niedziela, 16 października 2016

PIANISSIMO - rozdział 18

 

18

     Zanim na dobre upewniłem się, że Irena zniknęła, rozległo się pukanie do drzwi.
     Powlokłem się w ich kierunku, po drodze zarzucając na siebie szlafrok, jeszcze pachnący jej ciałem, chwyciłem za klamkę, nie do końca zdecydowany, czy chcę otwierać. Kotłowała się we mnie mieszanina złości, zażenowania i rozczarowania z powodu nieobecności kochanki, której przecież się spodziewałem. Może to i lepiej, że zniknęła? W końcu co bym zrobił, gdyby chciała ze mną… rozmawiać na temat tego, co się stało?
     Najwidoczniej nie chciała, skoro wymknęła się ukradkiem, jak złoczyńca, grzesznica bojąca się napiętnowania, mężatka, przerażona możliwością przebudzenia u boku jednorazowego kochanka, któremu oddała się w chwili słabości. Mieliłem te koncepty, które bulgotały w mojej pamięci, czując się jak skarcone dziecko, jak chłopczyk, któremu po godzinach świetnej zabawy kazano położyć się spać samemu. Po prostu chciałem ją przytulić raz jeszcze, moje ciało zachowało pamięć jej ciała, dociśniętego do siebie, czułem gorące, zdające się żyć piersi, dotyk krągłych, spolegliwych ud, łaskotanie sprężystych, ognistych loków na brzuchu…
      Mocniej zacisnąłem dłoń na klamce, aż zbielały mi knykcie.
      Uchyliłem drzwi, jednak nikogo za nimi nie było.
      Na filigranowym blaszanym stoliczku stała taca ze śniadaniem, obok podłużna koperta z logo hotelu.
     Wtargałem stolik do pokoju, nie dbając o to, iż mogę pobudzić innych gości, w końcu dopiero dochodziła ósma, była niedziela.
     Odczułem dotkliwie głód, ale chyba bardziej ciekawił mnie list. Zerknąłem pod srebrne kopuły, zauważając jajka po benedyktyńsku i owoce; aromat czarnej kawy mnie dobudził.
    Otworzyłem kopertę, jakby bezwiednie przysiadając na brzegu krzesła. Nie wiem, dlaczego spodziewałem się elaboratu, tymczasem na kartce skreślono tylko kilka słów:

     "Wygraj ten cholerny konkurs, dla siebie i dla mnie.
                                                                       I."

     Poczułem ukłucie rozczarowania, zorientowałem się, że drżą mi ręce. Żadnego podziękowania za upojną noc, żadnych wyznań, żadnych obietnic. A może tylko mnie się wydawało, że była upojna? Może tylko ja liczyłem na to, iż nasza erotyczna szarpanina, podczas której Irena nawet nie oddała mi się w pełni, zapoczątkuje jakiś romantyczny związek, w którym ja będę brzdąkał na fortepianie w rozchełstanej koszuli, a ona będzie polegiwać na nim, odziana w kwiecistą sukienkę i wpatrywać się we mnie z uwielbieniem?
   Zgwałcone za młodu katatoniczki nie nosiły kwiecistych sukienek po przekroczeniu trzydziestki, tego już byłem pewien. Oblekały się w czarną skórę i uwodziły nierozprawiczonych artystów, porzucając ich potem bez nadziei, rozpalonych jak piec martenowski, właśnie tym się zajmowały w chwilach wolnych od wywierania zemsty na męskim gatunku.
     Nienawidziłem jej. Znowu. I kochałem jak dzieciak, którym przecież tak naprawdę byłem. Nie wiedziałem nic o kobietach, nie wiedziałem nic o związkach, jeszcze kilka godzin wcześniej nie wiedziałem nic o seksie, z zażenowaniem wspominając swoje masturbacyjne eksperymenty. Wyżywałem się przy fortepianie, jakimś cudownym sposobem przekuwając erotyczne napięcie w muzykę, która szarpała ludzkimi trzewiami. I ubzdurałem sobie, że kobieta, która mogłaby mieć każdego, zwiąże się ze mną – o dekadę młodszym chłystkiem – tylko dlatego, że zrobiła mi dobrze ustami i wierzyła w moją wygraną w prestiżowym konkursie, która tak naprawdę miała być spełnieniem jej marzeń. Czy właśnie dlatego robiła to wszystko? Czy poprzez wymianę płynów ustrojowych chciała w jakiś perwersyjny sposób połączyć się ze mną, aby po moim zwycięstwie mieć poczucie, iż to ona wygrała?
     Przyszła pora, by otrzeźwieć, by dorosnąć, by uwolnić się od jej wpływu, od tej niezdrowej fascynacji, która przynosiła mi tylko koszmary i poczucie, że jestem uprzedmiotowiony. Uprawialiśmy miłość całą noc, było wspaniale, nie mogłem i nie powinienem oczekiwać niczego więcej. Należało wrócić do rzeczywistości, potraktować tę noc jako kolejny sen i zająć się przygotowaniami do konkursu.
     Miałem wyjechać do stolicy pojutrze.
     Spakowana torba czekała w moim obskurnym mieszkanku: dwa garnitury, kilka koncertowych koszul, lakierki, pamiętające lepsze czasy, ale jedyne, przez które tak idealnie wyczuwałem pedały fortepianu. Łańcuszek z medalikiem przedstawiającym świętego Hieronima, w którego protekcję nigdy nie wierzyłem i do którego nigdy się szczerze nie modliłem.
    I dwa tomiki poezji Fiony Marks, pełne wierszy, które rozdzierały moją duszę.
    W recepcji poinformowano mnie, iż pokój został opłacony. Konsjerż wręczył mi dużą torbę. Odnosiłem wrażenie, choć oczywiście nie widziałem tego wyraźnie, że za jego profesjonalnym uśmiechem czaiło się szyderstwo, jakbym nie był pierwszym, którego Irena przyprowadziła do tego hotelu, do tego pokoju, jakby prowadzili tę gierkę od dawna: ona udająca młodą żonkę, on udający, że nie wie, iż jestem tylko jej jednorazowym kochankiem, który rano zejdzie do recepcji zdezorientowany, otrzyma prezent i zniknie, zastąpiony za chwilę przez następnego.
    Na asfaltowym podjeździe przed hotelem czerniała smuga spalonej gumy.
    Westchnąłem zrezygnowany, gdy do krawężnika podpełzła dyskretna, stalowoszara limuzyna, a kierowca skłonił się i uchylił tylne drzwiczki.
      – Odwiozę pana do domu, panie Julianie. Proszę wsiadać.
     Oczywiście, przecież nie zostawiłaby mnie bez pieniędzy, abym wylądował na pół dnia na hotelowym zmywaku, a potem drałował kilkanaście kilometrów do centrum miasta. Zadbała o wszystko, miałem być beztroski, czuć się zwycięzcą.
     W domu otworzyłem pudełko, w którym spoczywał najwyższej jakości smoking oraz bilet na samolot do stolicy.
     Tanio chciała mnie kupić.
     A wolałbym policzek i zapewnienie o jej uczuciu.
    – Jesteś idiotą, Kolbe…! – szepnąłem, a mój głos brzmiał jak komputer mówiący za Stevena Hawkinga…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz