czwartek, 30 czerwca 2016

UNDERGROUND - rozdział 5




5

     – Tак папада, да!
     Rozłączył się i rzucił telefon na biurko. Aparat upadł z głuchym stuknięciem na blat obity półmatową, ciemnozieloną skórą. Dlaczego stary uparł się, by miał tak pretensjonalne biurko? Jego pracownicy musieliby harować przez pół roku, żeby takie kupić. Przez moment miał ochotę podziurkować cenne obicie stalówką pióra, którym bezwiednie się bawił. Było nabite grafitowym atramentem.
     Dlaczego ojciec ciągle jeszcze go kontrolował?
   Po śmierci matki przed trzema laty stał się nagle zaborczy, znowu zaczął się wtrącać, choć przecież wcześniej dał mu pełną swobodę.
Potarł twarz dłońmi, odgarnął z twarzy niesforne, wijące się kosmyki włosów, które tak bardzo podobały się Marli. Zawsze zwracał uwagę na to, co jej się podoba, zapamiętywał niedbale rzucane uwagi, komentarze odnoszące się do cudzych perfum, strojów, muzyki pobrzmiewającej gdzieś w tle, gdy robili zakupy albo zagłuszającej wszystko, gdy szaleli na parkietach mało eleganckich klubów.
    Marla nie była skora do wygłaszania pochwał, przeważnie krytykowała wszystko wokół. Podczas studiów nie miała koleżanek, facetów trzymała na dystans, do profesorów odnosiła się z chłodną obojętnością, mając za nic ich autorytet. Czy to właśnie dlatego czuł się wyróżniony tym, że z nim rozmawiała? Miał wrażenie, że jej uwaga była czymś niezwykle cennym, a aprobata nagrodą za…
     Był idiotą, w to przestał niedawno powątpiewać.
Pozwalał wodzić się za nos kobiecie, która wszystko i wszystkich miała za nic, opętana manią wielkości.
     Chyba właśnie za to tak ją uwielbiał.
     Oczywiście nie miał zamiaru przyznać się jej do tego afektu.
    Zmrużył oczy, nacisnął guzik na pilocie i obróciwszy się na krześle obserwował spod przymkniętych powiek jak szyba stopniowo się przyciemnia. Staruszek uwielbiał takie ekstrawagancje, luksusy, które miały wynieść go w oczach maluczkich do rangi wszechmocnego półboga, mogącego pozwolić sobie na wszystko. Barek w biurze jego syna ledwie się domykał, wypchany najdroższymi alkoholami, a długonoga sekretarka była gotowa nie tylko mieszać mu wytrawne drinki, ale i zrobić pod blatem loda.
     Tak naprawdę niewiele miał tego dnia do roboty. Po porannym spotkaniu z Chińczykami pojechał na chwilę do banku, zadzwonił do maklera, a w przerwie na lunch wyskoczył na siłownię. Teraz odebrał zwyczajową porcję ojcowskich wskazówek, do których niekoniecznie miał zamiar się ustosunkować i myślał już tylko p tym, żeby wieczorem wyskoczyć do knajpy. Chociaż dzień wcześniej nie bardzo miał ochotę na szarpaninę z Morgitem, teraz poczuł, że chętnie przywaliłby mu w tę cudnie wykrojoną szczękę.
     Przez moment nawiedziły go wizje luksusowej chaty gdzieś wśród fiordów i Marli, ubranej w kolorowy sweter, ściskającej w dłoniach kubek kakao, z włosami w nieładzie i długimi nogami wystającymi spod rąbka odzienia. W rzeczywistości wcale nie miała długich nóg, ale w jego fantazjach zawsze była podobna swojej własnej, animowanej karykaturze…
     Przypomniał sobie zapach jej perfum, białe kwiaty, których woń uwielbiał: akacja, jaśmin, czarny bez i lipa, jakieś lekkie, zwiewne nuty, unosiły się wokół niego wyrwane z kontekstu, w końcu była późna jesień. Musiał być pieprzonym romantykiem, skoro potrafił zidentyfikować te wszystkie zapachy. Nie był w stanie przypomnieć sobie, gdzie je czuł i dlaczego tak głęboko zapadły mu w pamięć, przywodząc na myśl wszystko co dobre i delikatne i jednocześnie budząc w nim jakieś prymitywne podniecenie.
   Marla przewiesiła się przez jego ramię, muskając tymi wyperfumowanymi włosami jego szyję, a on natychmiast poczuł, że jego krocze ożywa pod dużym notatnikiem w skórzanej oprawie, którego grube, czerpane kartki zapisywał cyrylicą. Choć jeszcze pół minuty wcześniej sądził, że notes jest pretensjonalny, ucieszył się, że mógł ukryć pod nim aż nazbyt jawny fakt tego, iż te perfumy zrobiły na nim wrażenie. Wyobraził ją sobie nagą, w zmiętej pościeli, jeszcze wilgotną od smug jego śliny we wszystkich zakamarkach ciała o zapachu białych kwiatów. A wszystko to trwało jakieś pół minuty, zanim się odsunęła zostawiając go na granicy zmysłowego szaleństwa. Chwilę potem chyba rozmawiali, ale nie był w stanie przypomnieć sobie, o czym. Nawet nie zapytała go o imię, a on sam był zbyt nieprzytomny, żeby się przedstawić.
     Później zobaczył ją na parkiecie, gdy miotała się w rytm industrialnego łomotu, a on stał oparty o ceglaną ścianę i nie mógł zdobyć się na to, żeby podejść do niej, odtańczyć jakiś godowy, pokraczny taniec, któremu oddawali się wszyscy wokół. Nigdy nie tańczył, nie licząc balu inicjacyjnego, jakie wydawali oligarchowie o kupionych tytułach, wprowadzając swoje drogocenne pociechy do towarzystwa. Ale to był zupełnie inny taniec, nieprawdaż?
     Podeszła do niego, gdy wracała zdyszana do stolika i jakby machinalnie usadziła go na jakimś krześle nieopodal, po czym splotła jego włosy w niedbały warkocz.
    – Tak masz się czesać! – Nachyliła się do jego ucha, przekrzykując muzykę i zasiadła za stolikiem, a po kwadransie była już zupełnie nawalona.
     Odprowadził ją do domu będąc niemal pewny, że nie miała pojęcia, kim był.
      Następnego dnia zagadnęła go, jakby znali się od wieków.
      – Przepraszam, panie dyrektorze…             
      Nie usłyszał pukania sekretarki.
       – Już późno, pomyślałam, że…
    Nie słuchał jej, rozważając możliwość wpuszczenia jej pod biurko. Czy faktycznie obciągnęłaby mu, tak jak zasugerował to ojciec, który ją zatrudnił? Nie potrafił przypomnieć sobie jakichkolwiek zabaw w jego towarzystwie, pierwszym wspomnieniem wspólnie spęczonego czasu był burdel pełen Ukrainek.
     Odprawił ją niedbałym gestem, wstał, przeciągnąwszy się i wyszedł z biura, rzucając jej krzywy, nieszczery uśmiech.
      Winda zdawała się wieźć go do samego piekła.
      Piekło.
     To w tym klubie Marla tak często oddawała się rytualnemu upodleniu, to stamtąd tak często wlókł ją te kilka ulic dalej, do blokowiska, w którym mieszkała. Gdyby tylko pozwoliła wyrwać się w tego przygnębiającego miejsca! Gdyby pozwoliła wywieźć się do…
      Znowu to robił, snuł fantazje, za które sobą pogardzał.
   Przekręcił kluczyk, na moment oparł czoło o chłodną kierownicę.
    – Marla… – szepnął, czując, że ulatuje w niego jakiekolwiek poczucie sensowności życia. – Marlita…
     Odwróciła się, spoglądając na niego przez ramię i uśmiechając się kokieteryjnie, ubrana w cholerny, kolorowy sweter.
      Nigdy nie widział jej takiej i nie miał jej taką zobaczyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz