poniedziałek, 31 października 2016

PIANISSIMO - EPILOG, którego nie było............................



EPILOG

      – Jaka ona była…?
  Otwieram oczy, nade mną majaczy sufit apartamentu nowożeńców, podświetlony dyskretnie.
     Gdzie jestem?
     I z kim…?
    Przytulam do siebie mocniej ciepłe, delikatne ciało, czuję bicie serca tuż przy moim.
    – Teraz o to pytasz…? – Odgarniam z jej twarzy jasny kosmyk, miękki, jakże inny od… – …to nasza noc poślubna…!
    – Gdyby nie ona, nie byłoby nas tutaj, nie byłoby żadnych nas. Nigdy byśmy się nie spotkali, a ty najprawdopodobniej już od dawna byłbyś martwy.
    Wzdycham zrezygnowany. Wymagała ode mnie stanowczo za dużo, od samego początku, od chwili, w której objęła nadzór nad moim leczeniem.
    – Równie dobrze mógłbym powiedzieć, że gdyby nie ona, moje serce nigdy by się nie poddało.
    – Ale w takiej sytuacji również nie spotkalibyśmy się, bo nie wylądowałbyś na operacyjnym stole.
     Uparciucha!
     Od samego początku i w każdej kwestii była uparta, mówiąc, że nie wolno mi pić, że nie wolno mi jeść byle czego, że mam przepłynąć jeszcze kilka długości basenu, że mam pamiętać o garści pigułek o wyznaczonych porach. Zawsze trzymała mnie za rękę, jak małego chłopca, gdy pobierano mi krew do badań.
    – Jesteś masochistką, wiesz o tym? Po co chcesz to wszystko wiedzieć?
     Uśmiecha się, ociera policzkiem o moją szorstką pierś.
     – Nieomal codziennie wkładam ręce w ludzkie trzewia, pacjenci wychodzą spod mojego noża wskrzeszeni, albo martwi… Czy wydaje ci się, że wysłuchanie kilku zdań na temat twojej kochanki, która zostanie z nami już na zawsze, bo nosisz w piersi jej serce, może być dla mnie jakąś traumą?
     Nieomal, jakie piękne słowo…!
     Śmieję się, jej głowa podskakuje.
  – Ciebie to podnieca, prawda…? – pytam, gładząc ją pieszczotliwie po głowie.
   – Pewnie, że mnie to podnieca! Jestem transplantologiem! No więc powiedz mi, jaka ona była?
    Zastanawiam się przez moment.
   – Nie wiem, tak naprawdę jej nie znałem… – Mój głos ciągle jeszcze brzmi obco, odzywam się w zasadzie tylko do niej. – Pewnie bardzo nieszczęśliwa, niepokorna, niezaspokojona w jakiś niezrozumiały sposób. I bardzo, bardzo skrzywdzona… Czasami tamte dziwne wydarzenia wydają mi się snem, w końcu bliznę na piersi miałem od zawsze. Świadomość, że mam w sobie jej serce, jest… – milknę, czując jakiś dziwny niepokój, jak zawsze, gdy wspominam Irenę.
  – Można powiedzieć, że żyjemy w miłosnym trójkącie… – szepcze moja żona, patrząc na mnie swoimi pięknymi, szarymi oczyma.
    – Tak, można tak powiedzieć… Nie przeszkadza ci to?
  Wpełza na mnie, przytula się mocno, jakby chciała mnie wchłonąć.
   – Nie, nie przeszkadza mi to… – szepcze w moją szyję. – Kocham cię. Kocham… was…
   Obejmuję ją ciasno, wspominając, jak zrodziło się to uczucie, dziwne, jak wszystko w moim życiu. Moja żona trzymała w dłoniach serce mojej byłej kochanki – moje serce, czy mogło spotkać mnie coś jeszcze bardziej niesamowitego?
    W nicości brzmią tylko nasze splątane oddechy, cicho, cichutko, pianissimo…

KONIEC

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz