piątek, 1 lipca 2016

UNDERGROUND - rozdział 6





6
 
Ten obrzydliwy i jednocześnie intrygujący dźwięk ciała obleczonego w lateks wysuwającego się niespiesznie z innego, wilgotnego ciała, zawsze sprawiał, iż na moment zatrzymywał się, kontemplując zmarnowany potencjał swoich lędźwi… Mieliby przecież pięknego potomka, on i ta… jak jej tam było… Agnes? Mniejsza o to, w momencie, w którym spazmy zaciskały mu szczęki one wszystkie zlewały się w jedno: stawały się Marlą, w której nieosiągalnych, ciasnych szczelinach odnajdował spełnienie, umierał, by po chwili odrodzić się z poczuciem zbrukania wżartym w każdy por skóry.
Odsunął ją od siebie jakby rzeczywiście była nieczysta, jakby mógł się od niej czymś zarazić. Dopiero niedawno zaczął się zabezpieczać, nagle zdał sobie sprawę z tego, iż każda z jego jednorazowych kochanek wystawiała tyłek wielokrotnie przed tym, zanim on się w nim zagłębił. To było na krótko po poznaniu Marli, w tamtej właśnie chwili zdał sobie sprawę z tego, iż nie jest do końca pewien, czy faktycznie chce się zaćpać, zaruchać albo rozetrzeć na asfalcie przygnieciony chromowanym cielskiem Harleya. Dotychczas takie właśnie wersje zejścia z tego łez padołu wydawały mu się najatrakcyjniejsze i robił wszystko, żeby jak najszybciej przywitać się tam na dole z tymi, którzy z pewnością go oczekiwali, choć oczywiście tak naprawdę nie wierzył w piekło.
Jedynym piekłem, w które wierzył, był ulubiony klub jego protektorki.
Marla…
Tamtego wieczora jakość jego wzroku pozostawiała wiele do życzenia, bo przed mszą wypalił skręta i skupiał się tylko na tym, żeby zadzwonić tymi pieprzonymi, srebrnymi dzwoneczkami we właściwym momencie. Głos księdza zlewał się w jego niechętnych uszach w bełkot, leniwy, fałszywy śpiew wiernych w baczenie stada kóz. Z trudem powstrzymywał się od śmiechu.
I wówczas ją zobaczył, a raczej idealny owal jej umalowanych na czarno ust, gdy wyśpiewywała z pierwszej ławki wszystkie te kyrieelejsony i alleluje z przesadną emfazą. A potem podeszła, aby przyjąć komunię, uniesiona nad czołem woalka, oczy niby czarne dziury w czaszce, pod brodą połyskujący rząd calowych kolców. Był przekonany, że jest tylko narkotycznym zwidem, nawet wówczas, gdy ręką księdza zadrżała, jednak ostatecznie nie cofnął jej, kładąc hostię na wyciągniętym, różowym języku, który zdał się Morgitowi nagoskrzelnym płazem, jakie niegdyś pływały w akwarium w podstawówce, do której sporadycznie uczęszczał.
– Amen…! – wyszeptała zmysłowo chropawym głosem, a on poczuł, jak jego palce kurczowo zaciskają się na rękojeści złotej tacki, którą trzymał pod jej brodą, za wszelką cenę starając się nie uderzyć nią o masywne nity w jej obroży.
Gdy to wspominał, nie mógł się nie uśmiechać, nawet teraz, gdy leżała pod nim zupełnie inna kobieta, nawet nie kobieta, jakieś zbłąkane dziewczątko, któremu nie trzeba było nawet wrzucać do piwa pigułki gwałtu, gdyż było półprzytomne po wypiciu zaledwie połowy szklanki.
Spoglądał na obnażone pośladki i zdał sobie sprawę z tego, że to przecież nie on przed momentem ją posunął. Zrobił to Hazela, a on był jedynie świadkiem tej mało rajcującej akcji, podczas której jego kumpel ze spodniami opuszczonymi do kostek wściekle atakował to nieszczęsne dziewczę, przytrzymywane przez Vincenta. Nie musiał nawet jej trzymać, straciła przytomność, zanim Hazela nabrał rozpędu.
Nagle cała ta scena wydała się Morgitowi niesmaczna.
Wygramolił się zza stolika, pełznąc po skórzanej kanapie, wyszedł w feerię kolorowych świateł odbitych od lustrzanej kuli, myśląc, że w takim oświetleniu jego twarz musiała wyglądać jak naszyta garścią cekinów.
Powietrze przed klubem było gęste od zapachu kwitnących nieopodal akacji, okolonych masywnymi, zabytkowymi płotkami, mało skutecznie chroniącymi je przed wandalami. A jednak drzewa broniły się, prosperując na rogu zabytkowej uliczki. Zdawały się tańczyć w rytm dobiegającej z wnętrza klubu muzyki, bezlitośnie poszatkowanego dudniącym beatem coveru ABBY.
Zapalił papierosa, kontemplując ochotę na ptysie, która zawsze nachodziła go w porze kwitnienia akacji. Miał ochotę rozsiąść się pod drzewem i wpierdalać cytrynowy krem, brudząc twarz jak prosię. Nienawidził tych swoich niedorzecznych zachcianek, tych impulsów, które upodabniały go do człowieka. W takich momentach maska niewzruszonego, wulgarnego i okrutnego desperado stawała się nieszczelna, a nie miał najmniejszej ochoty na to, aby ktokolwiek dostrzegał w nim jakiekolwiek słabości.
Nawet Marla.
Przy niej jednocześnie ewidentnie twardniał i miękł, i to chyba właśnie ten stan sprawiał, że nieustannie szukał jej towarzystwa, pragnąc raz po raz mierzyć się z nim. Wiedział, że ona najprawdopodobniej nigdy mu nie ulegnie, a mimo to prawie błagał o chwile jej uwagi, o jakiś zdawkowy dotyk jej dłoni, o ukradkową pieszczotę ust, której tak bardzo mu skąpiła. Nie było szans na to, aby stworzyli parę, nieważne, czym związaną: on był paniczykiem–utracjuszem stojącym na progu dorosłości, ona zaś kobietą nieuchronnie wkraczającą w "wiek średni", mającą wrażenie, iż nieustannie coś po niej łazi: jej czarne myśli, zawiedzione nadzieje, chore ambicje. Morgit doskonale wiedział, że dla Marli ważna była jedynie Marla, mimo pozorów opieki, jakimi go otaczała.
Do tego ten pieprzony Anioł Śmierci gdzieś zza wschodniej granicy cywilizowanego świata nieustannie się przy niej kręcił! Mogrit wielokrotnie wyobrażał sobie, jak wypruwa mu flaki swoim myśliwskim nożem, jak cofa się krok po kroku, obserwując jelita okręcone wokół własnej, opancerzonej kastetem rękojeści dłoni, a w wielkich, jasnych oczach tego ruskiego śmiecia widzi jedynie bezbrzeżne zdziwienie, niedowierzanie w nieuchronne.
Wypuścił nosem kłąb dymu, chcąc przegnać z płuc woń białego kwiecia.
– Marla… – szepnął w pulsującą przestrzeń wielkiego miasta. – Marlita…
Odwróciła się, spoglądając na niego przez ramię znad misternego filigranu czarnej koronki, spod cienia rzucanego przez sztywną woalkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz