niedziela, 28 sierpnia 2016

UNDERGROUND - rozdział 8





8

Leżała na podłodze, gapiąc się w górę na akwarium. Zainwestowała dwie pensje po to, by móc gapić się od dołu na rybie brzuchy. Kolejne dziwactwo, kolejna fantazja z dzieciństwa, spełniona w dorosłym życiu do przesady. Groteskowo skrzywione pyski ryb oddawały jej puste spojrzenia. Mogła tak leżeć i leżeć, i leżeć…
W ciszę przerywaną zbyt głośnym tykaniem zegara wdarł się ryk silnika.
Spodziewała się go.
Jakąś perwersyjną radość sprawiało jej uzależnianie od siebie tego dzieciaka. Świadomość tego, że potrafił łamać ludziom buciorami żebra, kantować przy pokerze, grając z gangsterami, przemycać najlepszy towar z Amsterdamu, a przy niej stawał się potulny jak niedopieszczony szczeniak mile łechtała jej niezaspokojoną potrzebę władzy. W pracy miała władzę nad słowami, owszem. A po godzinach potrafiła okiełznać najdzikszego desperado w mieście.
Załomotał w drzwi, jakby pukanie było poniżej jego godności.
Podniosła się z podłogi, przystanęła pod drzwiami, każąc mu czekać minutę, dwie… Robiła przy tym wystarczająco dużo hałasu, by zorientował się, że jest w domu.
– Marlita… otwórz…!
Słyszała to w jego głosie: głód.
Nie powinna go wpuszczać, nie powinna z nim igrać. Miała wrażenie, że któregoś razu nie wytrzyma i potraktuje ją jak wszystkie jego poprzednie ofiary. Właśnie ta świadomość sprawiła, że w końcu przekręciła zamek.
Minął ją w drzwiach, jakby w ogóle tam nie stała, celowo dociskając jej ciało do futryny. Zacisnęła zęby, zamykając za nim drzwi, w końcu zdecydowana na coś, na co miała ochotę od bardzo dawna.
Był tego wieczora zadziwiająco przytomny, co objawiało się u niego odrętwieniem i melancholią, której nie lubiła. Wolała go uspokajać niż podkręcać.
– Wszystko w porządku? – zapytał cicho, odwracając się nagle. Zbliżył się powoli, a jej zdawało się, że trwa to wieczność, i wtulił twarz w jej włosy. Poczuła jego oddech na szyi.
– Jestem zmęczona… – szepnęła, zaciągając się zapachem jego drogich, korzennych perfum. Przez chwilę była gdzieś, gdzie czas i miejsce nie istniały. Co właściwie zamierzała zrobić? I co ją tak, do cholery, zmęczyło…?
Chłopak zacieśnił uścisk, a ona odetchnęła głąbiej, czując drżenie jego odurzonego trawą ciała.
– Zostań na noc… – szepnęła, dotykając jego twarzy. Był tak cudownie i przerażająco młody. Czy to naprawdę ona powiedziała? Do niego?
– Marla… – cofnął się. – Nie mogę…   
Nagle jakby zabrakło mu pewności siebie, a przecież wszedł tu przed sekundą jak zdobywca.
– Dlaczego nie możesz, do cholery?! – krzyknęła, uderzając go pięścią w pierś. – Dlaczego nigdy nie możesz zostać? Łasisz się do mnie jak kocur, a gdy proszę, byś w końcu zachował się jak facet i po prostu mnie przeleciał, wycofujesz się! Czego się boisz?
Morgit zmarszczył gniewnie brwi i przez jego twarz przemknął grymas, którego na moment się przestraszyła.
– Ja się niczego nie boję…! – syknął niskim głosem i przyciągnął ją do siebie. Zbyt brutalnie. Pchnął ją na ścianę, jęknęła, uderzając o nią plecami.
– Chcesz się pieprzyć? – warknął.  – Proszę bardzo! 
Zdarł z siebie koszulę, kątem oka dostrzegła guziki rozlatujące się na wszystkie strony, przez własny przyspieszony oddech usłyszała odgłos darcia materiału, westchnęła głośno, patrząc na jego obnażone ciało, którym przygniótł ja do ściany. Całował gwałtownie i niedelikatnie, jednak w sposób, który przebiegał dreszczem po jej kręgosłupie i dalej, w dół. Poczuła ugryzienie na dolnej wardze.
– Rozbieraj się…! – wydyszał w jej usta, szarpiąc się z jej ubraniem. Po chwili, wpół rozebrani, walali się po dywanie w sypialni. Wiedziała, że nie powinni tego robić, przynajmniej nie w ten sposób, tymczasem turlali się po podłodze i obijali o meble, zrzucając resztki ubrań.
– Zaczekaj chwilę! – jęknęła, uciekając od jego ust. – Muszę ci coś powiedzieć…
– Później … – Morgit wędrował ustami po jej szyi.
– Teraz! – syknęła, bezskutecznie próbując go z siebie zrzucić. Nie mogąc się uwolnić, szepnęła wprost do jego ucha: – Frieda…
– Co? – Chłopak zamarł i uniósł się na rękach. – Co powiedziałaś?
– Jestem wredną suką, która bawi się twoimi uczuciami. Tak naprawdę cały czas chodzi mi o Friedę.
Patrzył na nią zdumiony, rozczarowany i wściekły, a przynajmniej chciała, żeby tak właśnie patrzył. Ale wiedziała, że było w tym wzroku coś o wiele groźniejszego. Czy mógłby ją uderzyć? Straciłaby przytomność, a on użyłby sobie do woli i zostawił ją sponiewieraną.
– To, że jestem prawie bez przerwy naćpany, nie znaczy bynajmniej, że jestem głupi albo ślepy – rzekł cicho, wstając. – Nie myślałem jednak, że powiesz mi to w takiej chwili! – dodał, podciągając spodnie.
Wyszedł z sypialni, zatrzaskując za sobą drzwi. Zanim pozbierała się z podłogi, zakładał podartą koszulę, nie starając się nawet jej zapinać. Ciężka klamra w kształcie trupiej czaszki ciągnęła pasek w dół, wisząc w opozycji do tego, co jeszcze przed momentem wyczuła na udzie, gdy przygniatał ją do podłogi. Zmarnowała kamienny, szczeniacki wzwód, choć była pewna, że jeszcze tego wieczora Morgit znajdzie dla niego zastosowanie gdzie indziej.
– Morgit… – zaczęła, ale nie wiedziała właściwie, co chce mu powiedzieć. – Nie chciałam… cię zranić… – wolała zamilknąć niż chlapnąć jakąś bzdurę.
Może mogła to jeszcze naprawić? Ale jak niby? Zrzucając majtki i podkładjąc się mu? Sklęła się w duchu.
– Daruj sobie! – Założył kurtkę i wyciągnął z wewnętrznej kieszeni skręta. – Przez chwilę łudziłem się, że chodzi ci o mnie. – Włożył go między drżące wargi. – A poza tym mnie nie można zranić! – rzucił, podpalając go i sięgając po rzucony na podłogę kask. – Na razie… – mruknął, wychodząc.
Po prostu ubrał się i wyszedł.
Nie mogła w to uwierzyć, aż usłyszała pod oknami warkot silnika. A co właściwie miał zrobić? Współczuć jej, że jest nieszczęśliwie zakochana? Dopiero po chwili dotarło do niej, jak niedorzecznie się zachowała. Po co mieszała w swoje sprawy tego dzieciaka? Po co igrała z nim, nie wiedząc tak naprawdę, co i do kogo czuje? Gapiła się bezmyślnie na leżący przy drzwiach guzik od koszuli, podniosła go, ściskając w dłoni jak drogocenny klejnot. Biały guzik lnianej koszuli Morgita. Przez jej myśl jak trzask ognia przebiegł dźwięk rozrywanego materiału.
Wróciła do sypialni i rzuciła się na łóżko, próbując rozpłakać, dawno jednak przestało jej się to udawać. Nie wiedziała nawet, dlaczego uważała, że powinna płakać. Przecież nic się nie stało. Może właśnie dlatego?

2 komentarze: