poniedziałek, 12 września 2016

PIANISSIMO - rozdział 4

 
4


     Coś mówiła.
     Ja jednakże nic nie słyszałem.
   Patrzyłem na jej twarz i przez bardzo długą chwilę zastanawiałem się, co było z nią nie w porządku…? Coś było cholernie nie tak, ale nie potrafiłem określić co, ponieważ gestykulowała wściekle, pokrzykując, potrząsała tańczącymi na wietrze włosami, a ja patrzyłem na ten spektakl jak zahipnotyzowany, jakbym po raz pierwszy w życiu zobaczył drugiego człowieka.
     Jakbym po raz pierwszy w życiu zobaczył kobietę.
    Można powiedzieć, że w istocie tak było. Oczywiście, ciągle otaczali mnie jacyś ludzie, ale ja zupełnie nie zwracałem na nich uwagi. Zapamiętywałem tembr głosu, treść wygłaszanych do mnie słów, ale gdybym miał opisać któregokolwiek ze swoich rozmówców, miałbym z tym ogromny problem. Zapamiętałem oczywiście, jak nazywało się to zaburzenie: prozopagnozja. Dla mnie wszystkie twarze wyglądały jednakowo, albo raczej równie dobrze mogłoby w ogóle ich nie być.
   Tymczasem w tamtej właśnie chwili mój umysł zaczął rozpoznawać i zapamiętywać każdy najdrobniejszy szczegół jej oblicza: wywinięte w górę, złotawe rzęsy (oczywiście, że się nie umalowała, w końcu wybrała się na poranną przejażdżkę motocyklem, po co miałaby się malować?), deseń bladożółtych piegów na nosie, ostry podbródek, który drżał, gdy wygłaszała swoją tyradę.
    I oczy.
    To było to.
  Wyglądała jak pieprzony husky: jej lewe oko było bladoniebieskie, prawe – orzechowe. Próbowałem uchwycić jej spojrzenie, ale patrzyła na przemian przeze mnie i ponad moją głową, miałem wrażenie, że było jej wszystko jedno, czy w ogóle jej słuchałem.
     Nie oczekiwała przecież, że w ogóle się do niej odezwę.
   – Przepraszam… – rzekła w końcu, spoglądając mi prosto w oczy. – Ty… pan w ogóle się nie odzywa, nie wiem, dlaczego oczekuję, że odpowie pan coś na słowotok wariatki, która przed momentem nieomal rozjechała pana na ulicy.
   Nieomal… jakie piękne słowo! Chyba nigdy wcześniej nie słyszałem go wypowiedzianego na głos!
   Zamilkła, a ja przeniosłem wzrok na jej blade usta i głośno przełknąłem ślinę.
   Jej dolna warga zbiegała w dół, jakby ktoś pociągał ją w dół za niewidzialną nitkę. Nie zauważyłem tego, gdy gadała jak nakręcona. Coś we mnie drgnęło, po plecach przepełzł lodowaty dreszcz gdy uświadomiłem sobie, że musiał to być mechaniczny uraz, jakieś cięcie sprzed lat.
   Chciałem coś powiedzieć, ale nie byłem w stanie wykrztusić ze ściśniętego mieszaniną podekscytowania i jakiegoś nagłego lęku gardła ani słowa.
   Zauważyła mój nachalny wzrok i pospiesznie nałożyła kask, opuszczając szybkę.
   – Jeszcze raz przepraszam. – Dobiegło do mnie jak ze studni. –  Ale proszę być bardziej uważnym. Nie tylko ja liczę na to, że znajdzie się pan w gronie laureatów. Nie mam oczywiście złudzeń, że wygra pan ten konkurs, niemniej jednak życzę powodzenia.
    Silnik zawył, tylna opona zabuksowała i maszyna rozmyła się w krwistoczerwoną smugę, unosząc ją ze sobą, a ja zostałem na środku jezdni jak jakiś idiota, próbując wykrztusić z siebie choć słowo. Musiałem wyglądać jak wyciągnięta z wody ryba.
   Wszedłem na chodnik, po czym przysiadłem na krawężniku, ukrywając twarz w dłoniach. Była tak blisko, a ja po prostu pozwoliłem jej odjechać! Zjawiła się jak jakiś Aniołek Piekieł, odziana w skórę od stóp do głów, zamachała grzywą włosów, opieprzyła mnie chropawym, niskim głosem, po czym zniknęła, a ja miałem wrażenie, że zabrała ze sobą moją duszę, tę samą, w której istnienie tak szczerze wątpiłem, że powiozła ją do piekła.
Świat znowu rozmył się w pozbawioną konturów plamę, stał kłębowiskiem dźwięków, które sprawiały mi nieomal fizyczny ból.
    Nieomal…
   Wróciłem do mieszkania i zasiadłem do fortepianu, ale miałem wrażenie, że moje dłonie są zrobione z drewna. Dotykałem klawiszy, próbując uchwycić w melodii jej twarz, opisać ją dźwiękami, ale nie byłem w stanie tego zrobić. Przez mój umysł jak slajdy przemykały obrazy jej napiętego od emocji czoła, niesamowite oczy, jakby wyjęte z dwóch różnych głów, zdeformowane usta, które przez swoją niedoskonałość wydawały się szczególnie interesujące i ponętne. Nie potrafiłem przegnać z umysłu obrazu jej twarzy, jedynej, poza własną, która stałą się dla mnie wyraźna, która przynależała do konkretnej osoby: do kobiety z moich snów.
    Wysłałem do profesora wiadomość, że źle się czuję i nie będę tego dnia grał.
   Zasłoniłem szczelnie okna i zasiadłem do instrumentu, zdecydowany grać tak długo, aż muzyka zagłuszy wszystko inne, przepędzi z mojej głowy obraz jej twarzy. Nie miała złudzeń co do mojej wygranej? No to zamierzałem jej pokazać, na co mnie stać!
     Czy istniał jakikolwiek sposób na to, żeby ją odnaleźć…?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz