wtorek, 12 lipca 2016

UNDERGROUND - rozdział 7





7


– Nie rozumiem tego przykładu…!
Spojrzał na dziewczynę, jakby jej nie rozpoznawał.
Przez moment nie pamiętał, gdzie się znajduje. Chciał coś powiedzieć, aby zapobiec nazwaniu go "panem + znienawidzone imię" po raz kolejny. Żałował, że w ogóle powiedział jej, jak naprawdę się nazywa, ale jej starzy zażądali wglądu w dokumenty gdy zatrudniali go jako korepetytora. Nie wpadł na pomysł, żeby polecić jej zwracać się do siebie po prostu "proszę pana". W końcu była tylko o kilka lat młodsza.
Jego podzielność uwagi gdzieś wyparowała tego popołudnia. Zwykle tłumaczył młodej zadania, jednocześnie rozglądając się po gabinecie. Nie przyjmowała go w swoim pokoju, tylko w pokazowej bibliotece, gdzie regały o kryształowych szybach pękały od nigdy nie czytanych, paradnie oprawnych tomiszczy. Wystarczyło spojrzeć na ojca o czerwonej twarzy, na którą w młodości upadł pewnie nie raz i matkę, której utipsowane dłonie były zdecydowanie niekompatybilne z książkami, a doklejone rzęsy ewidentnie przeszkadzały w spoglądaniu w dół na strony. Stary dorobił się stołka, bo w odpowiednim czasie zapisał się do odpowiedniej partii i teraz zarabiał kokosy zarządzając ludźmi w jakiejś rządowej instytucji, oczywiście nie mając do tego żadnych kompetencji. Aż dziwne, iż starzy nie zapytali go o polityczne sympatie podczas rozmowy kwalifikacyjnej… Ichiguro był jednakże jak kameleon: gdy sytuacja tego wymagała, potrafił w ciągu chwili przeobrazić się w grzecznie uczesanego, obleczonego w garnitur japiszona, a pretensjonalny akcent dodawał mu wówczas pozorów nonszalanckiego erudyty. Właśnie w takim opakowaniu udał się na rozmowę w sprawie pracy.
– Tutaj jest nawias, więc…? – bąknął, sugestywnie unosząc brwi, a dziewczyna - mało urodziwa, kiepsko rokująca, krągława blondynka - przez długą chwilę przyglądała mu się bez zrozumienia. – Więc najpierw wykonujesz działanie w nawiasie… – dokończył zrezygnowany, maskując ziewnięcie wymuszonym uśmiechem.
Z tej z pewnością noblistki nie będzie.
Zasłuchany w monotonne skrobanie markowego pióra, zapatrzony w koniuszek języka wysunięty spomiędzy warg, znamionujący intensywną pracę trybików pod czaszką dziewczęcia, Ichiguro pogrążył się we wspomnieniach pierwszych chwil spędzonych z Marlą.
Był świeżo po swoich siedemnastych urodzinach, po pamiętnym dniu, w którym ojciec po raz pierwszy uderzył go po pijaku, wyzywając od pedałów. Do tamtej chwili tylko rzucał w jego kierunku aluzje, wygłaszał krytyczne tyrady, przy każdej okazji wyśmiewając "tych pieprzonych cwelów", "cholerne cioty", "lachociągi". Matka udawała, że nie słyszy, nie chcąc ryzykować spotkań z jego proletariackimi pięściami. Sympatyzowała z synem, spruwając i poprawiając krzywe ściegi w ekstrawaganckich ciuchach, które szył sobie na imprezy. Prosiła, żeby nie obwieszał się ćwiekami w domu, nie pokazywał na osiedlu obleczony w skóry, z obrożą na szyi. Gdy za nieudanym synem zamykały się drzwi, modliła się nad stołem przykrytym poprzecieraną ceratą o to, by ktoś tam z góry uleczył go z jego choroby, by ustrzegł syna przed karą, która spotkała biblijnych sodomitów. Z drugiej strony im bardziej jej latorośl dziwaczała, tym bardziej dumna się czuła, jakby kontrowersyjne postępki syna były jej osobistą zemstą na mężu mentalnie prostym jak cep. I choć sama nie była wykształcona, dużo czytała, szczególnie popularne niegdyś "harlequiny", w których odnajdowała spełnienie wszystkich swoich młodzieńczych fantazji. Spawacz drzemiący w fotelu w poplamionym piwem podkoszulku na moment zamieniał się w księcia zaspawanego połyskującym chromem metalem.
Zdarzało jej się wziąć do ręki i ambitniejszą lekturę, z której dowiedziała się, że układ "prosta, spolegliwa kobieta + tępy, agresywny mężczyzna" nie jest jedynym obowiązującym na świecie wzorcem. Nigdy nie wyspowiadała się ze swoich przygód z koleżankami z harcerstwa i pewnie dlatego czuła z synem więź, na swój prosty sposób rozumiała, przez co przechodził i wiedziała, że jeśli z tego nie wyrośnie, to i modlitwa mu nie pomoże. Do skarpety schowanej w wersalce odkładała zaskórniaki na bilet do jakiegoś liberalnego kraju, w którym syn mógłby odnaleźć jeśli nie szczęście, to przynajmniej przysłowiowy święty spokój.
Ichiguro wychodził z domu w swetrze i jeansach, dźwigając w plecaku swoje prawdziwe "ja". "Ja", które nie było do końca ukształtowane, które szalało, poszukując samego siebie, nie poznając własnego oblicza w lustrze. Chłopak zamykał się w klubowych kiblach i starannie nakładał makijaż, na tyle mocny, by zamaskować jego tężejące, męskie rysy, nie na tyle ostentacyjny jednak, by upodobnić go do drag queen. Nie miał ciągot transseksualnych, po prostu chciał plunąć w twarz wszystkim tym łysym, zakutym pałom, dla których każdy, kto miał między nogami mikrego nawet kutasa, musiał nosić do kompletu bycze karczycho i dziary wysławiające marne piłkarskie kluby.
Nigdy nie odczuwał również specjalnego pociągu do mężczyzn. Działało to bardziej na zasadzie zazdrości o ciało, do którego idealnych proporcji jego własne nigdy nie miało się zbliżyć, a jakiego w naturalny sposób pożądał. Pożądanie owo nie było jednak na tyle silne, by pozwolił uwieść się jakiemuś Stevenowi z obcisłych jeansach.
Marla wyczuła go od razu.
Weszli do pierwszego napotkanego klubu i zamówili wściekłe psy, którymi nawalili się w ciągu kwadransa. Mówiła mu, jak bardzo podobał jej się jego androgyniczny wizerunek, jak bardzo żałowała, że ze swoimi wielkimi cyckami nigdy nie będzie mogła tak doskonale się zamaskować, zmywając z siebie piętno płci. Początkowo wydawało mu się, że mówiła to wszystko tylko po to, aby mu się przypodobać, w końcu była cholernie atrakcyjną dupą, tak idealnie piękną, że mogłaby nawracać pedałów. Początkowo na nią leciał, raz nawet po pijaku wylądowali w łóżku, ale więcej było w tym chichrania się niż faktycznego pieprzenia. Rano oboje zachowywali się tak, jakby do niczego nie doszło i chyba faktycznie tak było. Nigdy więcej o tym nie rozmawiali.
Potem były te fetyszystyczne imprezy, na które przebierali się podnieceni jak podlotki, poprawiali sobie nawzajem makijaże, obwieszali kilogramami żelastwa i tapirowali włosy, by razem z bandą podobnych sobie świrów miotać się w kłębach dymu i konwulsyjnych pobłyskach stroboskopu. Białka jej oczu wywróconych do wnętrza głowy połyskiwały w ultrafiolecie, gdy wyginała się półprzytomna, odurzona wódą i industrialnym łomotem.
Wtedy jeszcze nie ćpała.
Gdy pierwszy raz usypał sobie kreseczkę amfy na pudełku po CD w jej mieszkaniu, kazała mu spierdalać do wszystkich diabłów. Była wtedy w okresie depresji, cholernie dużo płakała, a on nie miał siły ani ochoty jej pocieszać bojąc się, że zarazi się od niej melancholią. Wtedy ich znajomość opierała się tylko na wspólnym imprezowaniu, nie chciał stać się jej terapeutą, w końcu był jeszcze gówniarzem, poszukującym samego siebie. Pocieszał ją, ale bez przekonania, ona jednakże, skupiona na własnym, irracjonalnym żalu, miała w dupie jego szczerość.
Wszystko zmieniło się, gdy w maturalnej klasie zrobił laskę koledze w szkolnym kiblu, a potem długo nie mógł się pozbierać, gdy ten ignorował go, a później rozpuszczał plotki o jego pedalstwie wśród rówieśników. Zaczęły się zaczepki, poszturchiwania, wyśmiewanie. Marla cierpliwie wysłuchiwała jego jęczenia, po czym opracowała plan zemsty. Wyszli razem do klubu, w którym snobowała się gównarzeria: Ichiguro w całym swoim krzykliwym entourage'u, a Marla we wściekle seksownej małej czarnej, z obnażonym biustem i karminowymi ustami na pół twarzy. Kleiła się do niego za każdym razem, gdy zdziwione gęby zawistnych kolegów zwracały się w ich stronę. Razem wyszli do męskiej toalety, tak, żeby wszyscy widzieli. Krztusiła się ze śmiechu, na kolanach, udając, że robi mu loda, kątem oka dostrzegała podglądaczy z wzdętymi rozporkami. Ichiguro jęczał sugestywnie, a ona brudziła mu szminką białe jeansy, tak, by plamy pozostały widoczne, gdy już zapiął rozporek. Do matury nikt nie pisnął ani słówka za jego plecami, a koleżanki w mini spódniczkach wlepiały na przerwach wzrok w jego krocze.
– Marla… Marlita… – szepnął, zbyt późno zdając sobie sprawę z tego, że uczennica wlepia w niego mało inteligentne spojrzenie. – Teraz to, co poza nawiasem! – warknął, nagle jakby bez powodu wściekły na cały świat.

2 komentarze: