czwartek, 1 września 2016

UNDERGROUND - rozdział 13





13

Nawet nie zauważyła, kiedy w dokumencie – zamiast opisu jakiejś maszynerii kupionej na przetargu za setki tysięcy – zaczęły pojawiać się wersy z "Don Kichota". 
Nienawidziła tych technicznych zleceń! Męczyła się, wertując tomiszcza słowników, gdy nie mogła przebić się przez technologiczny żargon. Ale i tak szło jej najlepiej ze wszystkich. Kolejni zatrudniani do takich tłumaczeń "specjaliści" wykładali się na najprostszych dokumentach, które i tak koniec końców trafiały na jej biurko. Szefostwo bezradnie rozkładało ręce. Czy naprawdę w tym cholernym mieście nie było nikogo, kto sprawnie posługiwałby się technicznym żargonem… po hiszpańsku?
Pogoda była wyjątkowo nieprzyjemna, mżyło, przez co cały świat zdawał się wyprany z koloru. Zmoknięte liście smętnie zwisały z gałęzi, przygniecione ciężarem wody. A zapowiadali nikłe zachmurzenie i ewentualne przelotne opady! Dlaczego nikt nie weryfikował tych pieprzonych prognoz? Od czego były te internety i telefony? Od inwigilacji, o tym Marla była przekonana. Nie miała telewizora, nie miała komputera, wolała chodzić do kin studyjnych na europejskie produkcje nagradzane na jakichś festiwalach na końcu świata (nieraz siedziała sama w kinowej sali, wdychając tchnienie kurzu i specjalnie wiercąc się na wiekowych fotelach, aby usłyszeć skrzypienie skóry) i czytać hiszpańskojęzycznych noblistów w oryginale. O imprezach dowiadywała się z nielegalnie rozklejanych plakatów.
Kelnerka uśmiechnęła się adekwatnie do pogody za oknem i spytała, czy podać to samo co zwykle.
– Może dzisiaj łyknę coś mocniejszego, jakąś herbatę z prądem? – Marla pytająco uniosła brwi. – Tylko poproszę o prąd z herbatą raczej.
Powiodła wzrokiem za dziewczyną, aż napotkała przenikliwe spojrzenie bladych oczu, wyzierających spod wilgotnych, jasnych włosów.
Zanim zdążyła zakląć pod nosem Lizard dosiadł się do jej stolika.
– Dlaczego nie odbierasz telefonu? – zapytał cicho, bez złości. – Martwiłem się.
– Czy ja mam cholerne pięć lat? – odpaliła, opierając się na krześle. – Za kogo ty się uważasz? Za mojego tatuśka? Za starszego braciszka?
Znał już te jej zagrywki, wyżywała się na nim, bo gryzło ją sumienie i nie potrafiła sobie z nim poradzić.
– Słyszałem o Morgicie. Underground aż huczał, zanim jeszcze wstało słońce.
Marla siorbnęła łyk herbaty, którą kelnerka postawiła na stoliku, rozlewając trochę, ale nie zauważyła tego, zbyt zajęta wdzięczeniem się do jej rozmówcy. Lizard ją zignorował.
– Skoro już wszystko wiesz z pieprzonych undergroundowych plotek, to po co mnie pytasz?
– Chciałbym wiedzieć, czy to nie ma czegoś wspólnego z tobą, ale czuję, że jest coś na rzeczy.
Zacisnęła wargi, aż pobielały.
– Nie powiesz mi? Gadaj, Marla! Morgit to ćpun i utracjusz, ale był zajebistym kierowcą. Prowadził tak, jakby był zrośnięty z tym cholernym Harleyem!
Chciała mu powiedzieć. Nie chciała mu powiedzieć.
Poczuła pieczenie pod powiekami, gulę rosnącą w gardle, ale jednocześnie miała ochotę rzucić w niego szklanką.
– Dlaczego się wtrącasz…? – szepnęła zamiast tego. – Nie masz prawa…
– Marla!
Zamknęła oczy, łzy potoczyły się po jej policzkach.
– Dlaczego mnie nie słuchasz, co? – zapytał ledwie słyszalnym głosem, odszukując jej dłoń na stoliku. – Przecież tyle razy cię ostrzegałem! Mówiłem ci, żebyś pozbyła się tego szemranego towarzystwa! Po co ty im wszystkim matkujesz?
Wyszarpnęła dłoń i wstała, szurając krzesłem po podłodze.
– Zapłać za herbatę! – warknęła. – I odpierdol się ode mnie!
Wyszła, uderzając dłońmi w drzwi tak mocno, że szyba zadrżała, a kelnerka podskoczyła za barem, upuszczając jakieś sztućce.
Lizard zaklął pod nosem, przegarnął wilgotne włosy, po czym ukrył twarz w dłoniach, oparłszy łokcie na stoliku.
W takich chwilach czuł się bezsilny, a nienawidził tego. Nie chciał, by się przed nim zamykała, nie w ten sposób, nie odgradzając się murem wulgaryzmów i strzelając spektakularne fochy, jakby była jakąś małoletnią gimnazjalistką. Przez moment miał ochotę zerwać się z miejsca i wybiec za nią, ale oczywiście tego nie zrobił. Dosunął sobie szklankę z niedopitą herbatą i pociągnął łyk w miejscu, gdzie jej usta stykały się ze szkłem, zostawiając niewyraźny ślad szminki.
Nie potrafił rozgryźć tej kobiety, bo przecież dziewczyną już od dawna nie była. Dlaczego zdecydowała się na samotność? Dlaczego tak troskliwie pielęgnowała swoje fobię, manie i dziwactwa? Dlaczego nigdy z nikim nie ułożyła sobie życia? Przecież była diablo inteligentna, wykształcona, do tego tak idealnie piękna, że jej uroda oscylowała gdzieś pomiędzy niewinnością i wulgarnością, w idealnym balansie między nimi. Tak bardzo lubił patrzeć w jej wielkie, mroczne oczy, tak bardzo lubił wyobrażać sobie, że pozwala mu całować wydatne, cudownie wykrojone wargi! Od czasu do czasu masturbował się, wyobrażając sobie, że zagłębia kutasa między jej dużymi, jędrnymi cyckami. Potem wstydził się jak chłopaczek, wstydził się tych wszystkich "kutasów" i "cycków", brzydził się lepkości swojej dłoni w sekundę po tym, gdy przestawały trząść nim spazmy. Pogardzał sobą w takich chwilach, słysząc w głowie rechot ojca, który chyba strzeliłby go po pysku, gdyby dowiedział się, że jego syn robi sobie dobrze ręką, zamiast kupić usługę najdroższej dziwki.
Ten irracjonalny afekt robił z niego bezradnego uczniaka, tak, jak teraz, gdy siedział w kawiarni, dyskretnie zlizując ze szklanki ślad zapachu jej ust.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz