piątek, 30 września 2016

PIANISSIMO - rozdział 14 - interludium pl/eng


foto by D.Golik

14 - interludium

Dedykowany wybitnemu, zdolnemu, pełnemu pasji wirtuozowi - Georgijsowi Osokinsowi

     Byłem w budynku prawie zupełnie sam.
     Zaspany woźny tylko skinął mi głową, bez słowa podał klucz, a ja w milczeniu odebrałem go z jego dłoni. Nikt już nawet nie próbował mnie zagadywać, wszyscy przyzwyczaili się do tego, iż nie mam ochoty komunikować się w żaden sposób. Nie miałem nic do powiedzenia, nie miałem ochoty z nikim się integrować, chciałem, by cały ten szum wokół mojej osoby umilkł choć na chwilę.
  Fortepian, oświetlony z góry zbyt wąskim snopem niewyregulowanego spotlighta, zdawał się żyć, oddychać, jakby był przyczajonym do skoku, zaspanym drapieżnikiem. Szedłem powoli wzdłuż rzędów krzeseł, wskoczyłem na scenę, podszedłem do niego niespiesznie, jakbym faktycznie mógł go zbudzić. Pogłaskałem pokrywę klawiatury, uniosłem ją z cichutkim jękiem zawiasów i stuknięciem drewna o drewno, obnażyłem klawisze i nagle instrument zdał się do mnie uśmiechać.
   – …Witaj… – wyszeptałem ochryple, a mój głos, którego brzmienie znałem z dawnych, dawnych czasów, uniósł się pod sufit, w moich uszach brzmiał jak krzyk. – Odpowiadasz tylko wówczas, gdy cię zapytam… Mówisz tylko to, co chciałbym usłyszeć… – pogłaskałem wieko, uniosłem je, podparłem, po czym złożyłem dłonie na strunach, jakbym wkładał je w paszczę okiełznanej bestii. – Twój głos jest moim głosem, jedynym, jaki chcę dawać światu…
     Znaliśmy się. Rozumieliśmy się. Tylko ten instrument mógł dać mi ukojenie.
   Usiadłem na ławce, na której nikt oprócz mnie nie siadał, położyłem prawą stopę na pedale i złożyłem dłonie na klawiaturze, nie wydobywając dźwięku. Przez długą chwilę siedziałem bez ruchu, z opuszczoną głową, wpatrując się w białe i czarne zęby klawiszy zza opadających na oczy włosów. Słyszałem tylko swój własny oddech i bezgłośne tchnienie fortepianu przede mną, który zdawał się czekać na to, aż moje dłonie go ożywią, aż pozwolę mu przemówić.
     Zagrałem.
   Wydobyłem z instrumentu najcichsze pianissimo, niewiele głośniejsze od westchnienia, delikatny akord w środkowym rejestrze, pozwoliłem mu wybrzmieć i dopiero po dłuższej chwili dodałem basowe uderzenia, miarowe, jak bicie serca. Lewa dłoń opadała systematycznie na klawisze, prawej pozwoliłem na leniwą improwizację, przybierającą stopniowo na szybkości i wolumenie. Nie planowałem grać niczego konkretnego, urywki chopinowskich nokturnów, koncertów Rachmaninowa, jakichś lisztowskich etiud, wszystko to topiło się pod moimi palcami w masę dźwięków, w której po chwili nie można już było rozpoznać żadnego konkretnego utworu.
    Miałem wrażenie, że te dźwięki, te nuty, połączone są jakimiś niewidzialnymi nićmi z moją twarzą, że nie panuję nad jej wyrazem, że szarpią moim sercem, moją duszą, że zaciskają mi szczęki, zamykają oczy i rozchylają usta. Roztapiałem się w nich, a one roztapiały się we mnie, byliśmy jednością, utkaną z tej samej materii, która nie była już ani ciałem, ani dźwiękiem, lecz cudowną fuzją tych dwóch elementów.
   Grałem coraz bardziej szaleńczo, wykonując karkołomne arpeggia i pasaże z zadziwiającą nawet mnie samego szybkością, nagle przeszedłem do złożonych akordów, które podrzucały dziko moimi dłońmi, aż w końcu kanonada szalonego fortissimo sprawiła, że podłoga pod instrumentem zadrżała, deski zaskrzypiały, a ja, zasapany i mokry od potu miałem wrażenie, że nigdy już nie będę w stanie przestać, nie będę w stanie się zatrzymać, że za moment umrę i zniknę, roztopiwszy się w tej ogłuszającej, dysharmonijnej muzyce.
    Uniosłem gwałtownie dłonie, echo przerwanego nagle akordu brzmiało jeszcze przez chwilę lub wieczność.
    A potem zapadła cisza, w której rozbrzmiewał jedynie mój przyspieszony oddech i dudniło moje serce.
     Byłem w tamtej chwili zupełnie, absolutnie sam.

PIANISSIMO – chapter 14 interlude
Dedicated to the passionate, wonderful, prodigy piano player – Georgijs Osokins.

     I was practically alone in the building.
     The door of the concert hall made no sound when I opened it.
    The grand piano, lit from the ceiling by a narrow beam from the poorly adjusted spotlight, seemed to breathe, as if it was a huge, sleepy predator, always ready to spring forward. I was walking by the rows of chairs, I jumped on the stage, came to the instrument slowly, as if I could really wake it up. I slid my hand on the key lid, lifted it with a minute yawn of the hinges and a clack of wood knocking on wood. The keys seemed to smile at me.
    "…Hello…" I whispered coarsely and my voice, which sound I had known a long, long time ago, went up and sounded like a scream in my ears, "You answer only when I state a question… You say only the things I want to hear…," I patted the lid, opened and supported it with the rod, and then I put my arms inside, touching the strings, as if putting my hands into the mouth of some tamed beast, "Your voice is my voice, the only one I want the world to hear…"
   We knew each other. We understood each other. Only this instrument could put me at ease.
     I sat on the bench that nobody else sat on, I put my right foot on the pedal and my hands on the keys without drawing a sound. For a long moment I sat motionless, my head bowed down, looking at the black and white teeth from behind the hair falling into my face. I was listening to my own breath and the soundless breath of the piano in front of me, waiting for my hands to enliven it, to let it speak.
     And play I did.
    I drew the most delicate pianissimo out of it, not lauder than a sigh, the gentle middle chord, I let it die out and only then added some bass pulse, steady as a beating of a heart. My left hand was going up and down in the throbbing rhythm, I let my right hand improvise, gaining the speed and the volume. I haven't planned to play anything in particular, the pieces of Chopin's nocturnes, Rachmaninoff's concertos, some Liszt's etudes, all those melodies melted under my fingers into the mass of sounds in which no piece was recognizable anymore.
     I felt those sounds to be bound with my face by some invisible threads, making me lose control over it, pulling my heart, my soul, clenching my jaws, closing my eyes, opening my lips. I was melting in those sounds and they were melting in me, we became one, we were made of the same matter that was no longer flesh nor sound, it was the miraculous fusion of both.
   I was playing more and more madly, producing impossible arpeggios and passages with the speed that astonished me, then suddenly I changed to complex chords which made my hands jump wildly, the furioso canonade made the floor shudder, the boards crack and I, breathing heavily and drenched in sweat felt like I was unable to stop, to break free, that in a moment I would die and disappear, dissolving in that deafening, disharmonic music.
    I lifted my arms abruptly, the echo of the broken chord was resounding for a while or for eternity.
    And then the silence fell, in which I could hear only my fast breath and my pounding heart.
     I was completely, absolutely alone in that moment.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz