piątek, 2 września 2016

UNDERGROUND - rozdział 14





14

Stała przed szpitalem pozwalając, by deszcz zimnymi strugami spływał jej za kołnierz. Marynarka oversize kompletnie przemokła i lepiła się do jej ciała niby pokutny wór, makijaż spływał szarymi smugami po policzkach. Część rzęs odkleiła się od lewej powieki. Czy ci wszyscy faceci, gapiący się jak cielaki w jej oczy wiedzieli, że doklejała sobie sztuczne rzęsy…? Pewnie nie, biorąc pod uwagę fakt, iż nie widzieli różnicy między pończochami i rajstopami, między spódnicą a sukienką. No chyba, że podczas zdejmowania z niej rzeczonych części garderoby.
Zmierzchało.
Już dawno nie było odwiedzin, zresztą i tak nikt nie wpuściłby jej na oddział intensywnej terapii.
Czy obrażenia Morgita faktycznie były aż tak poważne…? Czy rzeczywiście miał do końca życia nie wstać z inwalidzkiego wózka? Jakoś nie potrafiła wyobrazić sobie jego twarzyczki przeoranej odłamkami plastiku, startej na asfalcie jak na tarce…
A może to była jakaś pomyłka, koszmarny sen, z którego miała przebudzić się z krzykiem odkrywając, że Morgit drzemie obok w jej łóżku, że spędzili ze sobą noc, tak jak od dawna o tym marzyła? Bo chciała tego, prawda? Od początku tego chciała, od momentu, w którym ich spojrzenia się spotkały w dusznym od kadzidlanych oparów półmroku kościelnej nawy. Pajęczyna woalki nie zdołała przytłumić gorączki, z jaką na nią spojrzał i ten wzrok wypalił dziurę w jej sercu, albo niżej, gdzieś w trzewiach, gdzieś w cieniu kładącym się zawsze w złączeniu jej nieczułych ud.
Była "zimną rybą", wiedziała o tym. Traktowała mężczyzn przedmiotowo, wykorzystywała ich jak jednorazowe produkty, odpakowywała z ich przebrań, ich zmyślonych życiorysów, zapominając ich imiona zanim jeszcze do końca ją rozebrali. Po  wszystkim wyrzucała ich ze swojego życia razem ze zużytymi kondomami i nigdy, przenigdy nie pozwalała zbliżyć się do siebie ponownie.
W głębi duszy była jednakże romantyczką, księżniczką w tiulowej sukni, bezradnym Kopciuszkiem, kuśtykającym przez mroczne korytarze pałacu w jednym szklanym pantofelku. Morgit nie mógł przecież być jej księciem na stalowym rumaku, był na to zbyt młody, zbyt durny, przegrał życie zanim jeszcze na dobre je rozpoczął. A siedzieli przy tej partii razem i choćby najżarliwiej zaprzeczała, nic już nie mogło tego odmienić.
Morgit był stracony, byłoby chyba lepiej dla niego, żeby się zabił.
A gdyby tak podejść do jego szpitalnego łóżka i szepcząc przeprosiny udusić go poduszką…? Wówczas nie mógłby mieć do niej pretensji, nie mógłby obwiniać jej za wypadek, do którego doprowadził pod wpływem emocji po ich kłótni, przecież to było oczywiste. Zgrywał twardziela, zimnego drania, ale w rzeczywistości był łaknącym ciepła i akceptacji dzieciakiem, wychowanym przez matkę–widmo.
Mogła zeszłej nocy przytulić go do siebie, położyć do łóżka, nawet mu się oddać, mrucząc do ucha wyciszające czułości, mogli kochać się powoli i delikatnie, aż całe zło, jakiegokolwiek się dopuścili, rozpuściłoby się w odurzających, uniewinniających ich szeptach i gestach. Mogła to zrobić, a potem poprosić go, żeby przychodził codziennie, zamiast szlajać się po ulicach z kumplami, dla których nie było już żadnego ratunku. Pozwalali mu przewodzić, bo miał kasę i charyzmę, podczas gdy oni byli tylko rynsztokowymi kowbojami, uczepionymi go niby rakiety, mającej wynieść ich do lepszego życia.
Zaszłą noc już się jednakże wydarzyła i nie można było cofnąć czasu.
Zamiast oczyścić Morgita z jego grzechu w odkupiającym, miłosnym uścisku, odebrała mu jedyną rzecz, która miała dla niego jakiekolwiek znaczenie: jego pączkującą, rozbuchaną męską dumę.
Jeśli kiedykolwiek się obudzi, nigdy jej nie wybaczy.
Najlepiej byłoby, gdyby o nim zapomniała, gdyby nigdy więcej nie przychodziła pod ten cholerny szpital. Wiedziała jednak, że będzie robić to co wieczór, aż w końcu wejdzie do środka i stanie z nim twarzą w twarz.
Szła do domu w strugach coraz zimniejszego deszczu, jakby listopad przyszedł w maju specjalnie na potrzeby tej tragicznej chwili. Zdawało jej się, że obserwuje siebie gdzieś z boku, gdy tak idzie nierównym krokiem, z butami w ręku, wpadając bosymi stopami w kałuże. Bosa jak pieprzony Kopciuszek.
W jej głowie nie migał stroboskop, nie huczał industrial, zamiast tego grała jakaś smętna, smętniutka ballada, słodka jak zatykający gardło karmel, pozostawiająca jednakże gorzki posmak…

1 komentarz: