wtorek, 6 września 2016

UNDERGROUND - rozdział 20 - ostatni





20
 
Obudził ją zapach kawy i ciche pogwizdywanie dochodzące z kuchni.
Narzuciła na siebie koszulę Lizarda i boso podreptała mu na spotkanie.
Jakże inaczej wyglądał w porannym świetle, nagi od pasa w górę, z włosami luźno związanymi na karku, krzątający się przy kuchence i nalewający kawę do szerokich, niskich filiżanek w kolorze rdzy. Przez długą chwilę przyglądała mu się myśląc, że to nie jej życie, tylko fragment reklamy margaryny.
– Dzień dobry… – uśmiechnęła się nieśmiało, a gdy odpowiedział uśmiechem i ruszył w jej kierunku, by po chwili czule pocałować ją w policzek, poczuła, jakby ktoś uniósł z jej ramion ogromny ciężar, którym było… Co nim było?
– Dobrze spałaś? – zapytał, głosem samca alfa, uwodzącego samicę.
– Jak nigdy przedtem! – Usiadła przy stole i zaciągnęła się aromatem kawy, w czarnej tafli odbijało się poranne słońce wpadające przez okno wychodzące na taras i dalej, na ogród.
– Nie miałem serca cię budzić, pomyślałem, że chętnie zjesz śniadanie. Być może nawet chętnie zjesz je ze mną. 
Postawił przed nią talerz typowo męskich, topornych kanapek, na widok których jakieś mdłe wzruszenie ścisnęło jej serce. Poczuła na łydkach walenie naprężonego ogona i po raz pierwszy bez lęku pochyliła się, by pogłaskać psa.
– Lizard, posłuchaj… – zaczęła, chcąc porozmawiać o tym, co miało wydarzyć się dalej, między nią i nim, choć bała się tego i jednocześnie czuła palącą potrzebę uporządkowania całej sprawy.
– Nie mam na imię Lizard – upił łyk kawy – Tylko Саша , a dokładniej mówiąc Александр – Patrzył jej prosto w oczy. – Mówiłem ci kilkakrotnie o moich korzeniach.
Mówił...?
– Ja nic o tobie nie wiem...! – Spuściła wzrok, zażenowana.
– Dowiesz się wszystkiego w swoim czasie. – Wyprężył się, jakby czegoś nasłuchiwał. – Przepraszam, moja komórka dzwoni. – Wstał od stołu, szurając krzesłem i wyszedł z jadalni.
Rozglądała się po kuchni, która wyglądała, jakby nikt od dawna w niej nie urzędował, jakby czekała właśnie na taki moment, jakby wcześniej nie było potrzeby przygotowywania śniadań i picia kawy. Przegarniała włosy palcami i zastanawiała się, o czym ważnym powinna była pamiętać, coś uleciało jej z głowy, ale co to było…?
– Marla… – Lizard stał w drzwiach prowadzących do salonu. – Marla! – powtórzył.
Spojrzała na niego, uśmiechając się. Pomyślała, że wyglądał jak anioł z renesansowych obrazów. Nie odwzajemnił uśmiechu.
– Morgit nie żyje… – powiedział cicho, obserwując, jak jej twarz blaknie. – Spadł z wózkiem ze schodów. Skręcił kark.
– Morgit? – zapytała, jakby nie mogła przypomnieć sobie, kim, do cholery, był Morgit. – Morgit?
– Ichiguro dzwonił, mówił, że to nie był wypadek.
Morgit… Morgit… 
Wózek, schody, nagi tors, lazurowe oczy i miękkie usta… zapach korzennych perfum… "Marla… Kocham cię…"
– Lizard, zabiłam tego dzieciaka… – powiedziała głosem wypranym z emocji. – On mnie kochał, a ja go zabiłam…
– Marla, nie…
– Tak właśnie było! – Patrzyła, jak jej dłonie, oparte na stole, zaczynają coraz gwałtowniej drżeć. – Potraktowałam go tak, że równie dobrze mogłam wepchnąć tego pieprzonego Harleya pod ciężarówkę, równie dobrze to ja mogłam zepchnąć jego wózek ze schodów!
– Nie mów tak… – Lizard podszedł do stołu, ale nie mógł się zdecydować, żeby jej dotknąć. – Co miałaś zrobić? Udawać, ze odwzajemniasz jego afekt z litości?
Spojrzała na niego tak, jakby pierwszy raz w życiu go zobaczyła.
Coś w niej zgrzytnęło.
– Kim ty w ogóle jesteś? – spytała w końcu. – Czekałeś tylko na taką okazję, żeby wziąć mnie pod swoje skrzydła, czaiłeś się jak sęp, żeby wbić we mnie szpony w chwili, gdy szarpałam się ze sobą jak ten twój cholerny pies na smyczy!
Teraz to on spojrzał na nią, jakby była kimś innym, nie tą zagubioną, wymęczoną kobietą, ale… no kim?
– Marla, uspokój się, jak możesz podejrzewać mnie o coś takiego? – Zmarszczył brwi, jednak w jego głosie nie było pewności siebie.
– Muszę stąd wyjść… – rzuciła bardziej do siebie, niż do niego.
Ale czego się spodziewał? Że rzuci mu się w ramiona i załka z żalu i bezsilności, a potem zjedzą śniadanie i omówią szczegóły ich świeżego związku?
W pośpiechu ubierała się, nie słuchając, co do niej mówił. W końcu poddał się i tylko otworzył drzwi, gdy miotała się po przedpokoju, niezręcznie próbując wbić roztrzęsione ręce w rękawy płaszcza.
A przecież przed momentem siedziała w jego kuchni, z filiżanką w dłoni, w wizji jakże zbliżonej do jego marzeń! Co spieprzył? I w którym momencie...?
– Dokąd idziesz? – spytał tylko, gdy zbiegała po schodach.
„Nie wiem, byle dalej od tego wszystkiego!” – pomyślała, krztusząc się rześkim powietrzem poranka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz