piątek, 2 września 2016

UNDERGROUND - rozdział 15 (21+)




15




Gdy dowlokła się do mieszkania, było grubo po północy.

Zrzuciła w przedpokoju mokre ubrania, stopy były przemarznięte, miała kłopot z wyplątaniem się z rajstop, porwane wlokły się za nią jak jakieś gigantyczne robale z horroru klasy B.
Wytarła się, rezygnując z prysznica, w końcu była przemoczona aż po bieliznę. Narzuciła na siebie jakieś suche ubrania i padła na łóżko, by po chwili zasnąć niespokojnym snem.
          Nie mogła dłużej myśleć o kawałkach plastiku, rozrywających gładko ogolony policzek, nie mogła myśleć o półprzejrzystym materiale, opinającym napięte muskuły na torsie i aksamitnych rękawiczkach, unoszących się rytmicznie w kłębach dymu. Poczuła na policzku ukłucie zarostu, gdy Frieda całował ją na pożegnanie i korzenny, odurzający zapach perfum Morgita, gdy obejmował ją smukłymi ramionami. Elektro demon zbyt pewny swojego toksycznego powabu i zagubiony chłopiec, któremu wydawało się, że wynagrodzi sobie oschłość matki, zaliczając kolejne panienki.
Podeszła do automatycznej sekretarki i nacisnęła odtwarzanie widomości. Raz, drugi, potem kolejny. "Biiip! Marla… Kocham cię… Biiip! Marla… Kocham cię… Biiip! Marla…"
W jego głosie była tylko rozpacz, bezradność dziecka zagubionego w ciemności. Włączyła przycisk powtarzania i położyła się, celowo zadając sobie tę pokutę, po której nie miało być rozgrzeszenia. Czas i miejsce zniknęły, były tylko jego ostatnie słowa.
Obudziło ją walenie do drzwi. 
Sekretarka nadal odtwarzała wiadomość od Morgita, wyłączyła ją, idąc do przedpokoju. Nie miała ochoty z nikim się widzieć, chyba już nigdy, jednak walenie było natarczywe i głośne, niosące się echem po cały mieszkaniu.
Wizjer był zasłonięty.
– Kto tam? – warknęła z ręką na klamce, wciąż półprzytomna i wściekła, że ktoś tak brutalnie wyrwał ją ze snu.
– Hipopotam! 
Rozpoznała głos Hazeli i uspokoiła się, ale spokój prysnął, gdy uchyliwszy drzwi poczuła, jak pchnięte od zewnątrz odrzucają ją na ścianę. Zdążyła pomyśleć tylko, że musieli przyjść na piechotę, gdyż warkot silników z pewnością by ją obudził.
– Cześć, Marla! – Vincent zatrzasnął drzwi i przekręcił zamek.
Hazela zdążył opróżnić dzbanek z jej porannej, zimnej kawy. Byli pijani i naćpani, dawno nie widziała ich w takim stanie. W stanie, w którym mogli zrobić wszystko. Wyglądali i zachowywali się tak, jakby od wczoraj nie zmrużyli oka i z pewnością tak było. Coś jednak zaniepokoiło ją bardziej, niż ich chwiejny krok. Patrzyli na nią inaczej, niż zwykle, patrzyli tak, jak chciała tego kiedyś, jak na swoją ofiarę, o której względy nie zamierzali zabiegać. Nie podobał się jej ten wzrok, w jej wyobrażeniach wyglądał o wiele lepiej. To jednak działo się naprawdę.
– Morgit nie odzyskał przytomności... – Vincent oparł się plecami o drzwi. – Nigdy już nie będzie chodził, wiesz? Od pasa w dół jest sflaczały jak ścierka do podłogi.
– Nigdy mu już nie stanie! – Hazela zbliżył się do niej, w jego bursztynowych oczach płonęła wściekłość. – A tak bardzo chciał cię przelecieć, tak bardzo… – wydyszał wprost w jej twarz mieszaniną dymu tytoniowego, alkoholu i kawy. – Ciągle nam to powtarzał, ale obiecaliśmy mu, że go nie wydamy. Nie chciał, żebyś wiedziała, ale w zaistniałych okolicznościach to już nieważne, prawda, Vincent?
Ten skinął tylko głową. Rozczochrane włosy opadały mu na czoło, zakrywając oczy. Nagle chwycił Marlę za ramię i pociągnął do pokoju, rzucając na dywan. Była zbyt przerażona, żeby się bronić.
– Zdecydowaliśmy więc, że my cię zerżniemy, a potem mu opowiemy, jak tylko się obudzi! – Hazela stanął nad nią w rozkroku, rozpinając spodnie i zanim zdołała podnieść się z klęczek, Vincent chwycił ją od tyłu i unieruchomił.
Wierzgała i próbowała krzyczeć, ale zasłonił jej usta. Nic nie widziała przez łzy zalewające oczy i jego dłoń, boleśnie wpijącą się w jej policzki i usta. Czuła, że ciągną ją do sypialni, po drodze zręcznie i szybko rozbierając ze spodni i majtek. Uderzała i kopała na oślep, przeważnie trafiając w pustkę. W chwilę potem leżała na brzuchu z twarzą wciśniętą w uda klęczącego na poduszkach Vincenta, podczas gdy Hazela już rozchylał jej wierzgające nogi. Wiedziała, że nie ma szans, w końcu nie robili tego pierwszy raz.
– Nie wierzgaj, Marla, muszę przycelować… – Hazela zaśmiał się i splunął między jej pośladki. Nie mogła uwierzyć, że to się naprawdę działo, miała nadzieję, że to tylko senny koszmar, że obudzi się i…
Ból przyćmił jej jasność myślenia.
– O żesz kurwa, nie trafiłem! – Hazela zaśmiał się dziko. – A co mi tam, tak też lubię! – Zaczął poruszać się w niej, mimowolnie wbiła palce w przytrzymujące jej ręce dłonie Vincenta. – No i co, suko, do...brze... ci te...raz?!?  – skandował. – No to masz, masz! Ty bezduszna dziwko, masz!
Sapanie Hazeli przeszło w przeciągłe wycie, gdy myślała, że dłużej nie zniesie tej tortury.
– Wystarczy tej sodomii, teraz po bożemu! – Vincent puścił ją na chwilę wystarczająco długą, by Hazela odwrócił jej zesztywniałe z bólu ciało na plecy i wskoczył na łóżko.
– No, no, Marlita, nie wierć się, teraz na pewno będzie ci przyjemniej… – zachichotał Hazela i wykręcił jej ręce nad głową. Odwróciła się od Vincenta, który majstrował przy swoim rozporku, ale chwycił ją brutalnie pod brodę i obrócił twarz do góry.
– Patrz na mnie, Marla… – syknął, przygniatając ją swoim ciałem. – Patrz i wyobrażaj sobie, że to Morgit. On już nigdy tak na ciebie nie spojrzy, bo ma tylko jedno oko! – Poczuła rozbryzg śliny na policzku.
Zagryzła spieczone wargi i przestała walczyć, poddając się rytmowi ruchów Vincenta, który poruszał się niespiesznie, nie odrywając wzroku od jej oczu. Gdyby nie ból między pośladkami i w wykręconych rękach, byłoby to nawet przyjemne. Vincent zamarł i tylko przyspieszony oddech świadczył o tym, że skończył.
Marla nie czuła już nic.
– No i po robocie… – Vincent wstał.
Hazela puścił ją i niemal sturlał się z łóżka.
– Tak jak myślałem, wiele hałasu o nic – rzucił przez ramię. – No to cześć, Marla! – dodał i zatrzasnął za nimi drzwi.
Przez chwilę leżała w sponiewieranej i lepkiej pościeli myśląc, że to było właśnie to, na co zasłużyła. Powoli i niezdarnie usiadła, podciągnęła kolana pod brodę i rozpaczliwie próbowała naciągnąć na nie podkoszulek. W końcu wstała i chwiejnym krokiem podreptała do łazienki, czując stygnącą lepkość spływającą po wnętrzach ud.
Kiwała się w wannie pełnej gorącej wody w przód i w tył, jak osierocone dziecko, ciągle kurczowo przyciskając kolana do piersi. Zużyła dwie butelki szamponu i litr mydła, próbując zmyć z siebie wstyd i upokorzenie, ale wciąż czuła się brudna i śmierdząca. Gdy po godzinie wyszła z wanny, odarła z łóżka pościel i wyrzuciła ją do śmieci, szczelnie zawiązując worek. Otworzyła wszystkie okna na oścież, ale wciąż brakowało jej tchu. 
Nawet nie płakała, przekonana o odebraniu słusznej kary za swoją suczą bezduszność.
Duszkiem opróżniła znalezioną w lodówce napoczętą butelkę sherry, a gdy świat rozmył się przed jej oczami, zwinęła się na dywanie i czekała na błogosławieństwo urwania się filmu.

2 komentarze:

  1. O ja pier*ole!!!! :O :'( To było... straszne. Biedna :( Bosz mam nadzieję, że ich nalezycie ukarzesz! Skur***ny!!!! Mocne, baaardzo mocne. Już nie moge doczekać sie następnego!

    OdpowiedzUsuń