piątek, 23 września 2016

PIANISSIMO - rozdział 12



12

     Rzucałem się za instrumentem tak, jakby ktoś podłączył ławkę do prądu.
    Profesor po minucie przestał mnie bezskutecznie uspokajać, wycofał się w cienie koncertowej sali i w końcu wyszedł, jakby bał się, że za moment zacznę wyrywać po kolei klawisze i ciskać nimi w niego.
      Nienawidziłem jej!
    W tamtym momencie naprawdę jej nienawidziłem. Nie miała żadnego prawa tak się zachowywać! Nie miała prawa mi się zwierzać, nie miała prawa obarczać mnie swoją traumą! Czułem się wykorzystany, przyjąłem na plecy ciężar, którego wcale nie miałem ochoty dźwigać.
     Dlaczego to robiła? Czy dlatego, że tak bardzo przypominałem związanego ślubami milczenia zakonnika, któremu bezpiecznie można było powierzyć każdą tajemnicę…? Nie chciałem być jej spowiednikiem, chciałem zostać jej kochankiem! Jednak w świetle tego potwornego zwierzenia moje marzenia rozwiały się jak strzępki porannej mgły, której tchnienie rozsiane pomiędzy kamienicami obserwowałem kątem oka idąc na poranną próbę.
  Na asfalcie przed domem czerniała smuga wtartej w nawierzchnię, spalonej gumy. Wyglądała złowieszczo, groźnie, jak omen potwornej tragedii…
    Dokąd tak bardzo spieszyła się Irena Łotwicka…? Pospieszna ze swoim pragnieniem imponowania idealnym ciałem, nachalna z zamiarami czarowania mężczyzn, pospieszna ze zwierzeniami, z chęcią usidlenia mnie i… A może tylko wyobrażałem sobie to wszystko?
     Wracałem do domu w nastroju równie podłym, co pogoda. Było sino, zimno, mżawka pokryła lustrzaną warstwą wypukłe grzbiety starych brukowych kamieni. Szedłem ostrożnie, z rękoma wbitymi w kieszenie, choć miałem ochotę rozłożyć je na boki jak linoskoczek.
    Przyrządziłem sobie herbatę z resztką koniaku i przez długą chwilę rozmyślałem nad tym, co powiedziała:
   "I nigdy, przenigdy już nie zagrałam na fortepianie, choć wróżono mi przyszłość równie wspaniałą, co panu…"
     Włączyłem komputer, uruchomiłem przeglądarkę i odnalazłem archiwa konkursu sprzed pięciu lat, potem sprzed dziesięciu, w końcu sprzed piętnastu. Profesor wyjaśnił mi pokrótce, jak co działa, na szczęście nie byłem aż takim technologicznym głąbem, za jakiego się uważałem.
     Oglądałem czarno–białe zdjęcia w katalogu uczestników, którzy zgłosili się do przesłuchań, potem przeczytałem listę zakwalifikowanych i tych, którzy odpadli. Wszystkie twarze wyglądały jednakowo, jak wizerunki na porcelanowych, nagrobkowych owalach.
     Aż znalazłem.
     Liczba uczestników się nie zgadzała, wynikało z tego, że jeden z nich w ogóle nie przystąpił do przesłuchań w pierwszym etapie. Nazwisko również się nie zgadzało, brzmiało bowiem "Irena Komala", ale to nie było istotne. Rozpoznałem jej twarz natychmiast, w końcu była to jedyna twarz, która nie zdawała mi się pozbawioną wyrazu maską: wysokie czoło, deseń szarych piegów na nosie, kokarda w sięgających ramion, niesfornych włosach, pełne usta, jeszcze nie okaleczone, wykrzywione w grymasie, który od biedy można było uznać za nieśmiały uśmiech i oczy: duże, niewinne oczy, różnicę w barwie których można było dostrzec aż nazbyt wyraźnie, mimo tego, że zdjęcie było wyblakłe jakby, monochromatyczne.
     A więc nie kłamała.
    Irena Komala, obecnie Irena Łotwicka, wówczas szesnastoletnia, miała wziąć udział w Konkursie Pianistycznym im. Fryderyka Chopina przed piętnastu laty. Lista wyróżnień i nagród przy jej nazwisku była imponująca jak na tak młodą osobę.
      Nigdy jednak nie wyszła na scenę i nie zasiadła do fortepianu.
    Wyobrażenia jej młodej, wiotkiej sylwetki zalały mój umysł. Czy miałaby na sobie jakąś suknię? A może strój pensjonarki i lakierki, korespondujące z kokardą w rudych lokach…?
     Gdy ona zamiarowała ruszyć na podbój świata kameralistyki, ja dopiero wysilałem się, by sięgnąć do pedałów organów, dopiero robiłem pierwsze podchody do fortepianu.
   Wybrała mnie do tego, abym spełnił jej marzenia, bo kogóż innego mogła wybrać…? Czy to właśnie dlatego jej ojciec zasponsorował fortepian, aby ona mogła zbliżyć się do pianisty, który będzie ćwiczył na nim do konkursu…? Ta wersja wydarzeń wydawała mi się zbyt wyrafinowana, zbyt perwersyjna, nie potrafiłem wyobrazić sobie kmiota Łotwickiego, knującego wraz z nią. Musiała wmanipulować ojca w swoją grę bez jego wiedzy.
     Co właściwie chciała osiągnąć…? Uwodziła mnie, to było jasne, inaczej nie odziewałaby się w wyzywającą bieliznę, nie pokazywała półnaga w moim mieszkaniu. Musiałem odpowiedzieć sobie na pytanie, czy – znając jej tragiczną historię – pozwolę się uwieść? Oboje byliśmy autsajderami, dziwakami, wyrzuconymi poza nawias prężnie funkcjonującego społeczeństwa. Być może pasowaliśmy do siebie: niemy, na pół autystyczny geniusz i zgwałcona za młodu katatoniczka, która z zemsty nad męskim rodzajem przeobraziła się w niedostępną kusicielkę…?
     Czy miałem pozwolić jej mnie uwieść…?
     Czy miałem pozwolić jej…?
     Czy miałem…?  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz