sobota, 3 września 2016

UNDERGROUND - rozdział 16





16 

Śniło jej się, że jest na imprezie i tańczy z Morgitem. 
Jego głowa była obandażowana, z ust wystawała rurka respiratora, ze zgięć łokci wężyki kroplówek, był ubrany w szpitalną koszulę, a wokół walały się resztki motocykla. Za muzykę służyło im pikanie szpitalnej aparatury, a podłoga była śliska od krwi. Zamiast stroboskopu migały światła karetki, a stojący wokół bywalcy Piekła przyglądali im się w milczeniu. Frieda brutalnie posuwał na ladzie baru matkę Morgita, a ta jęczała do wtóru aparaturze i ryła w jego plecach krwawe bruzdy tipsami. Gdzieś pomiędzy nogami ludzi plątał się pies Lizarda, zlizując z parkietu krew i miażdżąc w zębiskach fragmenty motocykla. Jedyne oko Morgita świdrowało ją jak promień lasera.
Obudziła się z niemym krzykiem na ustach, spróbowała unieść na łokciach, ale zawroty głowy i słabość ledwie pozwoliły jej otworzyć oczy. Zobaczyła nad sobą zatroskane oblicze Lizarda i usłyszała gdzieś z oddali głos Ichiguro:
– Ile ci posłodzić kawę? – pytał skrzekliwie.
– No w końcu! – Lizard pomógł jej unieść się nieco i poprawił poduszkę. Leżała we własnym łóżku, w czystej pościeli, ubrana w swoją ulubioną nocną koszulę. – Już myśleliśmy, że trzeba będzie wzywać pogotowie…
– Co się stało? – wychrypiała pokazując, że zaschło jej w ustach.
– To, co się zwykle dzieje, gdy jakaś pieprznięta baba wyłazi spod prysznica i mokra chleje na umór, po czym zasypia w kałuży własnych rzygowin przy otwartych oknach! – wyrzucił z siebie na jednym oddechu.
– O Jezu… – Marla łapczywie opróżniła podaną szklankę wody. Czuła gorączkę w całym ciele i potwornego kaca, nie wiedziała, co było gorsze.
– Jezus ci nie pomoże, durna babo! – Lizard uśmiechnął się. – Ciesz się, że Ichiguro wpadł na chwilę. Gdyby nie on, leżałabyś na intensywnej terapii obok Morgita.
Przez chwilę o nim nie pamiętała, teraz cały koszmar powrócił, zarówno ten senny, jak i realny.
– Obudził się nad ranem, jakbyś chciała wiedzieć – Ichiguro wkroczył do pokoju, niosąc kawę dla siebie i Lizarda. Ledwie go poznała bez gotyckiego makijażu i uczesanych na gładko włosów. Wyglądał prawie normalnie, jak jakiś wychudzony licealista.
– To teraz nie jest rano? – Marla podała Lizardowi szklankę, gestem prosząc o dolewkę. – Jaki dziś dzień?
– Niedziela, popołudnie. Byłaś nieprzytomna całą noc i pół dnia, czyli standardowo. – Lizard napełnił szklankę i odstawił butelkę z wodą na nocny stolik. – Doprowadziliśmy do porządku ciebie i chałupę, niezłe tu było pobojowisko… co się stało?
Milczała, siorbiąc wodę. Co miała im powiedzieć? Tak długo posyłała Świętym Chłopcom lepkie spojrzenia, że nikt nie uwierzyłby w to, że ją zgwałcili.
– Musiałam jakoś się wyżyć… – skłamała, nie patrząc na Lizarda, który dotknął jej czoła.
– Ma wysoką gorączkę – rzucił w stronę Ichiguro. – Poszukasz jakiejś aspiryny?
Ichiguro niechętnie wstał i podążył do łazienki.
– Co z Vincentem i Hazelą? – zapytała Marla, wymuszając uśmiech.
– Ty mi powiedz. – Lizard oparł się na krześle i wyjrzał przez drzwi sypialni upewniając się, że Ichiguro ich nie słyszy. – Nie widzieliśmy ich od czasu odwiezienia Morgita do szpitala. Wyszli nad ranem, niedługo po tobie. Przez cały dzień nie dawali znaku życia. A potem byli tutaj, tak?
– Nie.                                                                                     
– Nie kłam, Marla, wyrzucałem pościel, zmywałem z łóżka to, co po sobie zostawili.
Odetchnęła głęboko i zacisnęła usta, poczuła, że broda zaczyna jej drżeć, a oczy zapiekły od łez.
– Nie mogłam nic zrobić… Byli jak… jak maszyny, wszystko stało się za szybko i zbyt obrzydliwie, nie będę o tym mówić.
– Przecież tego chciałaś, czyż nie tak? – Przez twarz Lizarda przebiegł grymas na wpół uśmiechu, na wpół obrzydzenia. – Widziałem, jak na nich patrzyłaś.
– To nie tak...! – zaprotestowała gwałtownie.
– A jak, do cholery? Chciałaś z nimi prowadzić eleganckie konwersacje? Poimprezować? Nie wciskaj mi tego kitu, na niejednej imprezie widziałem, jak obserwowałaś ich ukradkiem, gdy nachalnie obracali nowo zdobyte dupy! Chciałaś być na ich miejscu i właśnie to dostałaś! Warto było?
– Ciszej! Ichiguro nas usłyszy! – syknęła przez łzy.
– Nie jest głupi, był tutaj pierwszy.
Lizard jak zwykle miał rację. Potraktowali ją tak samo, jak jedną ze swoich półświadomych ofiar. Ona jednak była świadoma, zbyt świadoma tego, co z nią wyprawiali. Teraz mogła spojrzeć na ich wyczyny w zupełnie nowym świetle, ocenić je z punktu widzenia gwałconych i poniewieranych dzieciaków, które bezlitośnie wykorzystywali. Te dzieciaki były jednak rzadko świadome tego, co z nimi robili i nie mogła zdecydować, co było gorsze, zupełna nieświadomość czy pełnia przytomności.
– Broniłam się… – bąknęła, przestając wstrzymywać szloch. – Nic nie mogłam zrobić…
– No i po co teraz ryczysz? – Ichiguro stanął w progu. – To musiało się tak skończyć! Ciesz się, że byli w miarę delikatni i nie jesteś za bardzo posiniaczona.
– Bronisz ich? – Spojrzała na niego z wyrzutem.
– Nie, po prostu stwierdzam fakt. Chcesz iść na policję? Do ich rodziców? Co im powiesz? Nic nie możesz zrobić, po prostu nie wchodź im w drogę, dopóki nie wyjaśnisz sobie spraw z Morgitem.
– Jak niby mam to zrobić? Co ja mam teraz robić?! – Łkała, szarpiąc Lizarda za rękaw czarnej koszuli.
– Trzeba było wcześniej o tym pomyśleć – odrzekł sucho. – Ostrzegałem cię przed nimi, ale nie słuchałaś. Ufasz bezgranicznie tym młodocianym wariatom, którymi się otaczasz, bez urazy, Ichiguro, więc teraz ponoś konsekwencje.
– Nie pomagacie mi takim gadaniem! Czy nikt nie widzi, jak ja w tym wszystkim cierpię?
– Taaaa… – Ichiguro prychnął. – Spadam stąd. Wykuruj się, pogadamy, jak dojdziesz ze sobą do ładu. I nie użalaj się nad sobą, to nie ty straciłaś władzę w nogach i najlepszego kumpla, więc odpuść sobie robienie z siebie ofiary.
Wyszedł, trzaskając drzwiami.
Już drugi raz próbowała zrobić z siebie nieszczęśnicę, najpierw przed matką Morgita, teraz przed nimi. Chciała być bardziej pokrzywdzona, niż Morgit, niż jego matka, niż jego kumple. Chciała, by świat nad nią zapłakał, nic takiego nie miało się jednak zdarzyć.
Lizard patrzył na nią z pustą twarzą.
– Co mam teraz zrobić? – spytała bezradnie, podnosząc na niego załzawione oczy. Czuła zawroty głowy, jego twarz rozmywała się.
– Przede wszystkim dojść do siebie. Musisz poleżeć, nabrać sił, wyzdrowieć. To cud, że nie dostałaś zapalenia płuc. Zostanę z tobą, a jak lepiej się poczujesz, zdecydujesz, czy porozmawiać z Morgitem.
Zamknęła oczy. Świat wirował, było jej niedobrze z głodu, na przemian pociła się i dostawała dreszczy. Nie wiedziała, czy minęły godziny, dni, czy tygodnie. Lizard karmił ją, przebierał, odprowadzał do łazienki, wkładał i wyciągał z wanny jak oddany pielęgniarz. I choć ciągle był przy niej, nie myślała o nim. Zbierała siły, by spojrzeć w oczy, a raczej w jedyne ocalałe oko Morgita i powiedzieć mu, że… no właśnie, co mogła mu powiedzieć? Wiedziała, że będzie to najtrudniejsza rozmowa w jej życiu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz