wtorek, 27 września 2016

PIANISSIMO - rozdział 13




13

    Światło utworzyło aureolę wokół jej głowy, sprawiając, że miękkie, zmierzwione teraz włosy zdają się płonąć.
     Nie widzę jej twarzy, mogę jedynie domyślać się jej wyrazu: półprzymknięte powieki, lekko rozchylone usta, stopniowo układające się w ironiczny uśmiech. Jej dłoń leniwie przegarnia włosy, gestem świadomie zmysłowym. Drugie ramię, swobodnie rozłożone na oparciu kanapy, nie porusza się, jest jak sparaliżowane, palce dłoni drgają nieznacznie, gdy usiłuje zamknąć dłoń. Biegnę wzrokiem od wąskiego nadgarstka, przez krągłe przedramię, zatrzymuję się na rudawym cieniu pod pachą, kładącym się na bladym ciele niby plama rdzy. Piegi pokrywają ramiona i dekolt, na który spoglądam nieśmiało, bojąc się zapatrzenia na jej piersi: duże i zdające się tak ciężkimi, że byłyby w stanie przygiąć jej ciało do podłogi. Siedzi jednakże prosto, tylko leniwie poruszająca się dłoń odróżnia ją od jakiegoś upiornego manekina, od ożywionej lalki.
     Zbiegam wzrokiem niżej, tam, gdzie ciało na brzuchu układa się w trzy niewielkie fałdki, poznaczone czerwonymi pręgami od uciskających je jeszcze przed chwilą fiszbin gorsetu. Krągłe, skrzyżowane uda skrywają skromnie miejsce, w którym przed chwilą byłem, w którym pogrążyłem się tak dogłębnie, iż zdawało mi się, że zrośniemy się na zawsze, że wchłonie mnie w siebie i rozpuszczę się w jej ciele, jakbym wracał do łona matki.
     Jej łydki są umięśnione, pęciny cienkie jak u rasowej klaczy. Ma wąskie stopy, wcale nie małe jak na kobietę, długie palce, których każdy z osobna wsysałem głęboko do gardła, owładnięty fetyszystyczną żądzą. Zdaje mi się, że wciąż są wilgotne od histerycznych pocałunków, które na nich składałem.
   Unosi nogę, stawiając stopę na mojej nagiej piersi. Siedzimy naprzeciwko siebie, ona na kanapie, ja w fotelu: zdyszany, jakbym biegł, choć przecież prawie się nie poruszałem, przybity do miejsca ciężarem jej ciała. Dotykam jej kostki, błądzę palcami pod kolanem, przesuwam dłoń wyżej, na gorące przed momentem udo, teraz zimne od parującego potu i wyżej, aż trafiam do złączenia jej ud, zagłębiając palce w zdającym się żyć własnym życiem wnętrzu. Ona wzdycha głośno, czuję, jak jej ciało zaciska się wokół mojego, zgrzytam zębami, wpełzając na nią, nie przestając grać na wnętrzu jej ciała, jakby było jakimś żywym, kosmicznym instrumentem. Otwiera usta, z których dobywa się tylko szelest wypuszczanego oddechu.
     Otworzyłem oczy, czując ostatnie spazmy.
     Leżałem na brzuchu, w lepkiej kałuży polucji, z ust wyciekła mi strużka śliny.
    Zerwałem się z posłania, rozglądając nieprzytomnie po pokoju, przytknąłem dłoń do twarzy, jakbym szukał na palcach zapachu jej wnętrza. Potarłem twarz, jęcząc bezgłośnie.
     Śniłem o niej już chyba piątą noc z rzędu. Sny były dziwaczne, nierealne, zawsze zaczynały się post factum, Irena siedziała w nich naprzeciwko mnie, zawsze naga, zawsze niedoskonała, ale skończenie piękna, wymęczona rozkoszą, którą jej zadałem. Ja chłonąłem ją wzrokiem, czując, jak jakaś nienasycona gadzina budzi się między moimi nogami, po czym zawsze wpełzałem na jej ciało, albo całowałem ją, lub pieściłem dłonią, czasem po prostu wdzierałem się między jej uda, lecz zanim ponownie zakrzyknęła z rozkoszy, budziłem się w zbrukanej pościeli.
   Gdy tylko majaki mijały, zaczynałem zastanawiać się, jak naprawdę wyglądała nago, jaki kształt i smak miały jej piersi, jaki kolor miały włosy między jej nogami, w jakie wzory układały się piegi na jej plecach…? Popadałem w obsesję, to nie ulegało wątpliwości.
    A Irena Łotwicka, jakby chcąc podsycić ogień we mnie, nie pojawiła się w moim domu ani razu od tamtego pamiętnego spotkania. A ja, oczywiście, nie miałem odwagi ani śmiałości pytać rektora o miejsce bytności jej lub jej ojca, nawet w formie pisemnej, co zdarzyło mi się raz czy dwa. Dlaczego niby akurat on miał wiedzieć, gdzie była i co robiła…?
    Co noc grałem tak długo, aż niemal zasypiałem przy klawiaturze. Bałem się spać, bałem się tych snów, które były uzależniające jak narkotyk. Budziłem się i długo nie mogłem dojść do siebie, wkładałem głowę pod zimną wodę, piłem kawę w środku nocy, raz czy dwa spróbowałem odurzyć się jakimś trunkiem, ale niewiele to pomogło: ona wciąż tam była, postkoitalnie rozleniwiona, piękna w jakiś dziki, szorstki sposób.
    Czy gdybym się z nią spotkał, czy gdybym w końcu odezwał się do niej, opuściłyby mnie koszmary?
    Ale co właściwie miałbym jej powiedzieć…?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz