piątek, 9 września 2016

PIANISSIMO - rozdział 1



1

      Są na tym świecie miejsca, o których przeciętny człowiek nigdy się nie dowie, instytucje, o których istnieniu nikt nie ma pojęcia: stare zamczyska zagubione w głuszy, pałacyki na obrzeżach zapadłych w ciszę i przeszłość wsi, stare majątki, oddane przed wiekami kościołowi, funkcjonujące jako ochronki, sierocińce, przytułki dla dzieci, które nigdy nie powinny były się urodzić i takich jak ja, które urodziły się z wielkiej miłości, jednakże zostały na łez padole zupełnie same.
  Pamiętam szelest sztywnych habitów, świst oficjalnie nieistniejącej rózgi, pomruki głosów, z których niektóre były słodkie i pełne troski, ale inne zdradzały wyrosłe z frustracji i nigdy niezaspokojonej potrzeby miłości okrucieństwo. Pamiętam każdą modlitwę, po polsku, po włosku i po łacinie, schemat chóralnych szeptów, które regulowały moje dni.
     Nie to było jednakże ważne.
     Sierociniec, w którym mnie umieszczono, funkcjonował tak, jak niegdysiejsze włoskie konserwatoria. Proboszcz skupował od okolicznych wieśniaków instrumenty, które jakimś cudem przetrwały wojenną zawieruchę, a potem komunistyczną kulturalną posuchę. Wiekowy dworek, w którym bytowała jakaś setka dzieci, wypełniony był przeróżnymi instrumentami, przywróconymi do życia przez okolicznych rzemieślników i dojeżdżającego raz na kwartał zakopiańskiego lutnika. Chór złożony z sierot o anielskich głosach znany był w całym województwie, a do pobliskiego kościoła przy okazji każdego większego święta, które uświetniał swoimi występami, przybywały tłumy, wypełniając wnętrze budynku i przyległy do niego parking niezależnie od pory roku.
     Oczywiście nie wiedziałem o tym, gdy trafiłem do ochronki jako dwulatek.
    Do tamtej pory towarzyszyła mi tylko codzienna symfonia odgłosów szpitalnej aparatury. Wyszedłem w świat jako bladziutki, cherlawy chłopaczek z długą, pionową blizną na piersi i nigdy nie chciałem się dowiedzieć, skąd się wzięła, nigdy nie próbowałem odszukać znaczenia diagnozy, którą oczywiście pamiętałem, wielokrotnie powtarzaną przez lekarzy. Zanim dorosłem na tyle, by się tym zainteresować, byłem pewien, że umrę, kiedy przyjdzie na mnie pora, bez względu na to, czy będę znał przyczynę swojej śmierci, czy nie.
     Kakofonia dysharmonijnych odgłosów wypełniała budynek od świtu do późnego wieczora, milknąc regularnie w przerwach na modlitwy i codzienną mszę.
   Znałem na pamięć wszystkie modlitwy, wszystkie psalmy, potrafiłbym wyrecytować Biblię, gdyby choć raz przeczytano mi ją na głos, dlatego też jak tylko nauczyłem się mówić, stałem się ulubieńcem przeoryszy. Może zdecydowało o tym to, nigdy nie odzywałem się niepytany i poza formułkami modlitw nie dobywał się ze mnie żaden dźwięk…?
    Zanim skończyłem sześć lat, potrafiłem wydobyć proste melodie z większości instrumentów zgromadzonych dla szkolnej orkiestry. Mogłem swobodnie korzystać z tych akurat nie używanych, a podpatrując starszych uczniów nauczyłem się je stroić. Mając lat dziewięć, gdy sięgałem już nogami do dolnej klawiatury, opanowałem podstawy gry na organach, w wieku lat dwunastu dbałem o oprawę muzyczną większości uroczystości.
     Moim marzeniem było jednak nauczenie się gry na fortepianie stającym w gabinecie przeoryszy. Jej ojciec zginął, ratując instrument z wojennej pożogi, dlatego darzyła go szczególnym sentymentem. Mogłem grać na nim tylko w jej obecności. Instrument był wiekowy i rozstrajał się przy każdej zmianie pogody. Gdy umarł stary stroiciel, jedyna osoba, której poza mną wolno było dotykać instrumentu, dostałem od przeoryszy worek stroicielskich kluczy.
     Pamiętam jak dziś odgłos przesuwającej się po czarnej płycie igły gramofonu i pełne trzasków rubinsteinowskie wykonanie "Nokturnów" Chopina.
    – Gdy nauczysz się grać wszystkie, dostaniesz ode mnie ten fortepian. Będziesz mógł go zabrać i odejść – rzekła swoim cichym głosem, pomarszczonym tak samo, jak jej twarz.
      Miałem wówczas piętnaście lat.
    W dniu moich osiemnastych urodzin fortepian ustawiono w kaplicy. Siostry zakonne, wychowankowie, mający nadzieję zostać wybitnymi muzykami, nauczyciele, proboszcz i kilku lokalnych potentatów wysłuchało koncertu, podczas którego wykonałem wszystkie chopinowskie nokturny.
      Przeorysza płakała, z trudem łapiąc oddech.
    Płakałem i ja, gdy wraz z fortepianem odjeżdżałem wynajętą ciężarówką do Wielkiego Miasta, w którym miałem podjąć funkcję stroiciela pianin i fortepianów w szkole muzycznej.

1 komentarz:

  1. Malgorzata Heimel
    Interesujaco sie zaczyna.Z ciekawoscia czekam na ciag dalszy.

    OdpowiedzUsuń