wtorek, 30 sierpnia 2016

UNDERGROUND - rozdział 11



11

Zatrzasnęła za sobą drzwi i zamknęła wszystkie zamki. Chciała odciąć się od świata, od ludzi, od tego, co się wydarzyło, a w co nie chciała uwierzyć. W ciągu jednej nocy marzenie płynnie przeszło w koszmar. Tym, co najbardziej ją przerażało, był fakt, że tak naprawdę los Morgita mniej ją obchodził niż własne poczucie winy. Im dłużej jednak o tym myślała, tym dalej jej uczucia odlatywały, a bliżej pojawiał się Morgit, leżący w szpitalnym łóżku, którego życie zależało od plastikowych rurek, igieł i skomplikowanej aparatury, wydającej z siebie piski, syki i błyskającej kolorowymi światełkami. Morgit miał już nigdy nie stanąć na swoich długich, zgrabnych nogach, a jego piękna, chłopięca twarz o jasnych, świetlistych oczach i miękkich ustach była zmasakrowana przez odłamki plastikowej szyby kasku, którą podwozie ciężarówki wbiło w jego policzek i skroń. Ten sam Morgit, który przed kilkoma godzinami całował ją i obsypywał brutalnymi pieszczotami na podłodze sypialni, na tej samej podłodze, na której teraz stała.
Podeszła do telefonu i bez ruchu wpatrywała się w migającą diodę automatycznej sekretarki, sygnalizującą nagraną wiadomość. Drżącym palcem uruchomiła odtwarzanie i zakryła usta dłonią, słysząc głos Morgita.
„Marla… Kocham cię…” – nic więcej.
Łzy potoczyły się po jej policzkach, spłukując z rzęs resztki tuszu. Więc jednak nie była nieczułym potworem, o ile te łzy świadczyły o żalu czy bólu, a nie o wściekłości i bezsilności.
Usłyszała zgrzyt zamków. Tylko Ichiguro miał klucze do jej mieszkania.
– Marla? – zagadnął od progu. – Jesteś tu?
Nie odpowiedziała, czekając, aż wejdzie do sypialni.
– Widzę, że byłaś na bibie… – powiedział, zachodząc ją od tyłu i rozpinając klamrę obroży na jej szyi. – Gadałaś w końcu z Friedą?
– Pytasz mnie o niego? – Odwróciła się gwałtownie. – Nie słyszałeś o wypadku Morgita?
– Słyszałem.
– No i?
– No i co? Chłopak już nigdy sobie nie porucha, wielkie mi rzeczy…
Marla zacisnęła zęby i wymierzyła mu policzek. Nawet się nie zachwiał, zamiast tego mocno ją przytulił.
– To nie twoja wina… – szepnął.
Łkała w jego pierś, czując pod policzkiem rękojeść noża.
– Myślałam, że jesteś jego przyjacielem…
– Może kiedyś nim byłem – Ichiguro poluzował uścisk. – Ale już od dawna nie jestem. I nie mogę mu w żaden sposób pomóc. Niech się cieszy, że się nie zabił.
– Z czego tu się cieszyć? Już nigdy nie będzie chodził, jest oszpecony! Co to za życie?
– Masz rację, całkiem chujowe… – Ichiguro odsunął ją od siebie. – Poradzisz sobie?
Milczała, ale była już spokojna.
– Wykąp się, idź spać. Prawie świta. Ja stąd spierdalam, chciałem tylko sprawdzić, czy wszystko ok.
Nic nie było ok.
Ponownie zamknęła wszystkie zamki i poczłapała do łazienki. Nawet leżąc w wannie nie mogła się odprężyć, myśląc o wydarzeniach minionej nocy. A wystarczyło nie otwierać Morgitowi albo po prostu dać się przelecieć… Z pewnością byłoby to przyjemne, nie musiała od razu się angażować. Znając go, zaliczyłby ją, odhaczył na liście i przestał kokietować. W końcu byłą prawie w wieku jego matki, aż dziw brał, że Morgit w ogóle się nią interesował! Ale może było tak właśnie dlatego, że tak bardzo przypominała mu matkę? Może cierpiał na pieprzony kompleks Edypa i chciał w ramionach Marli odnaleźć czułość i akceptację? Miał w sercu dziurę, którą rodzicielka usiłowała zapchać pieniędzmi, zajęta własnymi romansami, ślubami i rozwodami. Dzieciak tylko jej przeszkadzał, z pewnością cieszyła się, że nie nękał jej swoją osobą, szczególnie nocami, gdy tak usilnie starała się zaspokoić swoją "wściekliznę macicy". Z tego, co mówił Morgit, wynikało, że była po prostu zwykłą nimfomanką, choć odzianą w ciuchy od najlepszych projektantów.
Od kiedy Marla go poznała, był dla niej kimś wyjątkowym, zdawał się uosabiać wszystko, na co nie mogła sobie pozwolić. Rozpieszczonym szczeniak, podrywający dziewczyny, palący trawę i pijący do nieprzytomności przy każdej okazji, prowokujący bójki w barach hazardzista, który w ten sposób uciekał przed snobizmem i obłudą swojej matki. Morgit nie miał w życiu żadnych obowiązków, żadnych zmartwień, żadnych celów. Tak naprawdę nie miał nic i był niczym, młodocianym desperado, nie myślącym o przyszłości i nie obawiającym się niczego. Tej nocy zapłacił za swoją bezmyślność i nieodpowiedzialność, a Marla czuła, że miała w tym swój udział.
Przez chwilę wydawało jej się, że jest tak samo pusta, jak on. Kiedyś miała pasje, wielkie nadzieje i wiarę w przyszłość, wiarę w siebie i otaczających ją ludzi. Ostatnio to wszystko zdawało się ulatywać wraz z dymem skrętów i oparami alkoholu i choć jakiś czas temu odstawiła używki to czuła, że i tak nie miałaby już czego w nich topić.
Ocknęła się w ostygłej wodzie. Niedbale zmyła resztki makijażu i zawinięta w wilgotny ręcznik padła na łóżko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz