niedziela, 18 września 2016

PIANISSIMO - rozdział 8




8

      Obudziło mnie pukanie do drzwi.
     Zwlokłem się z łóżka, choć nawet nie pamiętałem, abym się do niego kładł i poczłapałem otworzyć, niejasno przypominając sobie, że jeszcze do niedawna zrywałem się o piątej rano i biegłem na modły. Od momentu opuszczenia sierocińca spałem jednakże coraz dłużej, a modliłem się coraz mniej. Zacząłem również nieśmiało kosztować wyskokowych trunków, jak zeszłego wieczora, czego skutki odczuwałem boleśniej, niżbym sobie tego życzył.
      Narzuciłem na siebie wczorajszą koszulę i wyjrzałem przez wizjer, pod drzwiami stał pryszczaty chłopaczek w kurierskim uniformie i drobił nogami, jakby chciało mu się sikać. W dłoniach ściskał małą paczkę, mniejszą od urządzenia, na którym miałem się elektronicznie podpisać, żeby ją odebrać.
     – Pan... eee... – Zerknął na ekranik. – Julian Kolbe?
     Przytaknąłem.
    – Mam pan jakiś dowód? – zapytał łamiącym się głosem, a ja poczułem chęć wyrwania mu ustrojstwa i zdzielenia go nim po łbie.
     Dlaczego w tym mieście wszystkie istoty płci męskiej brzmiały tak, jakby właśnie przechodziły mutację…?
   Wycofałem się do pokoju, wygrzebałem paszport z kieszeni marynarki i machnąłem mu nim przed nosem, gryzmoląc coś plastikowym rysikiem (z którym początkowo nie bardzo wiedziałem, co zrobić) po podsuniętym ekraniku, po czym wyrwałem mu paczuszkę i zatrzasnąłem drzwi, licząc na to, że dostał nimi w pryszczatą twarz.
     Cóż, nie byłem tak rozpoznawalny, jak mi się wydawało, chociaż akurat ten dzieciak nie był chyba kimś, kto śledzi rodzimą pianistykę.
      Rzuciłem paczuszkę na stolik, nastawiłem wodę na kawę i zamknąłem się w łazience, gotów nigdy nie wychodzić spod prysznica. Gdy w końcu wróciłem do pokoju, czajnik gwizdał niemiłosiernie, aż dzwoniło mi od tego w uszach, a wody w nim zostało bardzo niewiele.
       Zalałem kawę i obróciwszy paczuszkę kilkakrotnie w dłoniach rozerwałem szary papier.
       Pakunek zawierał film DVD i odręcznie napisany liścik.
       Rozłożyłem karteczkę, pismo było równe, kaligraficzne, słowa skreślono czarnym atramentem:

      "Nie wiem, co Pan robił w nocy, ja oglądałam ten film. Myśląc o Panu.
                                                                                                               I.Ł."

     Przeczytałem wiadomość kilkakrotnie, pogładziłem palcami papier, przyłożyłem go do twarzy, wyczuwając subtelny zapach perfum. Serce biło mi coraz mocniej.
     "Myśląc o Panu. Myśląc o Panu. Myśląc o Panu. Myśląc o…"
     Irena Łotwicka oglądała po nocach filmy, myśląc o mnie.
     Przez chwilę byłem przekonany, że jeszcze się nie obudziłem.
     Uświadomiłem sobie nagle, że nigdy nie byłem w kinie, że nie mam telewizora ani odtwarzacza płyt DVD. Nie pamiętałem, bym kiedykolwiek obejrzał jakikolwiek film.
     "The PIANO"
     Byłem pianistą, który nigdy w życiu nie widział filmu o takim tytule.
     Przypomniałem sobie nagle o komputerze, który pożyczył mi profesor. Nigdy nie czułem potrzeby ani konieczności uruchomienia go, ale teraz wyciągnąłem torbę zza łóżka i rozłożyłem sprzęt na kuchennym stole. Popijając kawę uruchomiłem laptop, metodą prób i błędów odtworzyłem płytę, dziwiąc się, że poszło mi to tak sprawnie. W pewnych kwestiach, tak naturalnych i powszechnych dla innych, wciąż pozostawałem bezradny, jak autystyczny geniusz, który potrafi przemnażać trzycyfrowe liczby, ale nie potrafi samodzielnie jeść. Im częściej się nad tym zastanawiałem, tym dobitniej stwierdzałem, że w istocie rzeczy nie różniliśmy się prawie niczym.
      Zamarłem na dwie godziny.
      Później włączyłem odtwarzanie po raz kolejny, a potem jeszcze raz.
     Na stoliku stał kubek z zimną kawą, ja siedziałem półgoły przy stole i oglądałem film raz za razem, czując, jak moimi ramionami wstrząsa bezgłośny szloch.
     Przez te kilka godzin, które spędziłem na gapieniu się w ekran, świat stał w miejscu. Oglądałem film o sobie, historię, której główna bohaterka komunikowała się ze światem, grając na fortepianie. Dzięki muzyce odkryła miłość i pożądanie. Chciała odebrać sobie życie, rzucając się w oceaniczną głębinę razem ze swoim ukochanym instrumentem, spragniona ciszy i ciemności. Chyba właśnie ta scena wstrząsnęła mną najbardziej.
     Co chciała mi powiedzieć Irena Łotwicka, wysyłając ten film…? Czy to ja byłem Adą, którą zamierzała uwieść i rozkochać w sobie? Czy właśnie tak mnie postrzegała: jako kruchą, wrażliwą istotę, nie potrafiącą przemawiać inaczej, niż tylko dźwiękami muzyki…?
     Czy ja właśnie tak postrzegałem siebie?
  Zatrzasnąłem komputer, po czym przez długą chwilę przechadzałem się po pokoju, rozcierając ramiona, poruszając zesztywniałymi palcami, które przez długie godziny zaciskałem na krawędzi stołu.
     W końcu zasiadłem do fortepianu i dźwięk po dźwięku odegrałem melodie, które zapamiętałem z filmu. Grałem tak długo, aż za oknem zapadła zupełna ciemność i około północy zasnąłem przy klawiaturze, głodny i wymęczony jakąś wewnętrzną walką z samym sobą.
     Zasypiałem, marząc o tym, by rudowłosa kusicielka nauczyła mnie miłości.
     By nauczyła mnie mówić…

2 komentarze:

  1. Dobra, dobra. A potem pierwszym słowem jakie wypowie w jej obecności będzie: osz kufa!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ależ Pani Zuzanno! Naprawdę aż tak nisko mnie Pani ocenia..??? ;)

      Usuń