sobota, 10 września 2016

PIANISSIMO - rozdział 3





3
 
     Czasami zastanawiam się nad tym, jak to się stało, że z zakonnika przeobraziłem się w salonowego lwa i koncertującego pianistę w ciągu zaledwie kilku miesięcy…? Było to chyba spowodowane wcześniej niezaspokojoną ciekawością świata, która narastała we mnie przez wszystkie lata odosobnienia, zamknięcia w nie znoszącym niedociągnięć i pomyłek świecie muzyki. Często tak właśnie o sobie myślałem: byłem muzycznym mnichem, którego posługą było dbanie o to, aby świat wokół był idealnie nastrojony. Dopóki ktoś nie powiedział mi, że mam talent, nawet nie przyszło mi to do głowy. Owszem, słyszałem przecież ćwiczących uczniów i zdawałem sobie sprawę z tego, że potrafiłbym zagrać te wszystkie utwory lepiej, nigdy jednak nie przyszło mi do głowy, żeby spróbować. Od dziecka wpajano mi, że największą cnotą człowieka jest skromność i to przekonanie tkwiło we mnie głęboko, niepodważalne, nienaruszalne, jak dogmat.
    Aż do tamtego dnia, w którym stara nauczycielka stanęła w progu sali i wysłuchawszy mnie stwierdziła, że będę gwiazdorem najznamienitszych sal koncertowych tego świata.
   Jej przepowiednia szybko się ziściła, mnie zaś przyjęto do akademii muzycznej i oddano pod opiekę najwybitniejszych profesorów, którzy mieli zająć się przygotowaniami do konkursu. Wokół mnie zaczęli pojawiać się dziennikarze, musiałem więc zacząć mówić. Im mniej jednakże mówiłem, tym więcej ludzi kręciło się wokół mnie, a ich uwaga syciła moją uśpioną dotąd próżność.
   Czułem, że się zmieniam, że poddaję się presji otoczenia, że oprócz muzyki coś jeszcze staje się dla mnie ważne: to, jak widzą mnie inni i fakt, że mnie podziwiają.
    Przepoczwarzałem się. Byłem jak dziecko, które dostosowuje się w ciągu chwili. Nie wiedziałem nawet, czy mi się to podoba, czy nie, po prostu brałem wszystko, co mi dawano. WSZYSTKO, tak bardzo głodny byłem świata. Odkryłem to pragnienie w chwili, gdy po raz pierwszy usłyszałem: "Będziesz wielki".
   I choć nie mówiłem tego głośno (bo przecież w ogóle się nie odzywałem), czułem, jak się zmieniam. Mój umysł wypełniał medialny bełkot, pełen hymnów ku mej chwale. Zanim się spostrzegłem, stałem się regularnym bywalcem salonów, przedstawiano mi jakichś marszandów, mecenasów, pojawiały się coraz to nowe zaproszenia na koncerty. Zostawiałem to wszystko moim nauczycielom, zasłaniając się potrzebą ciągłych ćwiczeń. W głębi duszy byłem jednakże coraz bardziej podniecony swoim nowym, gwiazdorskim imagem.
   Gdy stopniał ostatni śnieg i znowu zacząłem dawnym zwyczajem dużo spacerować po mieście, po raz pierwszy w życiu zacząłem nie tylko słyszeć świat, ale i go dostrzegać.
    Zdałem sobie z tego sprawę wówczas, gdy zauważyłem ją w tłumie.
     Piekielnie ruda.
   Te słowa wybuchły w mojej głowie na widok burzy rudych włosów, która nagle przyciągnęła mój wzrok.
   I wówczas na moment, tylko na chwilę, usłyszałem ciszę, zapatrzony w falującą z każdym krokiem pelerynę ognistych loków, która pojawiła się w tłumie jak gorejący stos, gorejący krzew i miałem wrażenie, że świat wokół zamarł i zamilkł, gdy tak wpatrywałem się w tę pomarańczową plamę, podobną wschodzącemu już dość wcześnie, wiosennemu słońcu.
     Po chwili tłum połknął tę kobietę, a ja stałem jak wryty, po raz pierwszy w życiu głuchy na wszystko.
    Zniknęła tak nagle, jak się pojawiła, ale wizja tych przepięknych, płomieniście rudych włosów zaczęła prześladować mnie w snach. Budziłem się żenująco podniecony, nieraz w splamionej pościeli, a przecież były to tylko kobiece włosy, nawet nie widziałem jej twarzy.  Dotychczas jednakże nie odczuwałem potrzeby snucia erotycznych fantazji, okres dojrzewania nadszedł i minął jakby poza mną, nawet nie zauważyłem, kiedy z cherlawego chłopaczka przeobraziłem się w – co tu kryć – dość cherlawego mężczyznę. Jeśli było we mnie coś, co identyfikowało mnie jako samca, nie odczuwałem tego, Jeśli było coś, co sprawiało, że komukolwiek mógłbym wydać się fizycznie atrakcyjny, nie zdawałem sobie z tego sprawy. Dopiero widok tej kobiety zbudził we mnie coś, o istnieniu czego nie miałem nawet pojęcia.
     Przestałem robić postępy w grze.
   Zaniepokojeni nauczyciele polecili mi w przerwach między ćwiczeniami słuchać różnych interpretacji utworów Chopina. Robiłem to, owszem, i zapamiętywałem każdą nutę, jednakże muzyka jakby straciła dostęp do mego serca. W moim umyśle rozbrzmiewały melodie komponowane z ruchów jej nieważkich włosów, układające się w rytm jej kroków.
    Codziennie chodziłem w miejsce, w którym ją zobaczyłem, jednakże więcej się nie pojawiła.
     Pewnego mglistego, późnowiosennego poranka, spacerowałem opustoszałą ulicą, ze słuchawkami w uszach. Nie dostrzegałem zaspanego świata odbitego w kałużach, wsłuchiwałem się w rytm własnych kroków, a przez moje myśli przepływała jakaś ruda, celtycka melodia, ruda jak ona…
    Zatrzymałem się w ostatniej chwili, instynktownie unosząc głowę na odgłos wrzeszczącej na mokrym asfalcie opony.
     Motocykl wyminął mnie, chwiejąc się niebezpiecznie, przez ryk silnika dosłyszałem rzucone wściekle: "KUUURWAAA!" i maszyna stanęła jakieś dziesięć metrów przede mną.
     – Jak łazisz, patałachu?? – wrzasnął kierowca, po czym szybkim ruchem zdjął kask.
      Zamarłem.
   Spod lśniącego, czarnego plastiku wysypała się kaskada ognistorudych włosów.
     Kobieta spojrzała na mnie zmrużonymi oczyma.
     – Ja pierdolę…! – szepnęła, jednak mimo słuchawek na uszach usłyszałem ją aż nazbyt wyraźnie. – Prawie skasowałam największą nadzieję polskiej pianistyki…!
     To była ona.
     I znała mnie.

3 komentarze: