piątek, 14 października 2016

PIANISSIMO - rozdział 17



17

   Wiedziałem, że ta chwila przeminie i nigdy już nie wróci.
   Niepokoiło mnie poczucie nieuchronności, jakby po jesieni miała nadejść zima i nigdy już nie przeistoczyć się w wiosnę. Jakby noc miała już nigdy nie ustąpić jasności dnia, nie uchylić się przed jutrzenką.
    Irena spała tuż przy mojej piersi, czułem jej miarowy oddech na szyi. Bawiłem się jej włosami, wplótłszy w nie palce, czułem, jak stawiają im delikatny opór, jednakże nie mogłem powstrzymać się od przegarniania ich, nawet ryzykując, że ją obudzę. Wdychałem zapach białych kwiatów, przyległy do nich, mimo tego, że przecież mocowaliśmy się przez pół nocy, a potem wzięliśmy wspólnie prysznic. Ten  aromat jaśminu czy akacji, a może frezji – nie potrafiłem go nazwać – zdawał się właściwy jej ciału, choć przecież nie było to możliwe.
   Wiedziałem, że jeśli zasnę choćby na chwilę, moja kochanka zniknie, rozpłynie się w powietrzu jak niemożliwy do ponownego pochwycenia sen, gdy już raz otworzyło się oczy.
     Ja, dla odmiany, nie mogłem ich zamknąć.
    Zrobiłem to jednak, a pod powiekami przelewały się obrazy jej dłoni, poruszających się w osobliwym tańcu po moim ciele, jej ognistych włosów, skrywających pod sobą zadające graniczącą z bólem rozkosz wargi. I choć nie miałem już sił na żadne igraszki, wspomnienia jej pocałunków, jej wszędobylskich dłoni i zachłannych ust, w których dwukrotnie tej nocy odnalazłem spełnienie, rezonowały w dole mego brzucha, odbijały się echem od lędźwi i wracały osłabione, jednakże wciąż intensywne, sprawiając, że głębiej zaciągałem się zapachem jej ciała i przysunąłem ją do siebie na tyle blisko, by czuć bicie jej serca pod obfitym biustem przyciśniętym do mojej piersi.
    – Już nigdy nie będzie takiej nocy… – szepnęła w moje ciało, wzdrygnąłem się na dźwięk jej głosu, nietypowo miękkiego, eterycznego. – Już nigdy się tutaj nie spotkamy… – kontynuowała cicho, a ja słyszałem w tych słowach omen tego, iż nie spotkamy się już nigdy i nigdzie. – Już nigdy nie pozwolę żadnemu mężczyźnie dotykać i całować się w taki sposób. Chcę, żebyś był ostatnim…
   Zacisnąłem usta, nie byłem w stanie wydobyć z siebie głosu, chociaż właśnie w tamtej chwili chciałem powiedzieć jej coś niezmiernie ważnego, coś, co zatarłoby złowieszczy wydźwięk jej monologu.
   Zamiast tego mocniej przycisnąłem ją do siebie, całowałem jej włosy, powieki, płatki uszu, na co pozwalała mi rozleniwiona miłością.
   Jak ja niewinnie, szczerze i wściekle kochałem ją w tamtej chwili…! Byłem odurzony jej ciałem, odurzony pożądaniem, zatopiony w fascynacji, którą godzinami smakowałem niby dobry trunek. Wydawało mi się, że ją znam, że idealnie do siebie pasujemy, że po tej jednej upojnej nocy możemy razem... Mrzonki...
  Zamknąłem oczy, czując, że odpływam. Mruknąłem coś niewyraźnie, zasypiając.
   Obudziłem się sam, w ostygłym łóżku, a za przysłoniętym do połowy oknem majaczył niewyraźny, pozbawiony kolorów i dźwięków świt.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz