wtorek, 20 września 2016

PIANISSIMO - rozdział 9



9

      No cóż, nie wszystko potoczyło się tak, jak tego oczekiwałem…
     Pewne sprawy trzeba wyjaśniać, zanim powstaną jakieś błędne wyobrażenia, o które akurat w moim przypadku było nietrudno.
     Problem leżał głęboko we mnie, w moim pojmowaniu i postrzeganiu świata, których nie chciałem konfrontować z rzeczywistością. Miałem telefon, ale przeważnie leżał rozładowany, nie wiedziałem nawet gdzie; miałem komputer, ale stał za łóżkiem i nie czułem najmniejszej chęci i potrzeby uruchamiania go jeszcze wieczór wcześniej. Kontakty z ludźmi ograniczałem do minimum, z nikim nie rozmawiałem, słuchaczy obowiązywał całkowity zakaz zbliżania się do mnie przed i po koncertach, a gdy już musiałem pokazać się po jakimś występie, jak to miało miejsce z Łotwickimi, pospiesznie łykałem kilka głębszych i tylko obserwowałem wszystko wokół, chcąc jak najszybciej uciec. Cieszyłem się niezmiernie z faktu, iż ludzie nie mieli odwagi przymuszać mnie do odzywania się.
     Wokół mnie urosła legenda niemego geniusza, którego prywatności nikt nie śmiał naruszać, a dziwactwa tolerowano, skrycie się nimi podniecając. Wiedziałam jednak, że ta cisza nie potrwa długo, w dzisiejszych czasach świat szybko się nudził, szukając coraz to nowych podniet. Uczulony na technologię wirtuoz nie mógł wiecznie zadziwiać tłumów. Nie byłem przecież dzikusem, Tarzanem, którego przywieziono z dżungli do Wielkiego Miasta.
     Wiedziałem, jak funkcjonuje świat, choć nie pozwalałem mu zagonić się do owczego pędu, otaczającego mnie ze wszystkich stron. Od małego bardzo dużo czytałem, a klasztorna biblioteka nie składała się wyłącznie z sakralnych dzieł. Orientowałem się więc mniej więcej w tym, jak żyli inni, co nie znaczyło jeszcze, że sam zamierzałem żyć w podobny sposób.
     Moje mieszkanie niewiele zmieniło się przez te kilka lat: ciągle nosiłem tylko czarne ubrania, nad moim łóżkiem wisiał wiecznie podniecony swymi ranami święty Sebastian, a gra na fortepianie wypełniała wszystkie chwile, w których akurat nie spałem, nie jadłem i nie korzystałem z łazienki. No dobra, zacząłem bardziej przywiązywać wagę do wyglądu, kupiłem sobie kilka kosmetyków z najwyższej półki, raz czy dwa wybrałem się do fryzjera, żeby okiełznał moje sztywne, azjatyckie z wyglądu włosy. Chciałem się podobać, ale do momentu spotkania Ireny Łotwickiej nie wiedziałem tak naprawdę, komu.
     Jej krzywe uśmiechy, zagadkowe liściki, film, który wzruszył mnie do głębi, wszystko to poruszyło w moim sercu struny, które dotychczas pozostawały nieme. Czy gdyby nie była żoną tego odstręczającego grubasa, miałbym odwagę nawiązać z nią romans…? I w jaki niby sposób? Pamiętałem wszystkie słowa świata, jednakże nie potrafiłem skonstruować z nich koherentnego zdania, a ona sprawiała wrażenie kobiety uwielbiającej, gdy się do niej mówi, dlatego tym bardziej dziwił mnie jej związek z obleśnym włókiennikiem.
     Dlaczego w takim razie w ogóle się mną interesowała? Pewnie dlatego, że byłem całkowitym przeciwieństwem jej ideałów. Z drugiej jednak strony mogłem się mylić, w końcu NIC o niej nie wiedziałem, dorabiałem sobie ideologię, układałem w głowie całe scenariusze, bajki, których bohaterem chciałem się stać. Łotwicka była dużo starsza, wyrafinowana, bywała w towarzystwie, a ja stanowiłem tylko wygrzebany ze średniowiecznego klasztoru relikt przeszłości, której nigdy nie było, mimo tego, iż miałem na karku ledwie przekroczoną dwudziestkę. Cierpiałem jednakże na "starość duszy" właściwą sierotom, pustelnikom i geniuszom, bo w końcu za takie właśnie dziwo brał mnie cały świat.
     Byłem przekonany, że miała kochanków i zaczęły nawiedzać mnie wizje jej ciała przygniatanego ciałami plastikowych manekinów bez twarzy. Oni jednakże nie byli ważni, zaczynałem obsesyjnie pragnąć zastąpić ich w tych wizjach, stać się narzędziem rozkoszy, której w realnym świecie pewnie nie potrafiłbym jej zadać… Żałosne i naiwne były to marzenia, nie dawały mi jednak spokoju, powodowały niekontrolowane przypływy upokarzającego podniecenia, a ja zbyt mocno wstydziłem się przed sobą samym i świętym na ścianie, by sobie ulżyć. Męczyłem się jak trawiony gorączką, którą mógł zbić jedynie dotyk jej dłoni, pieszczota jej ust…
     Po kilku godzinach grania pod okiem profesora, który odetchnął z ulgą, słysząc w moich interpretacjach nowe, obiecujące echa, wyszedłem na wieczorny spacer nad rzekę. Przechadzałem się niespiesznie, obserwując leniwe cielska ołowianych chmur, wiszące nisko nad wodą. Nie zauważyłem nawet, że zaczął siąpić deszcz, słyszałem go bardziej, niż odczuwałem.
     Zmierzchało, gdy kompletnie przemoczony dotarłem pod dom.
    W strugach deszczu majaczyła czerwona plama motocykla, tuż przed wejściem do nieco odrapanej klatki schodowej. Podwórko było puste, słupki ograniczały wjazd do studni otoczonej podupadającymi kamienicami, maszyna wyglądała jak zabawka umieszczona ręką dziecka pomiędzy budowlami z klocków.
   Poczułem mdłości ze zdenerwowania, spazm podniecenia biegnący od żołądka w dół. Drzwi do klatki były niedomknięte. Moje mieszkanie znajdowało się na parterze, nikt przy zdrowych zmysłach nie targałby fortepianu wyżej. Czy weszła do środka…? A może to w ogóle nie był jej motocykl…?
     Czekała, oparta plecami o drzwi mojego mieszkania, odziana w skórę jak poprzednio, w jakiś futurystyczny, wściekle seksowny kombinezon. Właśnie ściągała kask i potrząsnęła włosami w ten porażająco podniecający sposób. Musiała przyjechać przed momentem, jak to możliwe, że nie usłyszałem silnika?
     Nie wiem, jak długo patrzyliśmy na siebie.
   – Niechże pan otwiera, do diabła, zanim oboje dostaniemy zapalenia płuc! – rzuciła w końcu, krytycznie przyglądając się mojemu przemoczonemu ubraniu.
    Drżącą dłonią włożyłem klucz do zamka, otarłem się o nią mimo tego, że odsunęła się od drzwi, robiąc mi miejsce. Przepuściłem ją w progu.
    Rozejrzała się, próbując ukryć jakiś niesmak czy zdziwienie na widok tak skromnej kwatery, uchyliła drzwi do łazienki i weszła do niej bez pytania, informując mnie przez ramię:
   – Muszę zdjąć z siebie to cholerstwo, zanim całkiem zesztywnieje od wody i zamieni się w zbroję!
     Zacząłem trząść się z zimna i zdenerwowania.
     Irena Łotwicka rozbierała się w mojej łazience, a ja stałem jak dureń w przedpokoju, ociekając wodą, spanikowany i prawie zdecydowany uciec z powrotem na ulewny deszcz.
     Co miałem, do cholery, robić??

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz