wtorek, 6 września 2016

UNDERGROUND - Epilog



EPILOG

Morgit nie żyje…
Patrzyła na księdza, automatycznie i bez uczucia mamroczącego modlitwy, jakby zapomniał, że to właśnie te zimne dłonie, leżące w trumnie dwa metry niżej, jeszcze niedawno podawały mu mszalny kielich. 
Matka Morgita łkała, wtulona w jakiegoś z daleka śmierdzącego forsą eleganta, którego Marla nie rozpoznawała. Miała na sobie niebotycznie wysokie, grzęznące w błocie szpilki, a jej fryzura była nienaganna.
Vincent i Hazela, jak aktorzy, ubrani w komże, stali obok księdza z pustymi, bladymi twarzami, trzęsąc się w lekkim delirium po odstawieniu prochów. Pearl, zmieniła się w pensjonarkę w prostej, czarnej sukience, stała w pewnym oddaleniu, jakby nie bardzo wiedziała, co za ceremonia miała tu miejsce. Ichiguro ukrywał twarz pod czarnym kapturem rozciągniętej, dresowej bluzy, opierał się o pień potężnego drzewa, w cieniu którego stał rozbebeszony rodzinny grobowiec. Z daleka wyglądał jak rozpoczęta budowla z klocków Lego. Zdawało jej się, że ogląda kadry z teledysku "November Rain", chociaż była wiosna, mimo tego, iż tak mało wiosenna tego roku.
Wszyscy ci ludzie, których Marla nie mogła i nie chciała rozpoznać przez łzy, pozbawieni przebrań i makijażu stali się zwykłymi dzieciakami, bolejącymi nad śmiercią kolegi, której nie mogli pojąć. Wyglądali tak, jakby czekali, aż Morgit wstanie z trumny i zacznie zanosić się swoim dźwięcznym, histerycznym śmiechem. Przez chwilę Marla także na to czekała, zerkając na ceremonię zza krzewów cyprysu, bojąc się, aby nie wepchnęli jej do grobu i nie zlinczowali, zakopując żywcem.
Nikt nie zadzwonił, aby poinformować ją o pogrzebie, nikt nie poszukiwał jej wzrokiem i nie zastanawiał się, dlaczego nie przyszła. Dla nich była bardziej martwa, niż Morgit, wszystko, co kiedykolwiek ich łączyło, rozpadło się w proch.
– Chodźmy stąd… – Poczuła na ramieniu rękę Lizarda. – To nie czas i miejsce dla ciebie.
Jak zwykle miał rację. Nie mogła już niczego zepsuć ani niczego naprawić.
– Żegnaj, Morgit… –  szepnęła tak cicho, aby Lizard jej nie usłyszał. Wiedziała, że wraz z tym niepokornym chłopakiem nim umarła cząstka jej, której nigdy nie miała już odzyskać.
Wraz z Morgitem umarła jej przeszłość i wszystko, co było zepsute, grzeszne i złe.
– Przepraszam, Sasza… – szepnęła i poczuła, że z całej duszy pragnie, by się nią zaopiekował, by sprawił, że za nikogo i za nic już nie musiałaby odpowiadać. 
Mógł to zrobić ale czy chciał...?
Poczuła, że szuka jej dłoni i pozwoliła wziąć się za rękę. Uniósł z jej twarz woalkę, tę samą, którą przysłoniła oblicze dawno, dawno temu, gdy kokietowała Morgita w kościele.
– To ja przepraszam, że pozwoliłem ci na to wszystko, że nie powstrzymałem cię wcześniej.
Kto to mówił...?
Lizard stanął przed nią i ukrył ją w ramionach.
Świat zniknął.
- Marla… kocham cię… – powiedział w przestrzeń.
Gdzieś już słyszała te słowa, nie pamiętała jednak, kiedy i gdzie.

KONIEC

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz