wtorek, 30 sierpnia 2016

UNDERGROUND - rozdział 12






 12

Obudził ją dzwonek do drzwi. Wlokąc się do przedpokoju zerknęła na zegarek, dochodziła dziewiąta rano.
Spojrzała przez wizjer i poczuła supeł w gardle. Otwierała zamki chyba przez godzinę, a przynajmniej tak jej się zdawało.
– Pani Lone? – pisnęła przez ścisk w krtani. – Proszę wejść, ubiorę się i zaraz… proszę…
Wygrzebała ze sterty ciuchów leżących na kanapie w salonie podkoszulek i jeansy, pospiesznie ubrała się w łazience. Przeczesała palcami wilgotne włosy.
Czego ta niewyżyta sucz tutaj szukała?? Wiadomo czego: winnego. Kurwa! Mogła w ogóle jej nie wpuszczać!
Klepnęła się po twarzy, w zasadzie sama się spoliczkowała usiłując nadać bladej cerze jakiś normalny koloryt i przy okazji obudzić się. A tak naprawdę podnieść sobie poziom adrenaliny przed konfrontacją z matką Morgita.
Rozciągnęła usta w czymś, co przy dużej dozie dobrej woli można było nazwać uśmiechem i wkroczyła do salonu dumna jak królowa.
– Napije się pani czegoś?
– Dobrze wiesz, że nie przyszłam tutaj, aby się raczyć napitkami! – głos matki Morgita był suchy i szorstki.
Usiadła w skórzanym fotelu, krytycznie rozglądając po pokoju, jakby szukała czegoś, o czym mogłaby się niepochlebnie wypowiedzieć. Nie licząc góry ubrań na kanapie i kilku puszek po piwie, pomieszczenie było czyste i schludne, niemal ascetyczne. Wszystkie sprzęty ukryte były za rattanowymi drzwiczkami mebli i tylko ogromne akwarium, w którym pływały cztery majestatyczne, białe pielęgnice, rozświetlało pokój. Ciemne zasłony były szczelnie zaciągnięte, nie wpuszczając do środka rozmytego światła pochmurnego poranka.
– A ja muszę napić się kawy, więc będzie musiała pani jeszcze chwilę poczekać.
Czego ta kobieta od niej chciała? Z pewnością przyszła obwiniać ją o wypadek swojego jedynaka, jakby wciąż nie docierało do niej, że był wystarczająco dorosły, by brać odpowiedzialność za siebie i swoje czyny. Zamarła nad ekspresem do kawy, zastanawiając się, która z nich oszukiwała się bardziej: czy ona, traktując Morgita jak dojrzałego mężczyznę, czy jego matka, wciąż widząca w nim dziecko?
– Słucham, co panią sprowadza? – Marla usiadła na metalowym hokerze, wyniesionym kiedyś z jakiejś knajpy, zła, że kobieta zajęła jej ulubione miejsce. Czuła się jak na przesłuchaniu, choć przecież była u siebie.
– Co za niedorzeczne pytanie! – Kobieta prychnęła, odsuwając postawioną przed nią filiżankę, strąciła przy okazji puszkę po piwie, która z brzękiem potoczyła się po parkiecie. – Mój syn jest sparaliżowany! I to przez ciebie!
Brwi Marli zbiegły się na czole, zacisnęła zęby i postawiła swój kubek na stole, z trudem powstrzymując się przed ciśnięciem nim w kobietę.
– Nie ma pani prawa przychodzić tutaj i obarczać mnie winą za wypadek Morgi… Matta! – syknęła. – Co pani sobie w ogóle wyobraża? Nie będę brać odpowiedzialności za to, co się stało!
– Podobno Matti był u ciebie dzisiejszej nocy…
– Może i był, co to ma do rzeczy?
– Co tu się stało? Coś, co tutaj zaszło, sprawiło, że mój syn niedługo potem leżał wgnieciony własnym motocyklem pod ciężarówkę!
– To, co wydarzyło się między nami, to nasza sprawa…
– Wasza sprawa? – Kobieta uniosła się z fotela. – Wasza? Mówisz o moim dziecku! Jestem jego matką!
– Matką? A wiedziała pani, że pije i ćpa? Że zalicza coraz to nowe panienki i leje się w barach z kim popadnie? Myślała pani, że gdzie siedzi nocami? W kościele?
Zapędziła się, powiedziała zdecydowanie za dużo, ale z trudem powstrzymała się przed chlapnięciem jeszcze kilku rewelacji, którymi Święci Chłopcy tak ochoczo się przechwalali.
Przez twarz kobiety przebiegł lekki grymas, potem całkowicie zbladła i opadła na fotel.
– Dlaczego mi nie powiedziałaś? Dlaczego matka o wszystkim dowiaduje się ostatnia…?
– A dlaczego miałam cokolwiek pani mówić? Mor… Matt mi ufał, wiedział, że nie będę trąbić na prawo i lewo o tym, czym się zajmuje.
– Zajmuje? Dziewczyno, czy ty słyszysz, co mówisz? Powinien kończyć szkołę, a tymczasem włóczył się po nocach i… i…
Marla odetchnęła głęboko. Matka Morgita miała rację. Nie zrobiła nic, żeby odwieść go od takiego życie, nic, żeby odwieść od niego Hazelę i Vincenta.
– A Vincent i Hector? – kobieta mówiła ciszej.
– To samo, może pani zapytać kogokolwiek, ich wyczyny są znane w całym mieście.
Łzy potoczyły się starannie umalowanej twarzy pani Lone. Pani Lone, z domu Birskiej, po pierwszym mężu Dubois. Morgit musiał mieć przesrane w przedszkolu, gdy sepleniące dzieciaki usiłowały wymówić "Matthieus Dubois", w podstawówce już podobno spuszczał łomot każdemu, kto podśmiechiwał się z jego nazwiska.
 Kobieta drżącą ręką sięgnęła po filiżankę i upiła łyk kawy.
– Mogłaś nie pozwolić mu prowadzić w takim stanie…
– A co niby miałam zrobić? Przywiązać go do kaloryfera? Nie wiem, gdzie był i co robił po… rozmowie ze mną. Wypadek zdarzył się kilka godzin później.
– Wiedziałaś, że Matti brał narkotyki…?
– Wiedziałam. – Marla odstawiła pusty kubek. Potrzebowała więcej kawy, więcej kawy, jeśli miała to przetrzymać, z drugiej jednak strony była już wystarczająco roztrzęsiona. – Wiedziałam i nieraz brałam je z nim. Nie wierzę, że pani tego nie zauważyła!
Kobieta milczała, patrząc na czubki swoich drogich, markowych butów. Jej syn walczył o życie, a ona miała czas na to, by dobrać szpilki do torebki.
– Nigdy się pani nie zastanawiała, dlaczego to robił? – Marla postanowiła wykorzystać chwilę jej słabości, oddać jej część brzemienia, która dotychczas sama dźwigała. – Nie pytałam go o sytuację w domu, nie oceniałam tego, co robił i mówił, nie odrzuciłam go, tylko zaakceptowałam takim, jakim był! – W jej oczach stanęły niechciane łzy. – Wydawało się pani, że jest przykładnym synkiem, uroczym, ślicznym, młodym chłopcem, służącym do mszy… Był bardzo dobrym aktorem. Nigdy się pani nie zastanawiała nad tym, skąd, do cholery, wziął tego Harleya!? Przez ostatnie pół roku byłam dla niego matką, choć wcale tego nie chciałam!
– Jak śmiesz?! – Kobieta wstała.
– Prawda boli, tak? Pomagałam mu, jak umiałam, podczas gdy pani nie dostrzegała jego problemów!
– Jakich problemów? Matti miał wszystko!
– Wszystko, oprócz matki!
Tego Marla się nie spodziewała.
Kobieta rzuciła się na nią, rozczapierzając uzbrojone tipsami palce. Marla wstała gwałtownie, przewracając hoker i plecami uderzyła w czyjąś pierś.
– Dosyć tego! – Lizard odsunął ją na bok i złapał za nadgarstek rozszalałą matkę Morgita.
– Nie potrafiłaś być dla niego matką i teraz mnie obwiniasz za swoje błędy wychowawcze! – Marla czuła, że coś w niej pęka. – Mogłam omotać go, wykorzystując jego młodość i naiwność, ale nie zrobiłam tego z durnej troski, której ty nigdy dla niego nie miałaś!
Pani Lone bezskutecznie próbowała wyszarpnąć dłoń z uścisku Lizarda, który wolną ręką przytrzymywał miotającą się coraz gwałtowniej Marlę. Powstrzymywał je przed skoczeniem na siebie jak dwie zdziczałe kocice.
– Ty gówniaro! – zapiszczała kobieta. – Jak śmiesz?!
Lizard pchnął dziewczynę na kanapę.
– Marla, zamknij się! – wrzasnął. – Pani Lone, nikt tutaj nie będzie rozliczał nikogo z niczego! – Popychał ją w stronę drzwi, szarpała się, ale był o wiele wyższy i silniejszy, zdeterminowany. Przypominało to przepychankę ojca z niesforną nastolatką. – Proszę iść do domu, wyspać się, Matt niedługo się obudzi, będzie mu pani potrzebna.
Kobieta zdążyła jeszcze wrzasnąć przez ramię:
 – I nie waż się pokazywać w szpitalu!
Trzask drzwi.
Marla podniosła się z kanapy.
– Cholerna suka! – krzyknęła w przestrzeń.
– Zamknij się, Marla, bo cię trzasnę! – Lizard opadł na fotel. – To jego matka, do cholery, jeśli ktoś tu jest ofiarą, to ona i on, ale na pewno nie ty, więc po prostu się zamknij!
– I ty też jesteś po jej stronie? – w głosie Marli zabrzmiało rozczarowanie.
– Nie jestem po niczyjej stronie. Ale to jest rodzinna tragedia, więc daj sobie na wstrzymanie i przestań się rzucać. To jest jej jedyny syn, jak myślisz, jak zachowałabyś się na jej miejscu?
Lizard był zdecydowanie zbyt racjonalny i zbyt opanowany. Wiedział, kiedy wylać jej na głowę kubeł zimnej wody i to doprowadzało ją do szału, bo zawsze miał nad nią przewagę.

2 komentarze: