czwartek, 13 października 2016

PIANISSIMO - rozdział 16 (18+)



16

     – Dawno się nie widzieliśmy, panie Julianie!
   Drgnąłem, przez moment chciałem cofnąć się do garderoby i zatrzasnąć drzwi prosto w jej twarz. Co tu robiła, do cholery?? To był ostatni recital przed przesłuchaniami, wyraźnie zaznaczono, żeby nie wpuszczać do mnie NIKOGO, ani przed, ani po koncercie.
     Najwidoczniej Irena Łotwicka nie była nikim.
   Wyminąłem ją i podążyłem korytarzem do tylnego wyjścia, słyszałem, że idzie za mną, jej obcasy stukały rytmicznie o posadzkę z lastryko, odgłos kojarzył mi się ze wczesnym dzieciństwem, ze stukotem szpilek rozbrzmiewającym pod łukowo sklepionym sufitem szpitalnego korytarza.
   – Niedługo pan wyjeżdża, nieprawdaż? – spytała, podpalając papierosa, gdy wyszliśmy na oblaną ciepłym blaskiem latarni ulicę.
    Czy zamierzała pojechać za mną? Przysłuchiwać się mojej walce o laury w konkursie? Nie byłem do końca zdecydowany, czy świadomość tego, że jest na widowni motywowałaby mnie czy raczej deprymowała... Gdy grałem, świat wokół znikał, byłem tylko ja i fortepian, moje dłonie przywiązane do instrumentu, palce połączone z klawiszami niewidzialnymi nitkami porozumienia.
    Siąpiła nieprzyjemna mżawka i było wyjątkowo chłodno, miasto wyglądało surrealistycznie, a koła samochodów szeleściły na mokrym asfalcie.
    Staliśmy pod zagrzybiałą markizą, Irena paliła, ja wpatrywałem się w zamazany mżawką sznur samochodów, przesuwający się niemrawo przed nami.
  Nie miałem ochoty z nią rozmawiać, czy może raczej wysłuchiwać jej monologów. Od kilku tygodni, od czasu przeczytania wierszy, nawiedzały mnie koszmary, w których była modliszką, odgryzającą mi głowę "in flagranti". Budziłem się z walącym sercem i ochrypłym krzykiem zastygłym na ustach.
    – Nie zdradzi mi pan programu…? – zapytała, wypuszczając ustami dymną zasłonę, która w bezwietrznej aurze na moment przysłoniła jej twarz.
    Oczywiście, że nie miałem zamiaru zdradzać jej programu. Nawet moi profesorowie nie byli do końca pewni, co zamierzałem zagrać, a i ja jeszcze nie podjąłem ostatecznej decyzji, choć zegar tykał.
     Wyciągnęła w moją stronę paczkę papierosów, ale pokręciłem przecząco głową.
    Staliśmy w milczeniu, obserwowałem osiadające na jej włosach krople wilgoci, wijący się dym, który zdawał się nasiąkać wodą, zanim rozpłynął się w czerwonawym blasku latarni. Przez moment czułem się zupełnie pusty. Nie odczuwałem niedawnego pożądania, nie odczuwałem świeżego strachu, emocje, którymi jeszcze przed kwadransem ociekałem na scenie, wsiąkły w mokry bruk pod moimi stopami.
    Irena rozgniotła niedopałek czubkiem czarnej szpilki. Musiało być jej cholernie zimno w tych butach i w kusej "małej czarnej", którą miała na sobie. Na ramiona zarzuciła ażurowy sweterek, który więcej odkrywał, niż zakrywał. Włosy upięte w luźny kok na karku nie robiły już takiego przytłaczającego wrażenia. Wyglądała prawie zwyczajnie, pięknie, ale zwyczajnie. Podobała mi się taka: skromna, zmarznięta, pozornie słaba. Zsunąłem z ramion płaszcz, potem zdjąłem marynarkę i delikatnie złożyłem na jej ramionach ciepły od mego ciała materiał. Jakby bezwiednie otuliła się, po czym poszukała ręką mojego wyciągniętego ramienia, opierając się na nim. Jej bliskość nagle wydała mi się kojąca. Nie musieliśmy rozmawiać, chyba rozumieliśmy się bez słów: dwoje szaleńców, ekscentrycznych wariatów, romansujących z katatonią, z ciszą, samotnych ze sobą nawzajem.
    Szliśmy ostrożnie, nie chciałem, by poślizgnęła się na wilgotnym chodniku. Nie obchodziło mnie, dokąd mnie prowadziła, gdyż to właśnie ewidentnie czyniła. Poszedłbym za nią wszędzie, oboje doskonale zdawaliśmy sobie z tego sprawę. Poszedłbym za nią do piekła, jeśli istniało, a znałem tylko piekiełko sierocińca, które akurat dla mnie wcale nie było takie straszne.
   Wydawała się jakaś inna, zgaszona, ale nie mogłem wiedzieć, co spowodowało tę zmianę i oczywiście nie zamierzałem pytać. Intrygowała mnie, owszem, ale jednocześnie onieśmielała. Przede wszystkim jednak bałem się konfrontacji moich wyobrażeń z rzeczywistością, obawiałem się kolejnych rewelacji, jakie mogłaby mi wyjawić.
    Najwidoczniej jednak nie zamierzała tego robić.
   Zwolniła kroku przy restauracji i delikatnie pociągnęła mnie w stronę wejścia.
     – Łotwicka – rzuciła ze sztucznym uśmiechem i podążyliśmy za kelnerką, która zaprowadziła nas do stolika w głębi sali, niedaleko płonącego kominka.
   – Więc… – Upiła łyk wina, spojrzała mi w oczy, ale nie dokończyła.
   Siedzieliśmy tak od kilkunastu minut, w którym to czasie zdążyła zamówić dla nas kolację i napitek. Sączyłem wytrawny do granic możliwości cabernet i po prostu na nią patrzyłem, słuchałem jej zagajania: "A może…?", "Doprawdy…", Ach tak…" – mówiła w przestrzeń, jakby wsłuchiwała się w moje myśli i odpowiadała mi półsłówkami.
  Zjadłem jakieś niedorzecznie egzotyczne stworzenia, które niespecjalnie mi smakowały i zalałem się w spektakularnym tempie, twarz Ireny pływała mi przed oczyma. Chciała mnie upić i ja chciałem dać się upić, pozwalałem się rozpieszczać, pozwalałem jej nabijać się ze mnie ukradkiem, gdyż mój stan i moja swoista nieporadność najwyraźniej ją bawiły.
   – Pojedziesz ze mną do hotelu? – zagaiła, dopijając wino i odsuwając na krawędź stolika zamknięty w skórzanej książeczce rachunek, przykryty banknotami, które wydobyła z własnego portfela.
     Nie mogłem zapłacić, nawet, gdyby było mnie na to stać. Byłem w stroju galowym, nie miałem przy sobie pieniędzy.
    – Weźmiemy przytulny pokoik z wielkim łóżkiem i będziemy się kochać…
    Czy ona to powiedziała…?
    Czy ja to usłyszałem…?
   Było mi wszystko jedno, czułem się i tak zbyt pijany na to, by podołać zadaniu. W takim stanie mogła zrobić ze mną wszystko i nic.
   Wsiedliśmy do taksówki, która faktycznie zatrzymała się przed niewielkim, ekskluzywnym hotelikiem na obrzeżach miasta.
   – Mamy zarezerwowany apartament dla nowożeńców. – Łotwicka uśmiechnęła się kokieteryjnie do konsjerża, który z wystudiowanym, profesjonalnym uśmiechem podał jej jakieś papiery do wypełnienia.
     Siedziałem zatopiony w skórzanym fotelu, przygaszone światło tańczyło we włosach Ireny i na polerowanej ladzie, zza uchylonych drzwi restauracji dobiegały dźwięki dość przyzwoitego stukania w klawisze pianina. Przez chwilę miałem ochotę pobiec tam, zepchnąć pianistę ze stołka i pokazać mu, na czym tak naprawdę polegała gra, ale była to zachcianka równie absurdalna jak myśl, że za moment rozbiorę tę stojącą przy ladzie boginkę i utonę między jej udami.
    Weszliśmy schodami na piętro, otworzyła pokój, wepchnęła mnie pieszczotliwym gestem do środka. Rzuciła maleńką torebkę na szezlong, uśmiechnęła się na widok bukietu lilii w wazonie i chłodzącego się w kubełku z lodem szampana.
   – Otwórz – rzekła łagodnie, choć zabrzmiało to jak rozkaz. – Odświeżę się.
    Czy i ja miałem się odświeżyć...? Nie czułem się brudny, czułem się bezcielesny. Nie wstałem i nie otworzyłem szampana w jakimś irracjonalnym odruchu buntu przeciwko jej wszechwładzy nade mną.
   Wyłoniła się z łazienki niby spowita we mgłę zjawa. Biały szlafrok otulał ją miękko, wilgotne włosy osypywały się na ramiona, a ja patrzyłem na nią jak na hologram, jak na projekcję, jak na wyrysowaną na postrzępionej kliszy filmowej gwiazdę niemego kina.
    Wstałem, gdy podeszła do fotela.
   – Mój chłopcze… – szepnęła, kładąc dłonie na mojej piersi, zaczęła rozpinać guziki koszuli.
  Miałem wrażenie, że jej palce podskakują, unoszone moim walącym sercem. Zamarła, dostrzegając bliznę, wyśledziła jej kształt dotykiem, przegarniając włosy na mojej piersi. Poczułem się nagi, choć przecież ledwie rozchyliła materiał.
   – Oboje jesteśmy skaleczeni… – szepnęła, błądząc dłońmi po moim ciele. – Oboje jesteśmy przeklęci…
   Wspięła się na palce i pocałowała mnie w policzek, potem w kącik ust. Wysunąłem język i zbadałem nim bliznę na jej wardze, czując miękkie, poddające się ciało, rozchyliła usta, wpuszczając mnie do środka.
    Szlafrok opadł na podłogę, ale nie miałem czasu podziwiać jej ciała, rozsmakowany w niespiesznym pocałunku. Objąłem filigranową talię, bujny biust przylgnął do mojej na poły obnażonej piersi. Nie myślałem o tym, że ją zawiodę, wiedziałem, że mnie poprowadzi. Wziąłem ją na ręce, słodki ciężar przygiął mi kolana, jednak adrenalina sprawiała, iż zdawało mi się, że niosę nieważką istotę.
     Złożyłem ją na łóżku w białej, atłasowej pościeli. Zawahałem się, uniosłem nad jej ciałem, niezdarnie usiłując rozpiąć rozporek. Zaczynałem się denerwować, alkohol sprawiał, że rejestrowałem co czwartą klatkę z tego, co się wokół mnie działo.
   Powstrzymała moje dłonie, po czym złożyła je na swoim brzuchu, rozchyliła uda, prowadząc moje ręce po ich wnętrzach, aż do ich złączenia, gdzie obietnica rozkoszy ukryta była pod rdzawą ścieżką.
   – Zagraj na mnie… – szepnęła ledwie słyszalnie. – Pocałuj mnie…! – rozkazała, unosząc biodra, chwytając mnie pieszczotliwie za włosy i pociągając moją głowę w dół.
    Nie wytrzymałem napięcia, targnęły mną spazmy, gdy otarłem się o jej kolano, a moje usta eksplorowały nieznane. Chciałem ją zjeść, zagłębiałem w nią język, zacisnąłem dłonie na jej rozłożystych biodrach i w końcu usłyszałem, jak wydaje z siebie zduszony krzyk, a jej ciało drga w gwałtownych konwulsjach.
    Wciągnęła mnie na siebie, spojrzałem jej w oczy, pełne czegoś na kształt strachu, bezwiednie oblizałem wargi, potem otarłem usta wierzchem dłoni. Położyłem się na jej ciele w zbrukanym ubraniu, dysząc ciężko, chciałem więcej, chciałem jej jeszcze, czułem, że za moment znowu będę gotowy, pragnąłem poczuć, jak jej ciało zaciska się wokół mojego.
    Gotów byłem błagać ją o to, by pozwoliła mi kochać się z nią naprawdę.
     Gotów byłem prosić. Słowami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz