środa, 21 września 2016

PIANISSIMO - rozdział 10




10

    Szczękałem zębami, przysłuchując się jej krzątaninie w łazience. Mogłem dosłyszeć odpinanie zamków, szelest zrywanych rzepów, jakieś świsty, jakby odpakowywała się ze średniowiecznej zbroi, z kaftanów wiązanych na rzemienie, z płatów blachy. Z każdą mijającą sekundą panikowałem coraz bardziej, zastanawiając się, co zrobię, jeśli za moment ukaże się w drzwiach… naga??
    Nie zrobiłaby tego, nieprawdaż…?
  Usilnie próbowałem przypomnieć sobie, w jakim stanie zostawiłem rano łazienkę: czy rozwiesiłem ręcznik i czy był tam jakiś zapasowy, którego mogłaby użyć, czy odwiesiłem szlafrok, czy uprzątnąłem umywalkę po porannym goleniu…? Byłem młody, owszem, ale ze względu na kruczoczarne włosy miałem mocny zarost, po kilku dniach bez golenia wyglądałem jak neandertalczyk.
   Cholera!
   Przez te kilka lat, od chwili, gdy wprowadziłem się do kawalerki, żadna obca stopa nie przekroczyła moich progów. Na szczęście zachowałem część klasztornych przyzwyczajeń i utrzymywałem wokół siebie ascetyczny porządek, nie lubiłem, gdy cokolwiek rozpraszało mnie podczas gry: rozrzucone ubrania czy książki, nieumyty kubek po kawie, którą od wczesnych lat żłopałem niemal nałogowo, nieposortowana korespondencja, która mogłaby zalegać na biurku. Teraz jednakże odczuwałem jakiś irracjonalny lęk na myśl o tym, że Łotwicka mogłaby odejść, widząc moją niechlujną łazienkę, a wiedziałem przecież, że niemożliwym było, abym jej rano nie posprzątał.
    Jednocześnie modliłem się bezgłośnie właśnie o to – żeby wyszła i nigdy nie wracała.
     Cała ta galopada myśli trwała może dwie minuty, po której moja Nemezis wyłoniła się z łazienki, odziana w mój szlafrok, wyminęła mnie i obiema dłońmi przeczesując wilgotne włosy przepłynęła do pokoju, roztaczając wokół siebie woń perfum i zgrzanego, kobiecego ciała, obcą mi zupełnie, ale wywołującą natychmiastową reakcję.
   – Proszę się przebrać, rozchoruje się pan! – ofuknęła mnie, rozsiadając się na wersalce.
     Czułem się tak, jakbym to ja był tutaj gościem.
     Zamknąłem się w łazience, rozejrzałem, upewniając, że było tu tak porządnie, jak tylko mogło być, starałem się nie patrzeć na rozłożony na wannie kombinezon, zacząłem zdejmować z siebie przemoczone ubranie, a gdy już stałem zupełnie nagi na zimnych kafelkach zdałem sobie sprawę z tego, że nie wziąłem ze sobą ubrań na zmianę, a mój szlafrok zaanektowała ona. Zakląłem w myślach, chyba nawet wymemłałem w ustach jakieś przekleństwo, po czym zanurkowałem do kosza na brudną bieliznę i wydobyłem z niego koncertową koszulę, której nie zdążyłem oddać do pralni. Zarzuciłem ją na grzbiet, wciągnąłem na powrót wilgotne spodnie, wytarłem włosy ręcznikiem, do którego przylgnął ten ogłupiający zapach jej ciała i z bijącym jak oszalałe sercem wyszedłem do mojego gościa.
     Popatrzyła na mnie tak, że aż zakręciło mi się w głowie: uważnie, jakby chciała rozebrać mnie wzrokiem, jakby chciała zapamiętać każdy centymetr mojego ciała, jej spojrzenie ślizgało się po mnie i miałem wrażenie, że oblizuje mnie nim jak językiem. Czym prędzej odwróciłem się do niej tyłem i udałem do kuchni z zamiarem zrobienia jakiejś herbaty. Zawsze mogłem poczęstować ją armagniakiem, który dostałem od rektora i trzymałem na czarną godzinę.
     Właśnie na taką godzinę: przerażająco czarną w moim mniemaniu.
     – Nieczęsto przyjmuje pan gości, mam rację, panie Kolbe? – rzekła półgłosem, gdy już postawiłem na stole rozkompletowane kubki i nie pytając ją o zdanie sążnie chlusnąłem do każdego z nich koniakiem.
      No i czego oczekiwała? Że będę potakiwał albo kręcił głową?
     Zawziąłem się, nie zamierzałem w ogóle odzywać się do niej, nie po tym, jak tu wtargnęła, jak zburzyła moje poukładane życie. Czego tu szukała? Czułem się wystarczająco upokorzony po feralnej wspólnej kolacji, podczas której musiałem przyglądać się jej gruchaniu do mężusia.
     – Bardzo skromnie pan mieszka, czy to ma być dowód na prawdziwość historii pańskiego życia?
      Pytaj sobie, ile chcesz, kobieto!
    Pociągnąłem łyk herbaty, alkohol buchnął ogniem w mojej piersi.
    Przez długą, bardzo długą chwilę przyglądała mi się znów uważnie, a ja nie bardzo wiedziałem, dlaczego, co takiego mogło być w moim ciele, co przyciągało jej wzrok? Siny cień zarostu na zapadniętych, bladych policzkach? Porośnięte włosami grzbiety dłoni, które według mnie wyglądały dziwacznie nad klawiaturą? A może czarny gąszcz na mojej piersi, wyzierający przez niedopięte guziki koszuli? Wyglądałem jak barbarzyńca, nie jak artysta.
    – Jestem gotowa kupić tę historyjkę, choć początkowo obstawiałam, że wyciągnęli pana z jakiejś wschodniej dziury, gdzie rzępolił pan na rozklekotanych cerkiewnych organach. Cóż, każdy ma jakieś wyobrażenia o świecie i ludziach, prawda? Nasze założenia mają szansę na realizację jedynie wówczas, gdy osoby, których dotyczą, zachowają się adekwatnie do naszych oczekiwań, czyż nie mam racji…? I jakoś nie mogę sobie wyobrazić, by wykazał pan choć odrobinę kozackiej fantazji!
     Chyba właśnie mnie obraziła, ale nie zamierzałem reagować.
     Opróżniłem kubek, jej też już był prawie pusty, więc wstałem i wydobyłem z barku dwa kieliszki do koniaku, które nabyłem nie wiadomo po co. Na czarną godzinę najprawdopodobniej.
    Rozlałem trunek i patrzyłem, jak kołysze kieliszkiem trzymanym w smukłej dłoni o pomalowanych na czerwono paznokciach, a jakżeby inaczej?
     Wstała i zaczęła przechadzać się po pokoju, popijając.
    – Bardzo tu ciepło się zrobiło… – szepnęła, rozwiązując pasek szlafroka, a ja wrosłem plecami w oparcie fotela z przerażenia i podniecenia.
   Z każdym krokiem materiał rozchylał się, coraz wyraźniej ukazując fragmenty jej negliżu: czarne pończochy, podtrzymywane gorsetowym pasem i czerwony, koronkowy biustonosz. Nigdy wcześniej nie dotykałem kobiecej bielizny, nigdy nawet nie widziałem jej na żywo, więc niemal boleśnie odczułem skurcz podniecenia, haniebnie wzdymający mój rozporek. O Boże, nie…!
    Jaka kobieta przy zdrowych zmysłach zakładała taką bieliznę pod motocyklowy kombinezon??
     Kobieta upadła, tego byłem pewien!
     Szlafrok opadł na podłogę.
    Podeszła do fortepianu, a ja poczułem jakiś irracjonalny sprzeciw, gdy postawiła na nim kieliszek, po czym otworzyła pokrywę klawiatury i dotknęła biało–czarnych zębów, nie wydobywając jednakże dźwięku. Nie chciałem, by go dotykała, a jednocześnie pragnąłem, by położyła się na nim, by rozsiadła się na klawiaturze swoimi pięknymi, rozłożystymi pośladkami i rozchyliła nogi, abym mógł ją posiąść do wtóru dysharmonijnych akordów.
     Dopiłem brandy, kieliszek zadzwonił o moje zęby.
    – Chciałabym, aby zagrał pan tylko dla mnie, panie Julianie… – szepnęła zmysłowo, podchodząc do mnie. – Marzyłam o tym od chwili, gdy zasiadł pan do instrumentu na scenie. Chciałam mieć pana i pańską muzykę tylko dla siebie, właśnie tak, jak teraz, w intymnej atmosferze pańskiej przytulnej kryjówki… – Wyciągnęła rękę i dotknęła moich włosów, odgarniając kosmyk za ucho. – To jak będzie, niemy geniuszu? Zagrasz coś tylko dla mnie?
    Czułem przemożną chęć rozpłakania się. Nikt wcześniej nie dotykał mnie w tak poufały sposób.
     Wstałem i na chwiejnych nogach podszedłem do instrumentu.
     Zagrałem.
     Irena Łotwicka natomiast słuchała, rozparta na mojej wersalce, odziana w koronki i jedwabie, z ramionami rozłożonymi na oparciu niby piekielne skrzydła kusicielskiego demona. W jej niesamowitych oczach błyszczały łzy.
     Gdy moje dłonie się zatrzymały, za oknami było już zupełnie ciemno.
     Oboje byliśmy pijani, to nie ulegało wątpliwości.
    Kobieta dopełniła nasze kieliszki, a ja usiadłem naprzeciwko niej, nie mogąc oderwać wzroku od jej skrępowanego bielizną ciała.
     – Jest pan genialny, panie Julianie, nie muszę tego mówić ale i tak to robię. Wygra pan ten konkurs, pokazując światu, że może się podetrzeć swoimi konwenansami. Ja zawsze miałam je w głębokim poważaniu, w przeciwieństwie do mojego ojca, dla którego pańska wygrana będzie tylko kolejnym biznesowym trofeum, kometą, ciągnącą jego włókiennicze imperium ku biznesowemu rajowi.
     Poczułem, że blednę.
     Janusz Łotwicki nie był jej mężem.
     Był jej ojcem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz