poniedziałek, 29 sierpnia 2016

UNDERGROUND - rozdział 9





9



 – Ależ z ciebie idiotka, Marla... – szepnęła do siebie, gdy warkot silnika umilkł i ciszę wieczoru przerywały już tylko zwykłe odgłosy miejskiego wieczoru: pijackie wrzaski, chrzęst turlających się po betonie puszek, odległy charkot samochodów. Jakaś syrena rozwrzeszczała się i umilkła. A w niej, gdzieś w opustoszałej nagle głowie, zaczynał rozbrzmiewać industrialny łomot, odczuwany jak narkotyczny głód.
Wyjrzała przez okno, czując puls nigdy nie zasypiającego miasta, które nawoływało ją poprzez ciemność. Poczuła potrzebę wyjścia w noc, stopienia się z anonimowym tłumem, który nigdy się naprawdę nie rozpływał, a rzedł zaledwie, przez całą dobę wypełniając arterie zdających się oddychać ulic. Gdy była dzieckiem, uwielbiała zapach betonu po deszczu. Teraz miała w nozdrzach tylko zapach perfum Morgita. Jeszcze jeden nachalny pocałunek, a uległaby. Gdyby sekundę wcześniej wsunął jej dłoń w majtki, pozwoliłaby podążyć w ślad za nią jego legendarnemu kutasowi, nie zważając na to, że był on już chyba w każdym chętnym otworze w mieście, a i w wielu niechętnych zapewne też.
Musiała zapomnieć o tym szczeniaku. Upokorzony, stał się już tylko zagrożeniem. Poczuła, że tym razem przegięła, posunęła się za daleko, że jeśli Morgit wróci, zrobi to po to, by wziąć to, ca co od tak dawna miał ochotę, bez względu na jej przyzwolenie lub jego brak.
Przez sekundę poczuła się słaba, przez jej umysł przemknęła potrzeba skrycia się za plecami mężczyzny, który w razie czego stanąłby w jej obronie. Na sekundę, nie dłużej, poczuła się romantyczną sierotą. Myśl ta jednakże wyparowała równie nagle, jak się pojawiła.
Gdy w końcu spojrzała na zegar, dochodziła północ. 
Pomysł szczerej rozmowy z Friedą nagle wydał jej się niemal genialny. Był typem jebaki, a nie protektora, ale w końcu co jej szkodziło spróbować...? Skoro nie miała ochoty leżeć bezczynnie i tak nie mogąc zasnąć, postanowiła, że spotka się z nim i wszystko mu wyjaśni. Do tej rozmowy jednakże najbardziej ciągnęło ją polizane przez Morgita libido, nagle odczuwane jak pulsujące serce gdzieś w dole brzucha.
Wiedziała, gdzie szukać swojego gotycko-industrialnego rycerza. Wystarczyło skryć się za makijażem, przypominającym wojenne indiańskie barwy i narzucić na siebie jakieś fragmenty koronek, lateksu, skóry nabijanej ćwiekami, żeby nie wyróżniać się wśród tłumu w klubie.
Piekło.
Ogłuszający łomot stał się słyszalny zanim weszła do środka. Znała to miejsce dobrze, spędzanie kilku godzin tygodniowo wśród tych samych dźwięków, ścian i ludzi wytwarzało między nimi nieme porozumienie, gdy jednoczyli się w dzikim, mechanicznym tańcu. Ten sam rytuał, te same gesty, to samo, oczyszczające szaleństwo. Katharsis.
I Frieda, jak zwykle w centrum zainteresowania, ucieleśnienie elektroindustrialnego łomotu, odziany w czerń i metal, przyciągający spojrzenia wszystkich, gdy prężył się jak tygrys w oślepiających konwulsjach stroboskopu. Przez chwilę mu się przyglądała, próbując opanować uśmiech, mimowolnie cisnący jej się na usta. Gdy na niego patrzyła, wszystko inne przestawało istnieć, było tylko jego spocone ciało, pojawiające się i znikające w błyskającym świetle. Na parkiecie bezskutecznie próbowała ułowić jego spojrzenie, skryta za fioletowymi szkłami okularów, przestawało wystarczać jej to, że mogła być blisko niego, tańczyć w rytm tej samej muzyki, oddychać tym samym, zadymionym i przepełnionym feromonami powietrzem. Chciała w końcu usłyszeć jego głos i poczuć smak jego ciała.
Obserwowała go i starała się zapamiętać każdy centymetr jego sylwetki, każde jej drgnięcie, gdy maszerował wraz z tłumem w przód i w tył jak tłok jakiejś potężnej maszyny. Rzuciła się, by do nich dołączyć i tańczyła tak długo, aż zabrakło jej tchu, aż zatraciła się w rytmie i myślała tylko o Morgicie. O… Morgicie?
Usiadła przy wolnym stoliku, odgrodzona od parkietu metalową rurą barierki, bez ruchu przyglądała się Friedzie, który podszedł do baru, a po chwili odwrócił się w jej stronę i uniósł szklankę z piwem w pozdrowieniu. Zamarła, a głupkowaty uśmiech zatańczył na jej ustach. Z trudem powstrzymała się przed rozejrzeniem wokół, aby upewnić się, że gest skierowany był właśnie do niej. Czuła, że serce podchodzi jej do gardła, gdy potężne ciało Friedy niby walec, którego nie można było zatrzymać, przemierzało parkiet, idąc w jej kierunku, niesione nie ludzką wolą jego właściciela, a jakimś animalistycznym ożywieniem.
– Jesteś niezniszczalna!  Cały czas na parkiecie!– rzucił, przekrzykując muzykę. 
Oparł się o poręcz, krzyżując na niej ręce okryte sięgającymi łokci, aksamitnymi rękawiczkami bez palców. Na przegubach miał kolczaste bransolety. Pomyślała, że to idiotyczne przebranie, nie mogąc nadziwić się tej refleksji. Nagle wydał jej się groteskowy.
– Gdy raz zacznę, nie mogę przestać – odpowiedziała bez zastanowienia, czując krew napływającą do twarzy i lepkie spojrzenia ludzi, które rzucali im zza masek makijaży i kolczastych zasieków na szyjach.
– Kojarzę cię z paru ostatnich imprez. – Zaczął znowu, przyglądając jej się uważnie.
– Powinieneś kojarzyć mnie od mniej więcej półtora roku.
– Niemożliwe! – żachnął się. – Naprawdę? Coś się zmieniło? Może fryzura?
"Co za błazen! Kurwa, że też one wszystkie to łykają!"
– Raczej nie.
„Byłeś zbyt zajęty obracaniem swoich gotyckich porno piękności, żeby mnie zauważyć…” – pomyślała. Cała ta wymiana zdań wydała jej się banalna i przewidywalna, a mimo to serce waliło jej coraz szybciej.
– Nie bywam często na imprezach, w zasadzie przychodzę tylko tutaj - skłamała.
– Będzie trzeba to zmienić! Za tydzień rusza nowa impreza. Będziesz tam? – zapytał, popijając piwo.
– Oczywiście – odrzekła zbyt szybko i ochoczo. „Trafiona–zatopiona” – pomyślał zapewne. Tylko kto tu do kogo strzelał?
Skinął na pożegnanie i wrócił do znajomych przy barze, mieszanki wulgarnych, okrytych lateksem kobiet i ogolonych jak on na łyso mężczyzn. Miała wrażenie, że wśród pejczy, kajdanek i siatek kabaretek zaczną wszyscy pieprzyć się na ladzie.
Obserwowała go i oczy zachodziły jej mgłą. Ta krótka wymiana zdań była wszystkim, o czym od tak dawna marzyła i zdała sobie sprawę z tego, jak żałosne było to marzenie. Oto miała stać się kolejną laleczką w jego kolekcji, z pewnością przeleciał każdą w tym klubie, bez względu na wiek i stopień zaangażowania. Tego jednak właśnie chciała i potrzebowała, czyż nie tak?
– Masz wszystko? – usłyszała za plecami kilka godzin później, gdy muzyka cichła, a ona się ubierała. Miał warczący, zmysłowy głos, tak, jak się spodziewała.
– Tak – spojrzała na niego i serce znów skoczyło jej do gardła.
– W takim razie do zobaczenia za tydzień – dodał, uścisnął jej dłoń i obejmując,  przyjacielsko ucałował w policzek. Przez chwilę nie mogła się poruszyć, zbyt zdumiona i podniecona. Gdy wyszła z klubu, wsiadał do samochodu z trójką znajomych. Po chwili zniknęli z pola widzenia.
Szła powoli, kontemplując magiczną atmosferę wieczoru, wspominając każde jego słowo. Pomimo zmęczenia i bólu w całym ciele czuła się lekka i rześka, co chwilę uśmiechając się do siebie. Ulica była pusta i cicha, tak samo, jak jej umysł. Właśnie tak, będzie tam, usidli go, choć to on będzie myślał, że to robi, a potem oddadzą się bez reszty rozkosznemu, brutalnemu pieprzeniu, z użyciem wszystkich akcesoriów, jakie akurat będą mieli na sobie i przy sobie. To właśnie zrobią, oczyszczą się w sadomasochistycznej orgii, z której wyjdzie niewinna, wyprana ze złych emocji i zgniłej przeszłości!
Z zamyślenia wyrwał ją znajomy warkot silników, reflektory nadjeżdżających motocykli oślepiły ją, wypełniając zaułek.
Dwa reflektory.
– Marla! 
Pearl, najnowsza zabawka Świętych Chłopców, niemal w biegu zeskoczyła z siodła, przekrzykiwała warkot silników, biegnąc w jej stronę. Vincent i Hazela nawet nie zsiedli.
– Marla! – głos dziewczyny łamał się. – Morgit miał wypadek! – wrzasnęła w końcu przez łzy, chwytając ją za klapy płaszcza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz