wtorek, 30 sierpnia 2016

UNDERGROUND - rozdział 10





10 


– Co? – Marla gapiła się na nią w zdumieniu, wspomnienie wieczoru prysło jak mydlana bańka – Co?
– Morgit… – Pearl zalała się łzami. – Mo… On… Marla…
– Cicho, nie rycz! – Kobieta chwyciła ją za ramiona i potrząsnęła. – Gdzie on jest?
– Jedziemy do szpitala, przed chwilą go zabrali! – Vincent podał jej kask. – Wsiadaj! – zakomenderował.
Nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała, jeszcze niedawno kołaczące z ekscytacji serce teraz waliło jej ze strachu, gardło zacisnęło się w węzeł, utrudniający oddychanie. Nie mogła pozbyć się myśli, że to, co zaszło między nią a Morgitemi, było przyczyną wypadku. Nie chciała czuć się winna, nie chciała dopuścić do siebie świadomości, że to stało się przez nią. Morgit był prawie dorosły, musiał sam radzić sobie ze swoim życiem, nie mógł mieć pretensji o to, że nie potrafiła go pokochać. Twierdził, że nie można go zranić. To, co się stało, nie miało z nią nic wspólnego, nie miało nic wspólnego z nimi. Nie było żadnych „ich”.
Dlaczego więc łzy lały się z jej oczu podczas drogi do szpitala, dlaczego jej umysł wciąż mielił bełkot o nieodwzajemnionej miłości, dlaczego głos łamał jej się, gdy rozmawiała z lekarzem, który nie chciał dopuścić ich w pobliże sali, w której reanimowano, cięto i zszywano Morgita? Chłopaczka, który jak ostatni idiota wsiadł naćpany i pewnie nachlany na motocykl, a jej wydawało się, że prawie się zabił właśnie przez to, iż nie dała mu dupy??
Pearl łkała, wtuliwszy czerwoną i zapuchniętą twarz w pierś Hazeli, a Vincent przyglądał się Marli bez słowa, skrzyżowawszy drżące ręce na piersi. Zielone, zmrużone oczy, pełne wyrzutu, jakiego w nich jeszcze nie widziała, przeszywały ją jak sztylety. Nie mogąc znieść tego spojrzenia wstała i podeszła do pobliskiego automatu z kawą.
– Morgit spotkał się dzisiaj z nami… – usłyszała za sobą pomruk Vincenta. Miał niski, chrapliwy głos. prawie taki sam, jak Frieda. – Był bardzo roztrzęsiony, choć udawał, że nic mu nie jest. Do tego strasznie upalony i po amfie, zbyt dużej ilości amfy. Śmiał się jak wariat, a gdy wyszliśmy z klubu, żeby go odprowadzić, ledwo mogliśmy go utrzymać. Jacyś dresiarze wracali z imprezy, rzucił się na nich, jeden uciekł, a dwóm nieźle wpierdolił, ledwie pozbierali się z chodnika…
Marla zacisnęła zęby, próbując nie wyobrażać sobie szalejącego Morgita.
– Nie wiem, co zaszło między wami, ale nigdy wcześniej nie widziałem, żeby wpadł w taki szał…
– Nie macie prawa obwiniać mnie za to, co się stało! – powiedziała w końcu, wciskając na oślep guziki na automacie.
– Nikt cię nie obwinia – skłamał. – Nie ty wepchnęłaś go pod ciężarówkę, prawda?
– Pokłóciliśmy się – szepnęła wbrew sobie, nie mogąc już znieść presji uwierającego sumienia.  – Odprawiłam go. Najpierw uwiodłam, a potem wyrzuciłam za drzwi!
                         
Nie powinna była mówić tego Vincentowi, słowa jednak same cisnęły się na usta. Tak, rozpaliłam go do czerwoności, a potem upokorzyłam, żaden facet by tego nie zniósł, a co dopiero Morgit. Tak, zrobiłam z niego durnia w chwili, gdy ściągał mi majtki. Miała ochotę wykrzyczeć to Vincentowi w twarz, może wówczas wspomnienia nie paliłyby jak kwas.
– Muszę zapalić… – chłopak ruszył w stronę wyjścia z budynku, patrzyła na plecy jego skórzanej kurtki, łańcuch zwisający przy pasku, słuchała stukotu obcasów kowbojek na odkażonych płytkach szpitalnej podłogi. Zdało jej się, że słyszy pobrzękiwanie ostróg.
Przetarła twarz dłonią, rozmazując makijaż w czarne smugi. W uszach jeszcze dudnił jej industrialny łomot, a obraz twarzy Friedy zlewał się z twarzą Morgita, który spojrzał na nią tak groźnie i tak pożądliwie, jak tego pragnęła, a potem… Nie powinna w takiej chwili myśleć o Friedzie, ale każda inna myśl przywoływała nieznośne, niechciane poczucie winy.
Zmęczenie i ból powróciły. Siedziała sztywno na krześle, ściskając papierowy kubek z czarną, za słodką kawą. Hazela nie patrzył w jej stronę, Pearl, zmęczona łkaniem, drzemała na jego ramieniu. Jej spuchnięta, pokryta spływającymi z oczu strugami tuszu twarz stała się brzydka.
Z odrętwienia wyrwał ją głos lekarza, odległy i nierealny.
– Czy jest tutaj ktoś z rodziny? – pytał, przyglądając im się podejrzliwie.
Zdała sobie sprawę z tego, że wciąż miała na sobie ćwiekowaną obrożę i resztki gotyckiego makijażu.
Marla uniosła się z krzesła, zobaczywszy pędzącą korytarzem matkę Morgita, która na widok lekarza wyrwała się Vincentowi, eskortującemu ją od wejścia.
– Marla! – krzyknęła piskliwym głosem. – Gdzie on jest? Gdzie moje dziecko?!? – rzuciła się do lekarza, który odruchowo wyciągnął przed siebie ręce i chwycił ją pewnie za ramiona.
– Proszę się uspokoić!
Był zimny i opanowany, jakby jego spokój miał jakoś pomóc, a tymczasem zdawał się tylko rozdrażniać matkę Morgita. Potrząsała nerwowo głową, burzą rozczochranych, tlenionych, sztucznym loków, gdyby mogła wymachiwałaby rękami uzbrojonymi w zbyt długie i krzykliwie ozdobione tipsy. Bez makijażu wyglądała na starą i zmęczoną życiem, a łzy zdawały się żłobić w jej twarzy głębokie bruzdy.
– Pani… Lone, tak? – Lekarz nie zwalniał uścisku. – To pani syn miał wypadek na motocyklu? – spytał, jakby nie było to dość oczywiste.
– Czy on żyje? – Kobieta zaczęła gwałtownie się trząść, całe jej ciało wpadło w histeryczną wibrację.
– Żyje, proszę się uspokoić. Zawołam pielęgniarkę, da pani coś na rozluźnienie.
– Co z moim dzieckiem, niech pan mówi, co z nim?!
Lekarz wziął głęboki oddech, jakby przygotowywał się do wygłoszenia wyuczonej kwestii. Vincent, Pearl i Hazela zbliżali się, zacieśniając krąg wokół niego i matki Morgita. Marla stała nieco z boku, bojąc się usłyszeć, co lekarz miał do powiedzenia.
– Pani syn leży na  sali intensywnej opieki, jest nieprzytomny, jego stan jest poważny.  – Usta matki Morgita wykrzywiały się w coraz to potworniejszy grymas z każdym jego słowem. – Jeśli w ciągu kilku godzin jego stan się ustabilizuje, będziemy mogli być dobrej myśli. Jest jednak… – Zamilkł na chwilę, robiąc dramatyczną pauzę. – Wypadek był bardzo poważny, motocykl wbił się pod ciężarówkę… Syn ma uszkodzony kręgosłup. Być może nie będzie całkowicie sparaliżowany, ale na pewno nie będzie chodził.
Matka Morgita wbiła tipsy we włosy i ryknęła płaczem, lekarz podprowadził ją do krzesła, na które opadła jak worek kartofli, gdyby jej nie przytrzymał, spadłaby na podłogę. Lekarz skinął na przechodzącą pielęgniarkę, wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Pearl oddychała szybko, zakrywszy usta dłońmi, Hazela przyciskał ją do siebie zbyt mocno, zdawała się jednak tego nie czuć. Vincent na przemian zaciskał i rozluźniał pięści, a jego twarz była blada i bez wyrazu. Marla powoli cofała się, jakby bała się, że za chwilę rzucą się na nią i rozszarpią na kawałki. Pielęgniarka wróciła, niosąc malutki plastikowy kubeczek i jakieś pigułki. Matka Morgita rzuciła się na nie łapczywie.
– Czy pani wie, że syn zażywał narkotyki? – Doktor przygładził szpakowate włosy. – Był pod wpływam marihuany, amfetaminy i opiatów, gdy doszło do wypadku.
– To niemożliwe… – Pani Lone spojrzała na niego przez łzy. – Matti był ministrantem, był… jest… – Ukryła twarz w dłoniach, zaczęła gwałtownie ją pocierać.
Marla nie mogła tego słuchać, nie chciała na to patrzeć. Zanim lekarz skończył opisywać obrażenia nóg, rąk i twarzy, wybiegła za szpitala, nie słuchając wołającej jej Pearl. Nie chciała słuchać oskarżeń matki Morgita o wpędzenie syna w nałóg. Pani Lone ufała jej bezgranicznie i wierzyła, że może powierzyć syna jej opiece, choć Marla nigdy nie deklarowała tego, że będzie czuwać nad Morgitem.
Jeśli ktokolwiek miał być winny czemukolwiek w obecnej sytuacji, była to właśnie Marla.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz