piątek, 9 września 2016

PIANISSIMO - rozdział 2




2

     Tamtego roku lato skończyło się wyjątkowo wcześnie.
     Po upalnym, suchym lipcu, jakże innym od tych burzowych, z poprzednich lat, miesiącu, który ogołocił drzewa z liści, a trawniki zmienił w mikrołachy stepu, nadszedł dziwaczny, dżdżysty sierpień, w ostatnim tygodniu którego przyszło mi urządzać swoje nowe życie w kawalerce przyznanej mi przez szkołę. Dopiero wiele lat później dowiedziałem się, że moje mieszkanie opłacała przeorysza aż do swojej śmierci.
     Dni były szare, a padający od rana do nocy deszcz zdawał mi się groteskowy, w końcu rosił tylko nagie konary i wyschnięte krzewy, zapełniając nieskończoność wolnego miejsca w mojej pamięci jednostajnym szumem.
     Wszędzie na ulicach zalegało jakiś dziwne, bure błoto, powstałe z wypłukanej z martwych trawników, jałowej gleby. Świat wyglądał tak, jakby już nigdy nie miał się zazielenić.
    W takiej ponurej scenerii rozkładałem na półkach pokoiku, który miał stać się całym moim światem, swój skromny dobytek: oprawną w poprzecieraną skórę biblię, stosy nut, stroicielskie klucze, skrzypce, na których prawie nigdy nie grałem. Na ścianie powiesiłem wizerunek świętego Sebastiana o niezmiennie natchnionym wyrazie twarzy, na której udręka nieodmiennie przypominała ekstazę. Do szafy z obluzowanymi drzwiami włożyłem kilka kompletów ubrań: wszystkie czarne lub niegdyś czarne. Pokój przypominał mnisią celę.
      A ja do tamtej pory wiodłem niemal mnisi żywot. Rozważałem nawet wstąpienie do seminarium, byłem jednakże zbyt nieśmiały, by stanąć za ołtarzem i przemawiać do ludzi czy wyśpiewywać hymny. No i w zasadzie prawie nic nie mówiłem.
    W głębi duszy jednakże, o ile w ogóle ją posiadałem, nie wierzyłem w żadnego boga, choć znałem tylko jednego. Nigdy do mnie nie przemówił, ani ustami księdza, ani czynami zakonnic, ani dźwiękami muzyki, która – jakkolwiek natchniona – budziła we mnie coś na kształt erotycznego napięcia, zamiast podniosłego uduchowienia. Będąc dzieckiem nie potrafiłem jednakże nazwać moich uczuć, a i jako rozpoczynający samodzielne życie młodzieniec nie odczuwałem takiej potrzeby.
      Moim największym marzeniem było odnalezienie ciszy.
    Gdziekolwiek się jednakże nie udałem, słyszałem dźwięki: odległy szum uśpionego miasta, jakże inny od odgłosów pozornie niemej, wiejskiej głuszy, przysłaniał wszystko inne – chodziłem po ulicach jak nieprzytomny, skupiony na hipnotyzującym gwarze maszyn i ludzi. Miałem wrażenie, że przeniosłem się w czasie, do przyszłości, której nie rozumiałem, a było to przecież zwykła przeprowadzka z zapadłej wsi do miasta.
     Nie czułem się samotny czy wyalienowany, takich pojęć nie było w moim słowniku, składającym się głównie z sakralnego poszumu. Byłem raczej cholernie ciekawy tego nowego świata, przemawiającego do mnie w nieznanym mi dotąd języku i każde wyjście z domu owocowało stanem przypominającym spacer somnambulika.
      W ostatnim tygodniu mżystego sierpnia stawiłem się w szkole, wylegitymowałem, pokazałem listy polecające i bez zbędnych wyjaśnień, nie odzywając się ani słowem, rozpocząłem sukurs po klasach, po kolei strojąc pianina. Spędzałem tak całe dnie i zostawałem przy robocie tak długo, aż dozorca sugestywnym chrząkaniem mnie nie wypraszał. Po kilku dniach wszyscy przyzwyczaili się do mojej milczącej obecności, do mojej twarzy bez wyrazu, nikłych ukłonów i półuśmiechów, które rozdawałem zamiast słów. Stałem się nieszkodliwym dziwakiem, niezwykle skutecznym w tym, co robił.
   Większość kadry, a wkrótce uczniów i ich rodziców była przekonana, że jestem niemy i taki stan rzeczy bardzo mi odpowiadał.
     Wieczorami wracałem do domu i grałem na starym fortepianie, naśladując muzyką odgłosy miasta szepczące do mnie gdzieś z oddali.
   Nauczyłem się robić zakupy w hipermarketach, gdyż nie wymagało to żadnej interakcji z ludźmi. Mieszkałem tuż przy szkole, więc nie musiałem bez potrzeby przemieszczać się po mieście, a gdy już byłem do tego zmuszony, robiłem to głównie pieszo, a gdy nastała zima, kupiłem bilet miesięczny. Czułem się bezpieczny, anonimowy w wielotysięcznym tłumie.
      Tak upłynęły ponad cztery lata mojego życia.
      Nie odczuwałem upływu czasu.
      Nie robiłem planów na przyszłość.
     Żyłem skromnie, większość zarobionych pieniędzy odkładając w banku nie wiadomo po co.
    Któregoś dnia dyrektor zaprosiła mnie do gabinetu, by oznajmić, że nazajutrz dowiozą nowiutki fortepian Yamaha, na który zbierano fundusze przez ostatnie kilka lat. Miał na nim ćwiczyć uczeń wytypowany do przesłuchań do Konkursu Chopinowskiego, a moim zadaniem było nastrojenie instrumentu.
    To był wspaniały, koncertowy fortepian, pachniał naolejowanym drewnem, lakierem, nawet napiętym metalem, gdy włożyło się głowę pod pokrywę. Spędziłem z nim kilka godzin, czując w głębi serca coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyłem.
     Zakochałem się w tym fortepianie.
    I choć nigdy wcześniej, przez wszystkie te lata, tak naprawdę nie grałem na żadnym szkolnym instrumencie, tamtego wieczora zasiadłem na nowiutkiej, obitej lśniącą skórą ławce i zagrałem.
     Zagrałem mój ulubiony nokturn z numerem pierwszym, b–moll.
     Stłumiłem dźwięk, jednakże był ktoś, kto mnie usłyszał.
   Stara profesorka, która miała pod koniec roku odejść na emeryturę, wysłuchała mojego wykonania, stojąc oparta o futrynę.
      Zauważyłem ją, gdy wybrzmiał pogłos ostatniego akordu.
     Przestraszyłem się, chciałem przeprosić za swoją zuchwałość, choć przecież nikt nigdy nie zabronił mi grać ani na tym fortepianie, ani na żadnym innym szkolnym instrumencie.
   – Proszę zagrać mi coś jeszcze, panie Julianie… – Głos staruszki był cichszy, niż najcichsze pianissimo, jakie przed momentem wydobyłem z instrumentu. – Według mnie to właśnie pan powinien przystąpić do przesłuchań konkursowych. Zobaczę, co da się zrobić w tej sprawie. Mamy jeszcze rok.
    I właśnie ten kolejny rok stał się zupełnie inny od pozostałych.
    W tamtym bowiem roku młody pianista znikąd, mający za sobą jedynie dwa stopnie muzycznej edukacji w jakiejś nikomu nie znanej szkole w środku nicości, prowadzonej przez zakonnice, został okrzyknięty nadzieją polskiej pianistyki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz