czwartek, 15 września 2016

PIANISSIMO - rozdział 7



7

     "Mam wrażenie, że to wszystko tylko sprytnie skonstruowana bajeczka, mająca opakować pański drogocenny talent w złoty papierek."
     W dusząco suchej ciemności jej słowa odtwarzały się w mojej głowie jak zacięta płyta. Brakowało mi tchu i z każdym z trudem nabieranym oddechem, który przetaczał się przez moją tchawicę jak garść żwiru, wspomnienie przeskakiwało jak igła na zarysowanym winylu.
     "Mam wrażenie, że to wszystko tylko sprytnie skonstruowana bajeczka, mająca opakować pański drogocenny talent w złoty papierek."
      Oczywiście, że mi nie wierzyła.
     W świecie wpływów i pieniędzy o takich nędznych żywotach tylko czytało się w książkach. Turpizm mojego losu był dla niej niepojęty, tak samo, jak dla większości z nich, stałem się w ich oczach tylko egzotycznym zwierzątkiem, któremu jakieś traumy odebrały w dzieciństwie głos. Mroczne korytarze obłuszczające się z olejnej farby, pleśń za łóżkami i wyjące przeciągi, przypominające potępieńcze zawodzenie, były dla nich tylko gotycką scenografią, didaskaliami małych żyć, życiek, życiątek ludzi bez znaczenia, takich, jakim ja byłem do niedawna. Tak naprawdę moje życie i moja historia wciąż żadnego znaczenia nie nabrały i były tolerowane tak długo, jak długo pomagały osiągnąć cel: sprzedać mnie tak drogo, jak tylko się dało. Miałem pociągnąć za sobą biznes sponsora niby kometa ogon.
     Nie chciałem nad tym dywagować, ale to było silniejsze ode mnie. Udawałem przed sobą samym, że nic mnie to wszystko nie obchodzi, ale nie była to prawda. Być może faktycznie miałem gdzieś to, czy ludzie wierzyli w historię mojego życia, czy nie, jednak jej zdanie się dla mnie liczyło. Chciałem, by uwierzyła w to, że byłem prawdziwy.
     Nie mogłem spać.
     Naprzemiennie wpadałem w stan jakiejś dziwnej melancholii, a potem euforii na myśl o tym, że ją odnalazłem. Z drugiej strony pogardzałem sobą za to, że pozwoliłem się opętać tej dziwacznej fascynacji. Nigdy wcześniej nie myślałem o kobietach, nie miałem snów erotycznych, moje libido było uśpione, w ogóle nie przypuszczałem, że coś takiego istnieje. Tak jakby ten aspekt życia zupełnie mnie nie dotyczył. A tymczasem jej niski, zmysłowy głos, ogniste włosy, które potrafiłem przyrównać jedynie do piekielnych płomieni, kołysanie bioder, opiętych jedwabną suknią, wszystko to sprawiało, że przeżywałem psychosomatyczne męki.
     Byłem w tym żałosny, nie potrafiłem nawet snuć porządnych erotycznych fantazji. Wystarczająco podniecający był dla mnie fakt, iż potrafiłem przypomnieć sobie wyraz jej twarzy, dostrzec ironiczny uśmiech na jej ustach, tak cholernie intrygujących właśnie przez ich niedoskonałość. Wyobrażałem sobie, że ich dotykam, czując pod palcami ciepłe, wilgotne wargi. Czy potrafiłbym ją pocałować…? Nigdy wcześniej nikogo nie całowałem. Nigdy. Nikogo. Gdy zdałem sobie z tego sprawę, zachciało mi się płakać.
     Przewalałem się w zmiętej, przepoconej pościeli, czułem się brudny, skażony własnymi myślami. Chciałem dotykać żony innego mężczyzny, a regułka zabraniająca takiego pożądania była mi aż nazbyt dobrze znana, na równi z innymi formułkami gwarantującymi kocioł w zamian za cały wachlarz grzesznych myśli. I mimo tego, że nie wierzyłem w piekło i grzech, buzujące we mnie pożądanie sprawiało, iż czułem do siebie co najmniej pogardę.
     Sytuacja była beznadziejna.
     Pragnąłem już tylko tego, by cudza żona nauczyła mnie miłości.
    Marzyłem o tym, by prowadziła moje dłonie po swoim ciele, chciałem wydobywać z jej ust jęki, które ułożyłyby się w najbliższą mojej duszy melodię, w pieśń, której nigdy bym nie zapomniał.
     Wstałem z łóżka, czułem napięcie w całym ciele, a jego rdzeń nieznośnie pulsował pomiędzy moimi nogami. Otworzyłem okno na oścież, przypominając sobie imponujący widok, który chłonąłem jeszcze kilka godzin wcześniej. Nie pasowałem do tamtego świata, czułem się w nim jak intruz, jak ktoś, kto wtargnął na bal legitymując się fałszywym zaproszeniem.
     Mój talent nie był jednakże fałszywy. To była jedyna prawda, jaką w sobie nosiłem. Wszystko inne było pozbawione sensu, było patchworkiem nic nieznaczących dni, wszystkich jakże do siebie podobnych, koktajlem niewypowiedzianych słów, niezwerbalizowanych pragnień. Jedyna droga do ich realizacji wiodła przez zwycięstwo w konkursie.
     Na środku tej drogi, wystawiając nogę przez rozcięcie w sukni, stała Irena Łotwicka, kusicielka z piekła rodem, i – świadomie lub nie – wiodła mnie na pokuszenie. A ja nie potrafiłem zrobić nic, by się jej przeciwstawić, nic, by osłonić się przed jej urokiem.
      "Mam nadzieję jednak, że w końcu porozmawiamy. Przy następnej okazji."
     Nie przypuszczałem, że okazja do rozmowy nadarzy się tak prędko.
     Nie wiedziałem o tym, gdy zupełnie nagi zasiadałem do pogryzionego przez korniki fortepianu, by grać aż do świtu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz