wtorek, 13 września 2016

PIANISSIMO - rozdział 5



5

     Sala była wypchana po brzegi i choć klimatyzacja schłodziła wnętrze na tyle, że upał panujący na zewnątrz nie przesiąknął do wnętrza budynku, miałem wrażenie, że jestem na szczycie jakiejś wysokiej góry, albo w kosmosie, gdzie powietrze jest rzadkie i nikogo nie obchodzi, czy da się nim oddychać.
     Gapiłem się na swoje odbicie w lustrze i po raz pierwszy denerwowałem przed wyjściem na scenę. Nigdy wcześniej tego nie doświadczyłem, w końcu publika zawsze wyglądała jak tłum pozbawionych twarzy kukieł. Tym razem jednak czułem się inaczej dlatego, że byłem niemalże przekonany, iż ona znajdzie się wśród ludzi zapełniających zdające się nie mieć końca rzędy foteli.
     W pierwszym z nich miał zasiąść Łotwicki, człowiek, który prawie w całości pokrył koszt zakupu fortepianu, na którym tak zawzięcie ćwiczyłem do przesłuchań, a mając gest oligarchy nabył przy okazji kilka pianin, harfę i parę blaszaków, mających zastąpić wysłużone puzony i tuby w orkiestrze dętej. Rektor robił się przy nim zawsze jakiś taki malutki, jego głos się zmieniał, nabierając służalczego echa po każdym łagodnie wypowiedzianym słowie.
     Nie dbałem o to wszystko.
   Nagle sława i chwała, w których już zamoczyłem stopy, a niedługo miałem zacząć pławić się łącznie z głową, zupełnie przestały mieć znaczenie. Wizje koncertów na całym świecie, nagrań z najlepszymi orkiestrami, wszystko to stało się nieważne. Liczyło się tylko to, by udowodnić JEJ, że mogę wygrać ten cholerny prestiżowy konkurs.
    Moja twarz była blada, sinawa wręcz. Wyglądałem jak ktoś, kogo całe życie trzymano w piwnicy: wodniste oczy o nieokreślonym kolorze, rozszerzone źrenice, jak u ćpuna, wiecheć za długich, kruczoczarnych włosów, za którymi kryłem się na scenie. Wyobrażałem sobie zawsze, że jestem zupełnie sam, bezpiecznie skryty za swoim milczeniem. Przemawiałem muzyką i nie zamierzałem tego zmieniać. Jednocześnie czułem, że wkrótce będę musiał to zrobić, nie mogłem wiecznie udawać niemego geniusza.
     Obcasy moich lakierek stuknęły na stopniach, wszedłem na scenę przy wtórze szemrania tłumu, przy akompaniamencie pochrząkiwań, jakichś odkaszlnięć, szeleszczenia programów. Nie potrafiłem pojąć tego fenomenu: dlaczego ludzie zawsze hałasowali wówczas, gdy muzyka cichła? Dlaczego zawsze ktoś potrafił spieprzyć najlepsze pianissimo?
     Patrzyłem wprost na klawiaturę, otwartą i wyszczerzoną jak zęby jakiegoś morskiego potwora. Usiadłem, ławka zaskrzypiała, podkręciłem siedzenie w górę.
     I wtedy kątem oka dostrzegłem czerwoną plamę w pierwszym rzędzie.
     Była tu.
    Z trudem opanowałem odruch przekręcenia głowy i spojrzenia na nią. Dłonie mi zadrżały, zapomniałem, jaki utwór miałem za chwilę wykonać. Wszystko zamilkło, a ja przez moment miałem wrażenie, że nie wiem, do czego służy potężny instrument stojący przede mną. Poczułem pot skraplający się nad górną wargą.
     Miałem jej coś jednakże udowodnić, prawda?
     I udowodniłem.
     Tłum wiwatował, wszyscy wstali, a ja patrzyłem na swoje buty, kłaniając się i w końcu spojrzałem prosto na nią.
    Nie tylko jej włosy płonęły, miała na sobie krwistoczerwoną suknię, wyglądała spektakularnie, gorset ściskał jej talię, piersi wypływały z dekoltu nakrapianą piegami, podwójną kopułą, między mini lśnił oprawny w złoto szmaragd. Odnosiłem wrażenie, że czas stanął w miejscu, chciałem zeskoczyć ze sceny, podejść do niej, nie zważając na wiwatujący tłum i wyciągnąć ozdobę za łańcuszek spomiędzy bujnych piersi. Zamiast tego skłoniłem się ostatni raz, kręcąc przecząco głową na żądania bisu, po czym zbiegłem prawie ze sceny, uderzając kolanem o ławkę przy fortepianie.
     Zatrzasnąłem drzwi do garderoby.
     Co niby miałem zrobić? Wybiec w tłum i ją odszukać? I co dalej? Nie wiedziałbym nawet, jak rozpocząć rozmowę, nie odzywałem się do nikogo od miesięcy!
      Oparłem spocone czoło o chłodną powierzchnię lustra.
     Pukanie do drzwi było tylko kurtuazyjnym zaznaczeniem tego, że za moment ktoś wtargnie do mojego azylu.
     – Panie Julianie… – rozpoznałem szept garderobianej, jedynej osoby, której pozwalałem zbliżać się do mnie przed i po występie. – Pan Łotwicki chciałby pana poznać…
     Ale ja nie chciałem poznawać jego!
    Moje zdanie liczyło się jednak w tej kwestii najmniej, rektor przepchnął się w drzwiach obok kobiety i wyśpiewał nosowym głosem:
     – No już, panie Julianie, idziemy, nie możemy pozwolić czekać głównemu sponsorowi!
    Oczywiście, że nie, w końcu tam, gdzie liczyły się grube pieniądze, sztuka była tylko ich służebnicą…
      Szedłem na miękkich nogach, a gdy zobaczyłem czerwoną plamę obok rosłego, łysiejącego faceta o rozmytej twarzy, coś zakłuło mnie w piersi.
     – A oto i nasz wirtuoz! – Rektor przygarnął mnie do siebie, poczułem gorąco bijące od jego krągławego ciała. – Wszyscy tak bardzo wierzymy w jego wygraną!
      Ona nie wierzyła.
     – Pan Łotwicki, nasz hojny sponsor! – zapiał rektor, wchodząc na wyższe rejestry. – A to pani Irena Łotwicka! – dodał.
      Burza loków nie poruszyła się.
      – Mieliśmy już okazję się poznać, prawda, panie Kolbe?
      Patrzyłem na jej usta, na starannie zamaskowaną czerwoną szminką bliznę, na kosmetyczny retusz, który miał ukryć oszpecenie. Ja jednakże wiedziałem aż zbyt dobrze, że tam było.
      Nie odpowiedziałem.

1 komentarz: