niedziela, 4 września 2016

UNDERGROUND - rozdział 17





17

W malignianych majakach toczyła nieskończone dysputy z Morgitem. W niektórych wyglądał jak elektroindustrialna mumia, w innych był znowu tym pięknym chłopcem, którego skrycie pożądała. Ona zaś zawsze była tylko duchem, głosem z zaświatów, odpowiadającym na jego zarzuty, błagającym o wybaczenie lub przeciwnie, zwalającym całą winę na swego rozmówcę.
Jej ciało tymczasem, jakby chciało odwlec moment nieuchronnej konfrontacji, nie chciało zdrowieć. Przyzwyczaiła się szybko do tego, że Lizard stał się przedłużeniem jej rąk i nóg, sterował jej osłabionymi członkami niby marionetką. Momentami czuła się tak, jakby miała jakieś porażenie mózgowe: widziała, co się z nią dzieje, lecz była zupełnie bezwolna.
Minęły prawie dwa tygodnie, nim miała wystarczająco dużo sił, by wyjść z domu. Ignorowała protesty swego opiekuna, który bał się o to, aby w szpitalu nie załapała jakiejś nowej infekcji. Miała to gdzieś, chciała jak najszybciej rozmówić się z Morgitem, bez względu na konsekwencje.
Lizard eskortował ją pod same drzwi szpitalnej sali, upewniwszy się, że pani Lone poszła do domu się przespać.
Kilkakrotnie spotkali się na szpitalnym korytarzu, matka Morgita zawsze nienagannie uczesana i w starannie dobranych, markowych ciuchach, siedząc przy łóżku syna usiłowała karmić go szpitalnymi papkami, trzymając nieudolnie łyżeczkę w uzbrojonych tipsami dłoniach. Lizard obserwował to ukradkiem, czując mieszaninę wzruszenia i zażenowania. Wręczył salowej ogromną łapówkę, podając się za starszego brata pacjenta, skłóconego z matką syna z poprzedniego małżeństwa. Czarował pielęgniarkę, wymyślając na poczekaniu łzawą historyjkę, którą – a także pokaźną sumką i przynoszonymi co drugi dzień najdroższymi bombonierkami – kupił jej dyskrecję i lojalność. Znał historię rekonwalescencji Morgita lepiej, niż on sam.
Nie wiedział, po co i dlaczego to robi. Nie wiedział, który scenariusz wydarzeń bardziej by mu odpowiadał: pojednania Marli z Morgitem, co oczywiście wydawało mu się nierealne, czy ich ostatecznego rozstania. Ta druga wersja była korzystniejsza dla wszystkich, a już dla niego najbardziej. Odzyskałby swoją ukochaną, która z pewnością, po ciężkiej rozmowie, zerwaniu, kłótni, przybiegłaby do niego, by wypłakiwać się na jego mocarnym ramieniu.
Z drugiej strony wcale nie był tego taki pewien. Znając Marlę – a wydawało mu się że ją zna – mogła wpaść do izolatki i zrobić dziką awanturę. Poza tym jakoś nie wyobrażał sobie, że będą wspólnie płakać nad tragicznym losem Morgita, po czym Marla odejdzie, zostawiając go pod opieką niezdarnej życiowo matki, nie potrafiącej utrzymać w dłoni łyżeczki. Morgit nie był typem chłoptasia, który kornie przyjąłby taki los i nagle zmienił się w pół–jarzynę, zdaną na cudzą łaskę.
– Zostaw mnie, wrócę sama… – Marla zamarła na chwilę z ręką na klamce.
Lizard chciał zaprotestować, ale tylko zacisnął dłonie w pięści i odszedł, nie czekając, aż kobieta wejdzie do sali.
Upewniwszy się, że jej towarzysz wyszedł z oddziału, Marla powoli uchyliła drzwi i wślizgnęła się do środka. Adrenalina przyćmiewała jej wzrok, serce waliło jak oszalałe, dłonie miała zimne i spotniałe. Przez moment chciała uciec.
– To wszystko twoja wina… – Usłyszała od progu. – Zobacz… co ze mną zrobiłaś…
– Nie możesz obwiniać mnie za swój wypadek, Morgit…! – zaczęła, spojrzawszy na niego i wszystko, co ułożyła sobie w głowie podczas dni i nocy choroby, zniknęło bez śladu.
Wyglądał o wiele gorzej, niż w jej koszmarach.
Spod zawojów bandaży wystawał zapuchnięty, podrapany policzek i lewe oko, otoczone siną obwódką, podkrążone i przekrwione. Usta zniknęły pod strupami, sponad opatrunku wystawał wiecheć matowych, splątanych włosów. Prawą rękę i bark pokrywał gips, a nogi spoczywały pod kołdrą, czubki palców niemal się stykały, nieruchome i bez życia. Z sinego grzbietu lewej dłoni wystawał wenflon, przezroczysty płyn zdawał się z sykiem wpływać do żyły. Wyglądał tak, jakby wyciągnęli go spod ciężarówki wczoraj, a przecież minęły dwa tygodnie!. Wyglądał tak, jakby jego ciało się poddało i nie chciało zdrowieć.
– Morgit… ja… – Głos uwiązł jej w gardle.
Nie mogła patrzeć na to, co zostało z anielskiej twarzy Morgita, z jego miękkich ust, gładkich policzków i lazurowych oczu. Jego twarz była wszystkim, co miał, to nią uwodził, czarował i kantował, to ona sprawiała, że każdy numer uchodził mu na sucho.
– Nie chcę cię… więcej widzieć… – Wypowiedzenie każdego słowa sprawiało mu trudność. – Zabiłaś mnie, rozumiesz? Nie mam już nic…
– Nie mów tak, Morgit…
– Nie mam na imię Morgit! Morgit umarł… zginął pod ciężarówką… pod którą wepchnęła jego motor bezduszna… egoistyczna kobieta… – przymknął oko, z trudem łapał oddech. –…którą kiedyś kochał. Ale nie ma… już we mnie miłości… ani dla ciebie,… ani dla nikogo innego…
Zdawało jej się, że jego twarz za moment się rozpadnie, jak kiepsko dopasowane puzzle.
– Nienawidzę cię, rozumiesz…? – Usiłował podnieść głos, bezskutecznie. – Wynoś się, zanim zabijesz tę… bezużyteczną skorupę,… jaka mi została… samą swoją obecnością…
– Ja… – nie mogła wydusić słowa, nie wiedziała, co mogłaby odpowiedzieć.
– Ja… i ja… zawsze chodziło… tylko o ciebie… wyjdź stąd… nie mogę na ciebie patrzeć…
Wyszła. Biegła korytarzem, ignorując próbujące uchwycić ją ręce Lizarda, który oczywiście czekał na nią wbrew jej woli. Zatrzasnęła drzwi najbliżej stojącej taksówki i wykrzyczała adres.
Nie mogła przepędzić sprzed oczu obrazu pokiereszowanej twarzy Morgita, nie mogła wyrzucić z głowy jego z trudem wypowiedzianych słów. Chciała uciec od miejsca i czasu, od siebie samej, pogrążyć się w niebycie, umrzeć, zasnąć…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz