środa, 5 października 2016

PIANISSIMO - rozdział 15



15

    Zatrzasnąłem książeczkę.
    Nie wiem, dlaczego tak często po nią sięgałem, zapewne dlatego, że ona jej dotykała. Zamykałem między palcami maleńki tomik mając wrażenie, że czuję na okładce ciepło jej dłoni…

  "Kochasz mnie brakiem czułych gestów
   Zimnym spojrzeniem
   Pustym łóżkiem, ostygłym zanim otworzę oczy…"

   Czułem niemal fizyczny ból, czytając te wiersze, robiłem to, choć przecież wcale nie musiałem, po raz pierwszy w życiu czując potrzebę upewnienia się, że coś właściwie zapamiętałem.

  "Dotykam się tam…
  Tam, gdzie nie ma nikogo, oprócz mnie,
  Gdzie nie ma rąk, które przynoszą tylko ból,
  Gdzie nie ma ust, z których zamiast pocałunków
  Sączy się jad…"

   W internecie nie było wzmianki o tych wierszach, nie było nawet słowa o Fionie Marks. Nikt nie wiedział, kim była, co przeżyła, co zainspirowało ją do napisania tych dziwnych, przejmujących tekstów, które zostały wypuszczone w świat przez wygasłe przed dekadą wydawnictwo w ilości zaledwie dwustu egzemplarzy.  
  Pewnego wieczora znalazłem w skrzynce zawiadomienie o przesyłce. Udałem się na pocztę pełen niepokoju, w końcu nikt nigdy do mnie nie pisał, więc mogło być to tylko coś złego: zawiadomienie o czyjejś śmierci, zaproszenie na pogrzeb, informacja o jakimś kredycie, który ktoś zaciągnął na mój zgubiony przed rokiem dowód.
    Czekała na mnie niewielka paczuszka okryta zwykłym, szarym papierem pakowym, który rozrywałem drżącymi dłońmi, jakbym spodziewał się znaleźć w środku odcięty palec albo truchło ukochanego chomika, którego nigdy nie miałem.
    To był tomik poezji Fiony Marks, zupełnie nowy, taki sam, jak mój. Okładka pachniała charakterystycznie, a kartki przewracały się z szelestem.
     Kto mógł mi go przysłać?
    Odpowiedź była jedna i oczywista, przyszła mi do głowy chyba wcześniej, niż zdążyłem sformułować w niej pytanie.
     Dlaczego Łotwicka przysłała mi tę książkę…?
   Uważnie przyjrzałem się okładce i dojrzałem wytłoczoną rzymską trójkę.
     Otworzyłem książeczkę i odkryłem, iż zawierała zupełnie inne utwory. Nie wiedziałem, że był jakiś tom drugi, a tym bardziej tom trzeci. Musiałem przeczytać te wiersze, natychmiast! Płonąłem z podszytej mdłym podnieceniem ciekawości, biegłem prawie do domu, gdzie rzuciłem się na łóżko w ubraniu, ale po chwili namysłu zerwałem się z posłania i rozebrałem do naga.
    Wróciły wizje grzesznych chwil spędzonych w towarzystwie tekstów Fiony wiele lat wcześniej, wróciły sny, które miałem po ich lekturze, niepokojąco poderotyzowane, choć bez żadnego konkretnie cielesnego elementu. W tych marach unosiłem się nieważki w toni mętnej wody, czując jej prądy obmywające moje ciało, dostające się do wszystkich zakamarków. Słyszałem tylko bicie własnego serca i to chyba właśnie ta cisza była najbardziej podniecająca, w tamtej ciszy namiętne słowa Fiony Marks przelewały się przeze mnie odległymi echami, wyszeptane miękkim, kobiecym głosem.

   "Wznoszę się lekko niby własny duch
   Niesiona Twoim oddechem, echem Twoich słów
   Okryta wstydem
   Cieńszym niż pajęcza sieć
   Słucham pięknych kłamstw
   Rewerberujących gdzieś poza mną
   Gdzie duch i ciało łączą się
   W materię słowa…"

   Czytałem przez całą noc. Raz, drugi, potem kolejny. Z każdym wersem, z każdą strofą czułem się coraz lżejszy, a jednocześnie pełniejszy, jakbym poznawał jakąś tajemnice, której nikt oprócz mnie nie miał już nigdy poznać. Czy chciałbym być obarczony takim sekretem? Wiedzieć coś, czego nie potrafiłbym wytłumaczyć albo przekazać?
  Powrócił do mnie sekret Ireny, dziewczyny, której trauma przekreśliła karierę, złamała życie. Nagle groza jej ówczesnego położenia dotarła do mnie w pełnym ogromie horroru, a ja nadaremnie usiłowałem odpędzić wyobrażenia o samotności, jakiej musiała wówczas doświadczać.
    Lektura onirycznych wierszy Fiony Marks tylko jeszcze bardziej mnie przygnębiła. Czy Łotwicka chciała, żebym się załamał…?
    A może to był jej plan? Sprawić, że i ja polegnę, że nie podołam przesłuchaniom, że zwariuję, pragnąc jej i jednocześnie nienawidząc? Ta myśl sprawiła, że poczułem tępy ból w piersiach, musiałem usiąść na łóżku, w końcu wstałem chwiejnie, otworzyłem okno, wsłuchałem się w pomruk nigdy nie milknącego miasta.
    Czy to możliwe, że byłem aż takim idiotą?
    Czy Łotwicka faktycznie nie zamierzała mnie uwieść, a zamiast tego pragnęła mnie zniszczyć…?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz