gdy przed wyjściem do pracy zdejmowała okrycie ze sznurka na balkonie. Pamiętała tylko co którąś klatkę z powrotu do domu i fakt, iż raczej nie szła, a była wleczona przez Lizarda… Poczuła wdzięczność, ale tylko przez moment, lata dziwacznej przyjaźni utwierdziły ją w przekonaniu, iż holowanie jej po imprezach było jego zasraniutkim obowiązkiem. Skąd wiedział, gdzie jej szukać? Nigdy nie mówiła mu, dokąd wychodzi, ale najwidoczniej znał rozpiskę interesujących ją imprez równie dobrze, co ona.
Miała ochotę z kimś pogadać, powywnętrzać się komuś, kto myśli zimno i nie żałuje ostrych słów, potrzebowała schłodzenia umysłu, jak zawsze na kacu. Z obowiązkowego zestawu kawa+jajecznica+Ichiguro zrealizowała tego dnia już dwa pierwsze punkty. I choć wiedziała, że realizacja ostatniego nie będzie przyjemna, sięgnęła po telefon i wybrała numer, wcześniej przyglądając się przez dłuższą chwilę wyświetlaczowi, jakby nie bardzo wiedziała, co właściwie chce zrobić z tym urządzeniem.
Siedziała przy kawiarnianym stoliku, obserwując tłum przewalający się w pośpiechu za oknem. W migotliwym cieniu rzucanym przez młode listowie klonowej alei ludzie pojawiali się i znikali podobni postaciom z zeszłowieczornego parkietu. W tym pieprzonym mieście wszędzie rosły klony… Nie lubiła siadać na zewnątrz, codziennie po pracy zachodziła na kawę i wybierała to samo miejsce, w kącie przy panoramicznej szybie, tak, że mogła obserwować zarówno wnętrze lokalu jak i ulicę. Gdy któregoś dnia ktoś zajmował jej ulubione krzesło, udała, że mdleje, facet zerwał się, pomagając jej usiąść, choć wyglądał raczej na takiego, co pozwoli jej runąć na podłogę. Następnego dnia na małym stoliczku stała kartka rezerwująca, o którą Marla wcale nie prosiła. Obsługa najwidoczniej zaczęła ją rozpoznawać. Była panią od zestawu "latte i szarlotka", aż dziw, że się od tego nie roztyła. Może dlatego, iż w zasadzie nic innego nie jadła…?
Zamiast sygnału oczekiwania świdrował jej ucho jakiś jazgot przypominający taniec wiertła dentystycznego po szybie. Jakby po drugiej stronie włączył się faks.
– Helaaaauu? – Usłyszała po długiej chwili.
– Cześć! – rzuciła, siląc się na uśmiech, jakby mógł go zobaczyć przez słuchawkę.
– Zrobiłaś mu loda? – Nosowy głos rozmówcy odczuwała jak uporczywe stukanie palcem w skroń.
– A ty zrobiłeś komuś wczoraj loda? – odszczekała. – Na kawę chodź, wiesz gdzie.
– Wiem, jestem w drodze. Już cię wyczułem, w końcu musisz pojęczeć po bibie. Będę za kwadrans, autobus mi zwiał.
Rozłączył się.
Powoli odsunęła aparat od ucha.
Ichiguro.
Kolejny świr z dziwaczną ksywą.
Ale tylko jemu ufała. Nawet Lizardowi nie powiedziałaby połowy tego, co mówiła jemu. Pod groteskową powierzchownością, pod usilnie naprzemiennie skrywanym i eksponowanym spedaleniem kryły się w nim cholernie przenikliwy umysł, trzeźwy osąd, zimna kalkulacja. Potrafił sprowadzić Marlę na ziemię kilkoma dosadnymi konkluzjami i tego właśnie teraz potrzebowała. Kogoś, kto powie jej: "Przestań ćpać", "Odpuść sobie Friedę", "Odpraw tę bandę popaprańców, która cię otacza." Gdyby słuchała tych wszystkich rad jego musiałaby odprawić w pierwszej kolejności.
Pamiętała pierwsze spotkanie z Ichiguro, wiele lat temu, na krótko po swojej przeprowadzce do metropolii. Był wtedy jeszcze wiotkim dzieciakiem, ewidentnie od niej młodszym, choć nigdy nie dopytała go, kiedy się urodził. Nie mogła powstrzymać się przed podejściem i zagadaniem do niego. Wpatrywał się w ceglaną ścianę, jakby dojrzał na niej co najmniej zarys świętej panienki i obierał cytrynę myśliwskim nożem. Symetryczna linia ufarbowanych na czarno włosów przecinała jego policzek i wyglądało to tak, jakby jego głowa miała w tym miejscu rozjechać się na dwie części. Dopóki się nie odezwał, nie miała pewności, jakiej był płci.
– Wyglądasz jak klon Marilyna Mansona po zmianie płci… – rzuciła wtedy, a on ze szczekliwym śmiechem uprzejmie podziękował. Wieczorem już siedzieli w knajpie i żłopali wódę, choć był zdecydowanie nieletni. W tamtych czasach nikt jeszcze nie sprawdzał dowodów.
– No cześć…! – kwęknął tuż przy jej uchu, gdy odstawiała filiżankę na spodek, skąpana w tym wspomnieniu słodkawym jak mleczna kawa.
Ten jego cholerny głos wszystko niszczył, sprawiał, że złudzenie wywołane przydługimi włosami i pięknymi, jasnymi oczami okolonymi firanami rzęs pękało jak mydlana bańka. Gdyby nie to, mógłby być cudownie androgyniczny, no, może nie zupełnie, w końcu miał masywny kościec i…
– Dużą czarną! – zapiał w stronę przemykającej kelnerki.
– Czy ty jesteś pedałem, Ichiguro? – zapytała, kładąc łokcie na stole.
– Ja pierdolę, co to za pytanie?? – Spojrzał na nią tak, jakby nagle stała się potwornie brzydka. – Nie jestem, przynajmniej nie dzisiaj.
– Nie wierzę ci…
– Kurwa! – kwaknął. – Turlałem się tu po to, żebyś mnie wypytywała o orientację? Do wyra mnie nigdy nie zapraszałaś, więc po co ci ta wiedza? Zmieniłaś zdanie?
Uśmiechnęła się. Chciała go sprowokować, gdy był wkurzony, nie ripostował tak celnie.
– I tak bym cię nie przeleciał, nie jesteś w moim typie. Masz za wielkie cycki!
Odruchowo spojrzała w swój rozchełstany dekolt, w którym migotała zielonkawa koronka. Jak mogła założyć taki stanik pod białą koszulę…?
– Wracając do orientacji, czy Frieda już cię przyszpilił? Jak się skończyła wczorajsza bibka, co?
Aura dusznego, majowego popołudnie nie sprzyjała wspominkom, obraz obleczonego w lateks i matowe skóry supersamca mignął jej w głowie jak satyryczny slajd.
– Niestety, nie było okazji…
– Okazji? A czy on potrzebuje jakiejkolwiek okazji? Pamiętasz, wtedy w knajpie, jak ta laska obciągała mu spod stolika…?
Marla pamiętała aż za dobrze: Frieda rozparty na skórzanej kanapie, z rękoma rozłożonymi niby błoniaste skrzydła na jej oparciu, twarz skryta w cieniu, coraz szybciej poruszająca się, masywna pierś, a pod stolikiem to dziewczę w typie słodkiej pensjonarki, której nieskazitelne buciki na niskich obcasikach rozjeżdżały się na boki w miarę jak pracowała coraz intensywniej. Gapili się na to oboje, nie bardzo mogąc uwierzyć, że to faktycznie się działo. Gdy dziewczyna skończyła robotę, co dało się zauważyć potężnym spazmem wstrząsającym ramionami Friedy, wyciągnął ją spod stolika za włosy i usadził sobie na kolanach, gdzie natychmiast straciła przytomność. Ichiguro nie mógł przestać się śmiać, a Marla czuła, że parzą ją wnętrza własnych ud, które kurczowo zaciskała, z trudem powstrzymując się przed zdublowaniem pensjonareczki. Skryta i anonimowa za swoimi wielkimi okularami patrzyła w kanciastą twarz mężczyzny, na której malowały się błogostan i jednocześnie jakieś wyzwanie rzucane całemu światu i miała wrażenie, że odwzajemnił jej spojrzenie, przebijając się wzrokiem zmrużonych oczu przez fioletowe szkła. Światło stroboskopu odbijało się w jego ogolonej głowie, upodabniając ją do gigantycznego, migającego koguta.
– Nie słuchasz mnie! – Ichiguro siorbnął kawy. – Mówię do ciebie, kobieto!
– Sorry…! – Otrząsnęła się ze wspomnień.
– Powiedziałem, żebyś go pierdoliła, to znaczy nie! Właśnie nie! Pomyślałaś choć przez chwilę, gdzie on wcześniej kisił tego chuja?
Cały Ichiguro, nie przebierał w słowach, potrafił najbardziej podniecający obrazek przerobić na sieczkę swoją niewyparzoną gębę. Ale o to chodziło w tej grze.
        – Morgit dalej cię nachodzi?
      Zamrugała, slajdy w jej głowie przesunęły się z agresywnym klikaniem, ukazując anielską buźkę chłopaka pod spektakularnie zaczesanym blond czubem, skręt przyklejony do wydatnej dolnej wargi, jasnoszare, piękne oczy wpatrzone w nią nachalnie. To oczy, to przez te cholerne oczy… Właśnie tak ich dobierała, to musiał być klucz: wszyscy mieli przeogromne, groteskowo kobiece oczy…
       – Weź daj mu w końcu dupy, może się odczepi!
       Nie chciała, żeby się odczepił, choć wiedziała, iż tak właśnie powinno się stać.
       – Dlaczego ty go tak nie cierpisz, co? – zagaiła znad wysokiej szklanki.
Zaśmiał się nieprzyjemnie.
– Nie cierpię wszystkich pozerów!
– I kto to mówi! Mistrzunio autokreacji!
Spojrzał na nią spod tych długaśnych rzęs. Kiedyś umalowała mu oczy po pijaku, jak on wtedy wyglądał…!
– Grunt, to być szczerym wobec samego siebie. Poza Świętych Chłopców nie ma nic wspólnego ze szczerością. W rzeczywistości są rozpieszczonymi gówniarzami z dobrych domów, powinni nosić pulowerki i uczyć się… ja wiem… może szermierki? Albo grać w polo?
– Co ty pieprzysz? W tym kraju nikt nie gra w polo!
– Grają, grają, po prostu my, maluczcy, nie mamy wstępu do takiego świata. Czy ty wiesz, gdzie oni wszyscy mieszkają? Widziałaś chałupę jego starej na przedmieściach? To podobno po pierwszym mężu, chirurgu plastycznym. Zostawił jej dom i cycki za kilkadziesiąt tysięcy. No i synalka. Był Francuzem z pochodzenia.
– A skąd ty to wszystko wiesz?
Jego spojrzenie zmieniło się na pokpiwające.
– Taka duża, a taka głupia… – Siorbnął łyk. – Gdybyś czasem posłuchała, co ludzie gadają, to znałabyś wszystkie undergroundowe ploteczki. Ale nie, ty jesteś za bardzo skupiona na swoich konwulsyjnych podrygach i ślinieniu się do porno gwiazdora. Czy ty w ogóle z kimkolwiek rozmawiasz podczas tych imprez?
Nie rozmawiała, po co niby…?
– Wiesz co, Marla, ty serio jesteś nienormalna. Jesteś psychopatką. Skupioną na sobie egocentryczką. Przetrzymywanie w mieszkaniu gówniarzy mających zjazd nie świadczy jeszcze o altruizmie.
Miała wrażenie, że ta rozmowa w ogóle się nie toczy, że tylko jej się śni.
Dopiła kawę i wstała.
– Zapłacę przy barze… – rzuciła, odwracając się do niego plecami i odchodząc.
– Taaaa… – Usłyszała za sobą. – To nara.
Dlaczego go tak traktowała? Pewnie dlatego, że on traktował ją podobnie. Miała gdzieś to, czy się obrazi.
Wiedziała, że nawet jakby tak się stało, to w końcu do niej wróci. Wszyscy wracali.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz