czwartek, 22 września 2016

PIANISSIMO - rozdział 11

11

     " - Na mnie już pora. Najwyższa."
     I tyle.
    Powiedziała to ot tak, po prostu, przerywając monolog, którym raczyła mnie chyba przez godzinę, po czym w kilku zręcznych ruchach odziała się w kombinezon, złapała kask i wyszła, trzaskając drzwiami, a ja zostałem oniemiały i zatrzymany wpół gestu, usiłowałem podnieść się z fotela, aby zawrócić ją jakimś ruchem, no bo przecież nie słowem, ale miałem pewność, że cokolwiek bym zrobił, nie miałoby to sensu. Irena Łotwicka, córka Janusza, robiła tylko to, na co miała ochotę.
    I mówiła tylko to, co uważała za stosowne powiedzieć. Jak dla mnie powiedziała zdecydowanie za wiele, jak na pierwsze spotkanie z – bądź, co bądź – nieznajomym. Czy zrobiła to tylko dlatego, iż miała świadomość, że nikomu nie powtórzę jej słów…?
  Wpatrywałem się w pulsującą coraz rzadziej rozrzuconymi światełkami sąsiednich kamienic ciemność, czując, jak jej słowa roztapiają się w rozkosznym, alkoholowym upojeniu. Nie wiem, czy to fakt, iż przez dwie dekady nie miałem kontaktu z używkami sprawił, że mój organizm dobrze radził sobie z pijaństwem, obdarzając mnie tylko jego przyjemnymi skutkami: lekką głową, ekstatycznym rauszem, pozorną jasnością umysłu i przekonaniem o własnej doskonałości. W takim właśnie stanie wysłuchałem monologu półnagiej kobiety, sycąc oczy widokiem jej ciała, podrasowanym krążącymi w moich żyłach promilami.
   A teraz została po niej tylko pusta przestrzeń, od patrzenia na którą bolało mnie serce. Położyłem dłoń na miejscu, w którym przed chwilą siedziała, jeszcze ciepłym od jej ciała, zbliżyłem do niego twarz, wdychając poszepty jej zapachu… I czułem, jak do moich oczu napływają łzy, gdy wspominałem wszystko to, co powiedziała, nie byłam nawet pewien, czy do mnie, czy do samej siebie.
    Zanim otrząsnąłem się z szoku, w jaki wprawiła mnie rewelacja o niej i o Januszu Łotwickim, Irena wstała i podeszła do półki nad obrazem przedstawiającym św. Sebastiana. Przez długi czas wpatrywała się w niedużą, wyświechtaną książeczkę na niej stojącą. Oblałem się pąsem jak pensjonarka, gdy przypomniałem sobie, co to była za książeczka.
    Wiele lat wcześniej, gdy przeorysza była chora i na kilka tygodni przeniesiono ją do szpitala, wkradłem się którejś nocy do jej gabinetu. Wówczas nie wolno mi było jeszcze grać na fortepianie. Podszedłem do instrumentu i dotykałem klawiatury, wyobrażając sobie, że wydobywam z niego dźwięki, podniecało mnie poczucie czynienia zła, czułem rozkoszne napięcie mając świadomość, że naruszam jakieś tabu. Gdy nasyciłem się oglądaniem fortepianu, zapragnąłem zajrzeć do skrytki w jej biurku. Zrobiłem to i na dnie szuflady odnalazłem tę właśnie książeczkę. Wyglądała na zapomnianą, nikomu nie potrzebną, choć była prawie nowa. Był to dwujęzyczny, polsko–włoski tomik erotyków, napisany przez Fionę Marks. Nie znałem tego nazwiska, nigdy wcześniej się z nim nie zetknąłem.
    Zabrałem książeczkę w przekonaniu, że starej przeoryszy na nic się nie przyda.
   Nauczyłem się wierszy na pamięć przy pierwszym czytaniu. Potem wielokrotnie do nich wracałem, choć przecież nie musiałem, pamiętając doskonale treść. Robiłem to jednak, dotykając wypukłego druku na postarzanych stronach, gładząc oprawną w ciemną, grawerowaną skórę okładkę, aż książeczka zaczęła przypominać wykopany ze strychu tomik z zamierzchłych czasów.
    To właśnie on przyciągnął jej wzrok.
   Sięgnęła po książeczkę i przez długą chwilę obracała ją w dłoniach, a mnie na samo wspomnienie tego, co działo się z moim ciałem, gdy jako dzieciak czytałem tamte wiersze, skręcała mieszanina wstydu i podniecenia.
     – …a potem pozwolę ci wejść,
i nie pozwolę wyjść… – przeczytała półgłosem, otworzywszy tomik.
  "…dopóki razem nie dojdziemy do miejsc,
  z których już nie wrócimy…" – chciałem dokończyć, ale nie otworzyłem ust.
   "Dopóki nie połączy nas
   wspólna mała śmierć
   Której nie odkupi nawet
   najszczerszy żal za nasze winy…"
     To były dziwne wiersze. Niespokojne, pozbawione rytmu, rozchwiane. Odczuwałem niemal fizyczny dyskomfort czytając je, choć przecież gdy zrobiłem to po raz pierwszy niewiele jeszcze z nich rozumiałem. Traktowały o miłości bolesnej, niespełnionej, nieodwzajemnionej, nie było w nich szczęścia, nadziei, radości zakochania.
     I gdy tak patrzyłem na Irenę, niewymownie smutną, nieopisanie tajemniczą i – wiedziałem to – kiedyś przez kogoś bardzo dogłębnie skrzywdzoną, odstawiła książeczkę na miejsce i spojrzała na mnie.
   – Jeszcze nigdy nikomu tego nie opowiadałam… – szepnęła, patrząc mi prosto w oczy, nagle groteskowo wręcz półnaga, otoczona całą nieprzystającą do współczesności ascezą tego miejsca – ale muszę to w końcu zrobić. Po tamtym zdarzeniu nie odzywałam się do nikogo przez prawie dwa lata. To było dawno temu, byłam bardzo młoda… a on… a on miał nóż. Był wielki i silny, nie miałam szans… – dotknęła swoich ust. – Trzymał nóż przy mojej szyi, czułam, jak ostrze wrzyna się w ciało, nie mogłam krzyczeć, gdybym to zrobiła, rozorałby mi twarz…
     Zerwałem się z miejsca, uniosłem dłonie, otworzyłem usta, ale przecież nie wiedziałem, co mógłbym powiedzieć lub zrobić, żeby ją uciszyć. Czy ja chciałem tego słuchać? Nie chciałem, chciałem, nie chciałem! Czułem się tak, jakbym podglądał ją z ukrycia, niemy i niewidzialny, a ona po prostu mówiła i żadne protesty, a już na pewno nie wymachiwanie rękoma, nie mogły jej powstrzymać:
    – Wylądowałam najpierw w szpitalu, a później w przytulnym pokoiku psychologa, potem na kozetce u psychiatry, w końcu na oddziale zamkniętym z podejrzeniem katatonii pourazowej. A ja po prostu nie mogłam otworzyć ust, bo gdybym to zrobiła, wydostałby się z nich jedynie potworny, rozdzierający uszy krzyk. Milczenie stało się moją tarczą, obroną przed tym krzykiem, który nieustannie, dzień i noc rozbrzmiewał w mojej duszy. Tylko cisza mogła mnie uratować.
     Zaciskałem zęby tak mocno, że rozbolały mnie szczęki, zaciskałem pięści tak, że prawie pokaleczyłem dłonie.
      – Jeśli ktoś potrafi zrozumieć zbawienne działanie ciszy, to tylko pan… – Podeszła do mnie i dotknęła mojego policzka, jej palce wydały nieprzyjemny odgłos na moim odrastającym zaroście. – W tamtej chwili straciłam wszystko: moją niewinność, moją młodość, moją przyszłość. – Uniosła dłoń i spróbowała zacisnąć ją w pięść przed moją twarzą, ale palce nie słuchały jej woli, zadrgały, zanim dłoń się zamknęła. – I nigdy, przenigdy już nie zagrałam na fortepianie, choć wróżono mi przyszłość równie wspaniałą, co panu
     Westchnęła głęboko, po czym wzięła mnie za rękę, przyłożyła moje palce do swoich okaleczonych ust i złożyła na nich delikatny pocałunek.
      – Na mnie już pora. Najwyższa.
      Odsunęła się zbyt raptownie, a po chwili już jej nie było.
   Zostałem sam w mieszkaniu, które nigdy wcześniej nie przypominało mi tak bardzo jakiejś samotniczej celi, jak w tamtym momencie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz