poniedziałek, 5 września 2016

UNDERGROUND - rozdział 19






19


Ichiguro wysiadł pod swoim domem.
Gdy zostali sami w taksówce, Lizard nie odezwał się ani słowem, dopóki nie dojechali na miejsce.
– Zostaniesz dziś u mnie – rzekł cicho. – Jutro rano pojedziemy do ciebie po ubrania i papiery do pracy.
– Jakie papiery? – spytała, wdrapując się ciężko po schodach i choć było to tylko kilka stopni prowadzących na ganek willi, zdawały jej się nie mieć końca.
– Lekarz, po którego zadzwoniłem, wystawił ci do jutra zwolnienie – dodał, przekręcając klucz w zamku.
Pies, który jak piekielny demon żłopał posokę w jej koszmarze, wypadł na nich niby mała lokomotywa i zaczął radośnie popiskiwać, waląc po łydkach napiętym jak struna ogonem.
Zwolnienie. Praca. Ubrania.
To były ostatnie sprawy, o jakich by pomyślała, rzeczy zbyt przyziemne i banalne, aby zawracać sobie nimi głowę w chwili, gdy ważyły się losy tylu ludzi. Ktoś jednak musiał o nich pomyśleć i jak zwykle w takich kryzysowych sytuacjach był to Lizard.
– Marla… – posadził ją w fotelu. – Powiem to ostatni raz: musisz skończyć z takim życiem! Jesteś już dużą dziewczynką, która swoje wyimprezowała i narobiła wystarczająco dużo błędów. Idziesz do celu prawie po trupach, choć nawet nie wiesz, co to za cel. Zostaw to wszystko!
Patrzyła na niego, nie rozumiejąc.
– Zostawić? I co dalej?
– Ja.
To było jak uderzenie w twarz.
Wbijał w nią nieruchomy wzrok. Zorientowała się, że trzyma ją za rękę.
– Pozbądź się tego przedszkola, przestań poświęcać czas dzieciakom, przestań pić, ćpać, przestań się staczać. Pora odbić się od dna. Na razie tarzasz się w mule.
Metafora była obrazowa i bardzo trafna, właśnie tak się czuła, jakby wpadła do szamba i zamiast jak najszybciej się z niego wydostać, wciąż w nim nurkowała.
Widziała, jak jego twarz się zmienia, jak przebiegają po niej emocje. To musiało się stać teraz, tutaj, właśnie w tej chwili, to był ten moment, na który czekała romantyczna strona duszy Lizarda.
– Marla… ja cię…
– Nie! – Wyrwała mu rękę i poderwała się z miejsca. – Nic już nie mów! Przestań!
Świat zawirował. Poczuła uścisk w gardle.
– To nie jest czas ani miejsce na zwierzenia, tym bardziej na wyznania! – Gubiła się we własnych myślach, które galopowały przez jej umysł jak stado mustangów. – Lizard, ja naprawdę przeżywam teraz niezłe piekło! Wydarzenia ostatnich dni przerosły mnie do tego stopnia, że staram się je wyprzeć ze świadomości, gdyż nie mogę zrobić nic, by je odwrócić! – Zaczęła chodzić po pokoju, w tę i z powrotem, jak uwięziona w klatce tygrysica.
Nie zwracała uwagi na wystrój wnętrza, choć była tu po raz pierwszy.
– Możesz uznać mnie za egoistkę, egocentryczkę, zimną, samolubną sukę, ale naprawdę uważam, że też stałam się ofiarą tego wszystkiego! – Zatrzymała się na sekundę, jakby ktoś wyłączył jej zasilanie, po czym znów ruszyła, jak pieprzony króliczek Energizera. – Lizard, zostałam zgwałcona, rozumiesz to? Facet nie jest w stanie pojąć, jakie to uczucie, jaki wstręt czuję do siebie i do nich! I nie jest ważne, że uważałam ich za przyjaciół, że nie raz i nie dwa wyobrażałam sobie podobne sceny, snucie chorych fantazji to jedno, a odgrywanie ich to zupełnie co innego! Zresztą ja ich nie odegrałam, bo nie umawiałam się ze Świętymi Chłopcami na żaden scenariusz, to oni wyreżyserowali cały ten koszmar!
– Marla, zamknij się w końcu! – Lizard zastąpił jej drogę i zamknął w ramionach. – Zamknij się!
Zapadła się w niego jak w jakąś otchłań bez dna, czuła, że spada, że znika gdzieś, gdzie czas i miejsce przestały się liczyć. Nagle poczuła jego zapach jakby po raz pierwszy, poczuła jego ciepło, jakby nigdy wcześniej go nie znała, wszystko stało się oczywiste i jasne, zupełnie proste i przejrzyste, wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsca i wiedziała, że właśnie tu i teraz powinna być, że nic innego nie było ważne.
Znowu był dziewczyną, znowu była dziewicą, obsypywana przez niego delikatnymi pocałunkami i pieszczotami. Dotykał jej tak, jakby była efemerycznym motylem, którego niezręczne ręce mogłyby uszkodzić. Nie myślała o niczym, gdy jego włosy obsypywały jej piersi, odnalazła w sobie zbawienną pustkę, pozwalającą jej czuć tylko jego palce, grające na jej ciele jak na drogocennym instrumencie, jego usta, odnajdujące najskrytsze zakamarki, jego oddech, opływający jej powieki, pośladki, przeguby… Szeptał jej słowa miłości, o jakich istnieniu nawet nie wiedziała, otwierał ją jak kwiat, płatek po płatku. Uświęcał dotykiem ust każdy centymetr jej zbrukanego niedawnym gwałtem ciała.
Gdy spoczywała na jego piersi, wsłuchując się w miarowe bicie jego serca, żaden inny dźwięk nie burzył spokoju, a jego uśpiony oddech był jak muzyka w tle, jak szum drzew i szept strumienia, który nagle wytrysnął wprost z jej serca. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu, może po raz pierwszy w życiu, poczuła się bezpieczna. 
    Zapadła w głęboki sen i nie śniła o niczym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz