niedziela, 4 września 2016

UNDERGROUND - rozdział 18




18

Wysiadła przed domem, jednak nie weszła do mieszkania, włóczyła się po ulicy, zanim nie zapadł zmierzch, a potem skierowała się do Hadesu, na cykliczną imprezę, na którą zapraszał ją Frieda. Ciekawe, którą panienkę przeleciał na zapleczu, rozczarowany jej nieobecnością przed tygodniem? A może sobie schlebiała...?
Tak, jak się tego spodziewała, już tam był, odziany w najpotężniejsze kolce i najbardziej ażurowe siatki, jakie dotychczas na nim widziała. Podeszła do baru i jeszcze raz ukradkowo spojrzała w jego stronę, przypominając sobie, że nie jest ukryta pod bezpieczną maską okularów i makijażu.
Coś jednak się nie zgadzało. Ludzie, z którymi rozmawiał, nie wyglądali tak, jak powinni, nie mieli ogolonych głów i opiętych lateksem ciał, ubrani byli w skórzane kurtki i wytarte jeansy. Zanim ich rozpoznała, wszyscy trzej podeszli do niej. Frieda nie uśmiechał się tak, jak ostatnio.
– No, no, no, kogo my tu mamy…? – Hazela zaszedł ją od tyłu. – Marla! Kto by się spodziewał… Ty? W takim miejscu? – Zarechotał, a ona poczuła, że za moment wydarzy się coś bardzo, bardzo złego, o ile w ogóle mogło ją spotkać jeszcze coś gorszego z ich strony.
– Przyszłaś się zabawić? – Vincent dmuchnął jej w twarz papierosowym dymem. – Nie wystarczył ci ostatni raz? Wolisz ostrzejsze klimaty? Kajdaneczki? Pejcze?
Frieda patrzył na nią beznamiętnie.
– To jest Marla? – zapytał w końcu, bardziej ją, niż Świętych Chłopców. – TA Marla?
– To jest TA Marla, która zrobiła z naszego Morgita kalekę sikającego do plastikowego worka – Hazela chwycił ją za włosy na karku, zręcznie i dyskretnie, jakby – o dziwo! – nie chciał robić sceny.  – To jest TA Marla, przez którą Morgit gnije na szpitalnym łóżku, zamiast być tu z nami i ruchać lateksowe panienki! – syknął, ściągając ją z hokera.
– To nie tak…! – jęknęła widząc, że nie może znikąd oczekiwać pomocy.
Ludzie zdawali się nie zauważać całej szarpaniny, jakby podobne sceny były tu na porządku dziennym, a raczej nocnym.
– No i znowu się wyrywasz, złotko, przecież wiesz, że to nie ma sensu! – Vincent chwycił ją pod ramię i wyprowadził, Frieda stał nieruchomo na parkiecie, jakby nie mógł się zdecydować, czy do nich dołączyć.
– Nie chcesz się zabawić? – Hazela wyszczerzył się w jego kierunku. – Mamy z Marlą małe porachunki, może nam pomożesz? Ona lubi taką ostrą jazdę, mówię ci! Weź jakąś szpicrutę, przećwiczymy ją trochę!
Oglądając się przez ramię zauważyła, że wciąż stał nieruchomo, po czym odwrócił się powoli i wrócił do baru, nie oglądając się za siebie.
Zachłysnęła się powietrzem jak ryba wyciągnięta z wody. Vincent wlókł ją za sobą i była zbyt przerażona, żeby krzyczeć. POza tym w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby jej pomóc.
Mimo przerażenia, które ściskało jej gardło i sprawiało, że chciało jej się sikać ze strachu, beształa się w duchu za własną głupotę, ze to, że pozwalała swojej "wściekliźnie macicy", o którą posądzała matkę Morgita, wodzić się po knajpach i szukać okazji do wskoczenia na jakiegoś napędzanego amfą kutasa, doczepionego do groteskowo odzianego pajaca w kabaretkach. Niestety, tej nocy miała dostąpić innego rodzaju uciech i miała wrażenie, że będzie mieć cholerne szczęście, jeśli nie przypłaci tego kalectwem lub śmiercią.
 Zanim wyszli z zaułka, rozległ się odgłos uderzenia i ciało Vincenta odskoczyło. Oswobodzona, upadła na chodnik.
– Wystarczy tego! – Usłyszała głos Lizarda. – Spierdalajcie! Za dużo sobie pozwalacie!
Uniosła głowę i zobaczyła go, płaszcz powiewał za nim jak skrzydła piekielnego anioła stróża. Obok stał Ichiguro z groźnie obnażonym myśliwskim nożem. Nie mogła w to uwierzyć, nie mogła uwierzyć, że znaleźli się właśnie tu i teraz, spiesząc jej z pomocą już po raz drugi. Nie mogła uwierzyć, że Frieda tego nie zrobił, pozwalając Świętym Chłopcom wywlec ją z klubu…
– Już wystarczająco jej odpłaciliście! – Lizard podszedł do niej i zasłonił przed Hazelą, który jakby szykował się do skoku i nie mógł zdecydować, czy rzucić się na niego, czy na Ichiguro.
Vincent podnosił się z klęczek.
– No i po co te nerwy? – zapytał, śmiejąc się. – Marla przyszła się zabawić, chcieliśmy jej to zagwarantować…
– Już ja widziałem efekty waszego zabawiania, spierdalać mówię, bo poprzetrącam wam łby gołymi rękami! – warknął Lizard.
W Marli odezwało się jakieś sekretne połączenie między oczami a pulsującym z podniecenia złączeniem ud. Była nimfomanką jak się patrzy, przed momentem sikałą ze strachu przed kolejnym gwałtem, a teraz czuła, jak przemakają jej majtki na widok Lizarda, na dźwięk jego nie znoszącego sprzeciwu głosu. Takim go jeszcze nie widziała.
– Spierdalamy? – Hazela był zbyt podniecony i poirytowany, że przerwano im zabawę, żeby na cokolwiek się zdecydować – Vincent? Zostawimy to tak?
– Zostawicie! – Ichiguro uniósł nóż. – Wasze durne gierki nie przywrócą Morgitowi władzy ani w nogach, ani w chuju tym bardziej, nieważne, ile razy ją zerżniecie. Spadajcie!
Twarz Vincenta wykrzywił paskudny, ironiczny uśmiech.
– To nie koniec, Marla! – Splunął na chodnik. – Jeszcze cię dorwiemy, nie znasz dnia ani godziny, więc lepiej oglądaj się za siebie! – Złapał Hazelę za kurtkę i pociągnął z powrotem w stronę Hadesu.
Ichiguro podniósł Marlę z chodnika.
– Co za durna baba! – wrzasnął jej w twarz piskliwym głosem. – No i gdzie się sama włóczysz po nocach? Mało ci było?
„Może i mało…” – pomyślała. „Może chciałam, żeby zarżnęli mnie na śmierć, abym już nie musiała czuć tego żalu, strachu i poczucia winy, abym już nigdy nie musiała patrzeć na cierpienia innych, abym nigdy już sama nie cierpiała…”
– Marla, to się musi skończyć! – Lizard zaczął otrzepywać jej płaszcz, ten gest zupełnie do niego nie pasował.
Przed chwilą gotów był rzucić się do bitki, a teraz otrzepywał ją jak córeczkę, która przewróciła się i porwała nowe rajstopki.
– To wszystko zaczyna wymykać się spod kontroli! Po coś tu przylazła? Do tego palanta ubranego w pończochy? Spadasz coraz niżej, słowo daję, już większego czubka sobie wybrać nie mogłaś! – Rozejrzał się dookoła i gwizdnął na taksówkę. – Mam powoli dosyć wyciągania cię z coraz to nowego szamba, przestaje mnie to bawić!
Wsiedli do podstarzałego mercedesa, Lizard wyrecytował swój adres.
– Wyrzucimy cię po drodze – zagadnął do Ichiguro, który w milczeniu poprawiał ułożenie pochwy noża pod pachą, starając się robić to na tyle dyskretnie, aby taksówkarz niczego nie zauważył.
            Miała wrażenie, że to wszystko jest tylko jakimś głupim snem, że nie było przecież możliwe, aby jej pupilek, niedoszły kochanek, Morgit, leżał w szpitalu ledwie odratowany, a jego kumple próbowali ukarać ją za to w jedyny znany sobie sposób przy każdej nadarzającej się okazji. Nie było możliwe, aby jej tak dobrze zaplanowane kiedyś życie tak bardzo zboczyło z kierunku, który niegdyś próbowała mu nadać. Musiała zbłądzić, bardzo pobłądzić, ale nawet nie zauważyła, kiedy to się stało i teraz jej życie przypominało groteskowy spektakl pełen dziwacznych postaci, które zaczynały żyć własnym życiem, choć zdawało jej się, że to ona pisze scenariusz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz