środa, 14 września 2016

PIANISSIMO - rozdział 6




6

     Że też dałem się namówić na ten upokarzający kabaret!
    Od dwóch godzin siedzieliśmy w najdroższej restauracji, przy najlepszym, dyskretnie oddzielonym od reszty sali stoliku, a pod nasze nosy co rusz wjeżdżały coraz to bardziej wymyślne potrawy, których większości składników nie potrafiłbym nazwać.
    Rektor, Łotwicki i jego urocza towarzyszka pogrążeni byli w ożywionej rozmowie, która zapisywała się gdzieś z tyłu mojej głowy, jednak starałem się nie skupiać na jej mało znaczącej treści. Konwersowali o planach, o sukcesach, o pieniądzach. Wszyscy troje byli już nieźle wstawieni, a Irena Łotwicka co chwilę wybuchała niewymuszonym, perlistym śmiechem, zupełnie nie przejmując się tym, że cała sala ją słyszała.
    Bogacze nie dbali o takie rzeczy. W każdej chwili mogli zatkać garścią banknotów wszelkie protestujące gęby.
     Przez większość czasu czułem się jak jakaś maskotka, rasowy kocur, leżący na kolanach złoczyńcy w komiksie, zwierzątko do podziwiania i głaskania. Odnosiłem wrażenie, że rektor właśnie to miał ochotę zrobić, co chwilę unosił rękę w moim kierunku i cofał ją w ostatniej chwili, speszony. Jego upodobanie do młodych chłopaków znane było w całym środowisku. Gdyby faktycznie dotknął mnie z poufały sposób, wbiłbym mu widelec w oko.
      Nikt nie starał się wciągnąć mnie do rozmowy. Nikt nie spodziewał się, że faktycznie się odezwę, a ja sam nie miałem najmniejszego zamiaru dawać im takiej nadziei. Nikt nie wiedział o mojej kłopotliwej przypadłości, nikt nawet nie domyślał się, jak trudno było wchodzić w interakcje z ludźmi, których wyrazu twarzy nie dawało się odczytać.
     Mógłbym odezwać się jedynie do Ireny Łotwickiej, która jednakże zdawała się zupełnie niezainteresowana moją osobą. Owszem, spoglądała na mnie od czasu do czasu, a wyraz jej pokaleczonych ust sprawiał, iż jej twarz robiła wrażenie sarkastycznie skrzywionej. A może tylko tak mi się wydawało? W końcu cóż ja wiedziałem o wyrazach twarzy? Uczyłem się ludzkiej mimiki z komiksów!
       Poza tym nie mogłem patrzeć, jak pili sobie z Łotwickim z dzióbków! Zwracał się do niej per "kochanie", "moja maleńka", "serduszko", jakby zupełnie nie zdając sobie sprawy z niestosowności takich określeń w towarzystwie, albo po prostu miał to gdzieś, w końcu ze swoimi pieniędzmi mógł olewać wszelkie konwenanse.
       Przez cały wieczór zastanawiałem się, co ona w nim widziała? Oprócz kasy nic nie przychodziło mi do głowy. Łotwicki był zwalisty, prawie łysy, jego głos był nieprzyjemny, miał w sobie coś zgrzytliwego, jakby mężczyzna nigdy tak do końca nie przeszedł mutacji. W tym, co mówił, nie odnajdowałem niczego interesującego, jego biznes włókienniczy był nudny jak flaki z olejem, a miłość do sztuki i muzyki żadna, podyktowana modą. Nie miał pojęcia, jak skonstruowany był konkurs, tak naprawdę nie obchodziło go, jak zagram, miałem jedynie wygrać i rozsławić jego firmę jako mojego głównego sponsora.
      Czy naprawdę do tego doszło…? Nawet nie zauważyłem, kiedy stałem się produktem.
     – Pozwolą panowie, że na chwilę ich opuszczę, chciałabym zapalić. – Irena drgnęła, a ja odruchowo zerwałem się z miejsca i odsunąłem jej krzesło. – Może pójdzie pan ze mną, panie Kolbe? Pańskie towarzystwo jest tak przyjemnie… nienachalne!
      Wykonałem jakąś serię ruchów, które były mieszaniną ukłonu i uśmiechu i podążyłem za nią.
     Zdawało się, że rozstępowały się przed nią nawet stoliki, a już na pewno odwracały się wszystkie pozbawione oblicz głowy, zarówno męskie, spoglądające z pożądaniem, jak i kobiece, z zazdrością. Szła przed siebie jak królowa, z podniesioną głową, dzierżąc w dłoni maleńką kopertówkę ze złotych cekinów, jej biodra kołysały się hipnotycznie, plereza włosów poruszała się jak pod wodą. Miała rozłożyste biodra, bujne piersi, za to bardzo wąską talię, niby przedwojenna gwiazda niemego kina. Takich kobiet już się dzisiaj nie widywało. Jednak zarówno jej talia, jak i jej fryzura, mogły być tylko oszustwem, dziełem fryzjerów, stylistów, chirurgów, to nie było możliwe, aby była tak naturalnie doskonała. Nagle zapragnąłem wyłuszczyć ją z tej niedorzecznie wystawnej sukni, sprawdzić, jak ciasny gorset się pod nią ukrywał, odkleić jej sztuczne rzęsy, zmyć makijaż, żeby znowu ujrzeć blade usta i bliznę na nich.
      Poczułem chęć na zlizanie czerwonej szminki.
     Ta myśl sprawiła, że zatrzymałem się na moment wpół kroku, spanikowałem.
     Dotarliśmy tymczasem do tarasu, pustego z powodu wciąż dokuczającego upału. Powietrze było suche i gorące, nie padało od bardzo dawna.
    Oparła się o przeszkloną balustradę, otworzyła torebkę, wydobyła z niej niewielką złotą papierośnicę, z której wyciągnęła cieniutkie, brązowe cygaro i żarową zapalniczkę. Nie miałem ognia i poczułem się z tego powodu strasznie głupio, w końcu mogłem zgarnąć z baru zapałki, ona tymczasem podała mi torebkę i papierośnicę gestem, jakby odkładała ją na jakiś stolik, podpaliła cygaretkę i odebrała ode mnie swoje rzeczy. Robiła to wszystko niejako automatycznie i dopiero gdy z kopertówką pod pachą wypuściła z górę pierwszą chmurę dymu, spojrzała na mnie i rzekła półgłosem:
      – No to jak będzie, panie Julianie, odezwie się pan w końcu?
     Milczałem. Co, do cholery, mógłbym jej na to odpowiedzieć? Że miło spędza się z nią wieczór? Że fajnie się słucha ich gawędzenia? To wszystko była nieprawda, przez cały czas czułem się jak piąte koło u wozu, a fakt, że kobieta z moich snów okazała się żoną dzianego grubasa nie przydawał wieczorowi uroku!
     – Może pan milczeć, nie przeszkadza mi to. – Zaciągnęła się głęboko i wypuściła dym nosem, było w tym coś odstręczającego i fascynującego zarazem. – Wystarczająco dużo mówi pan za pomocą muzyki. Ja, w przeciwieństwie do Janusza, jestem jej zagorzałą miłośniczką. A to, co pokazał pan podczas dzisiejszego recitalu, rozdmuchało w moim sercu iskierkę nadziei.
     A jednak!
   Poczułem, że triumfuję. Do sukcesu było jednakże jeszcze daleko. Ja sam mogłem być u szczytu formy, ale szczyty pozostałych uczestników mogły okazać się o wiele wyższe od mojego.
     – Ja również grałam kiedyś na fortepianie… – Rozmarzyła się. – Ale to było dawno temu. To zamierzchła przeszłość, która już nie wróci.
     Zamierzchła…? Ile lat miała Irena Łotwicka? Mogła mieć dwadzieścia pięć, ale równie dobrze być świetnie zakonserwowaną "czterdziestką". Nie śmiałem jej o to zapytać, jak również o cokolwiek innego.
     – Czy to wszystko, co o panu piszą i mówią, to prawda? – Przechyliła głowę, patrząc mi prosto w oczy. – Czy pańska przeszłość faktycznie jest taka… mroczna? Sierociniec w środku nicości, stary fortepian, który otrzymał pan w spadku… Mam wrażenie, że to wszystko tylko sprytnie skonstruowana bajeczka, mająca opakować pański drogocenny talent w złoty papierek.
     "– A jaką ty masz przeszłość, kobieto sprzedajna?" – miałem ochotę zapytać, ale oczywiście nie uczyniłem tego.
     – Oczywiście, że mi pan nie odpowie… – Wyrzuciła niedopałek za balustradę, poszybował w dół wieżowca jak spadająca gwiazda. – Mam nadzieję jednak, że w końcu porozmawiamy. Przy następnej okazji.
     Przy jakiej następnej okazji, do cholery? Nie łączyło nas nic z wyjątkiem pieniędzy jej męża i być może miłości do muzyki, miałem jednak niejasne przeczucie, że kłamała, mówiąc o swoim romansie z fortepianem.
   W tym momencie drzwi na taras się rozsunęły i Łotwicki wkroczył pomiędzy nas, przygarniając ją do siebie gestem właściciela. Chwiał się na nogach.
    – Na nas już pora, serdeńko…! – wybełkotał, pociągając ją za sobą.
     Rektor przez chwilę drobił w miejscu, po czym ruszył za nimi, a ja zostałem sam na opustoszałym tarasie.
   Oparłem łokcie na balustradzie i spojrzałem na panoramę migającego feerią światełek miasta, sięgającą aż po horyzont. Miałem wrażenie, że słyszę, jak szepcze do mnie jej głosem.
     Miałem również nadzieję na to, że uregulowali rachunek, zanim wyszli.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz