środa, 26 października 2016

PIANISSIMO - rozdział 19



19

    Zdałem sobie sprawę z tego, że panicznie boję się latania dopiero w momencie, w którym maszyna zaczęła kołować na pas startowy.
Wpadłem w panikę, uświadamiając sobie, że jestem zamknięty w szczelnej tubie, zaczęło brakować mi powietrza, z pewnością zbladłem, czułem pot zraszający czoło, na szczęście zanim samolot na dobre się rozpędził i wzniósł na jakąś szaleńczą wysokość, zaczęliśmy podchodzić do lądowania.
  Wypadłem z terminala, wsiadłem do pierwszej napotkanej taksówki i podałem kierowcy wizytówkę hoteliku, w którym miałem spotkać się z profesorem.
    Co mnie podkusiło, żeby polecieć tym pieprzonym samolotem??
Mogłem jak zwykły człowiek wsiąść do pociągu i poturlać się kilka godzin, tymczasem mnie zachciało się luksusów! Jeśli tak wyglądały podróże bogaczy, wolałem pozostać biedakiem.
   Ukryłem twarz w dłoniach, opanowując mdłości, chciałem już tylko zatrzasnąć się w pokoju i upić. Właśnie tego potrzebowałem, zamierzałem zasiąść nazajutrz do fortepianu na potwornym kacu, wybębnić wszystko to, co rzekomo miałem wirtuozersko zinterpretować, po czym wrócić do domu przekonany o porażce. A potem spotkać się z Ireną, roześmiać jej w twarz i wykrzyczeć, jak bardzo pogardzam sobą, nią i całym pieprzonym muzycznym światkiem, który pragnął oglądać i oklaskiwać mnie niczym tresowaną małpę.
  Tak, szczególnie wizja wykrzykiwania do Łotwickiej czegokolwiek wydała mi się wyjątkowo zabawna!
     Zanim rozlokowałem się w pokoiku, poinformowano mnie, że mam dzielić go z innym uczestnikiem. Wyszedłem, zanim zdążyłem choćby postawić walizkę na podłodze. Ignorowałem jakieś protesty, wołania, ktoś chciał ze mną rozmawiać, ktoś prosił o autograf, w końcu wciśnięto mi w dłoń kartkę z ogólnymi informacjami i terminem losowania kolejności, które miało odbyć się wieczorem. Nie zamierzałem w nim uczestniczyć, mając nadzieję, że profesor, który orbitował wokół mnie jak jakiś cholerny satelita, przepędzał ludzi i odpowiadał na pytania, poinformuje mnie o terminie pierwszego występu.
    Wpadłem na drzwi, wyważając je ramieniem i wsiadłem do taksówki.
     – …Hotel… – wychrypiałem, a mój głos zabrzmiał jak zgrzyt gwoździa po blasze.
     – Który hotel? – kierowca spojrzał na mnie w lusterku.
     – Którykolwiek! Jedź!
     Wzruszył ramionami i samochód odtoczył się spod budynku.
    – Trzy gwiazdki? – zapytał mężczyzna z obojętnym wyrazem twarzy.
     Pokręciłem przecząco głową.
     – Cztery? – rzucił z niedowierzaniem, w końcu byłem skromnie ubrany, rozczochrany i blady jak ściana.
   Pokiwałem głową, przypominając sobie, że w pudełku ze smokingiem był liścik od Ireny, którego dotąd nie przeczytałem.
     "Powodzenia!"
   I tyle, maleńka karteczka z jednym słowem, w maleńkiej kopercie, która wcześniej nie wydała mi się godna uwagi, byłem przekonany, że zawierała rachunek za strój. To jedno słowo napisane było czarnym atramentem na wizytówce warszawskiego hotelu.
     Podałem ją kierowcy.
   Wysadził mnie pod La Reginą i odjechał, zgarnąwszy suty napiwek. Miałem przy sobie mnóstwo pieniędzy i przez moment poczułem, że wszyscy o tym wiedzą. Wszedłem do środka i podkradłem się do recepcji jak jakiś złodziej.
    – Witamy! – dziewczyna zza lady uśmiechnęła się promiennie sztucznym, wystudiowanym uśmiechem.
     Uniosłem w górę palec.
    – Pojedynczy pokój dla pana? – spytała uprzejmie, waląc w klawiaturę komputera palcami zbrojnymi w krzykliwie pomalowane paznokcie. – Poproszę o dowód tożsamości.
     Cholera!
     Zbladłem? Zbladłem…
    Wyłożyłem na ladę kilka stuzłotowych banknotów, a dziewczyna uśmiechnęła się już nieco mniej przyjaźnie.
    – Przykro mi,  musi się pan zameldować, a do tego potrzebny jest dowód tożsamości.
     Miałem gdzieś przecież paszport, na lotnisku pokazywałem go... macałem się po kieszeniach, jakby od tego zależało moje życie.
     – Ten pan jest ze mną.
    Odwróciłem się gwałtownie, rączka walizki wyślizgnęła mi się z dłoni i huknęła głucho o posadzkę.
    Łotwicka podpłynęła do nas, biorąc mnie pod ramię.
  – To mój narzeczony, o którym wspominałam pani przy meldunku. – Uśmiechnęła się krzywo do skruszonej recepcjonistki i pociągnęła mnie w stronę schodów, ledwie zdążyłem złapać swój mizerny bagaż.
    Wszystko sobie zaplanowała, a jakże!
    Skąd wiedziała, że złapię aluzję, że tu przyjadę, anonimowy, bez dokumentów, zdany na jej pomoc?
    Poczułem się jak idiota, jak niegramotny matoł, który nie wie, że musi wylegitymować się, jeśli chce wynająć pokój! Uratowała mnie przed upokorzeniem w oczach recepcjonistki, ale w moich własnych czułem się jak skończony dureń. Czy ona też tak o mnie myślała?
    Zatrzasnęła za nami drzwi i oparła się o nie plecami.
    Stałem na środku kameralnego pokoiku i chłonąłem wzrokiem jej niedbale upięte włosy, jakąś zapewne cholernie modną, asymetryczną bluzkę rozlaną na jej ciele morzem butelkowej zieleni, jej nagie ramię, wychylające się z głębokiego dekoltu, opinające kształtne uda skórzane spodnie, bose stopy w rzemiennych sandałkach, chociaż był październik.
    Uczucie skrępowania i upokorzenia zniknęło. Spojrzałem w jej oczy: lewe bladoniebieskie, prawe orzechowe i cały świat wokół mnie zniknął. Choćbym miał jutro paść trupem na scenie, zagrać fatalnie, zagrać cudownie, nie miało to wszystko dla mnie żadnego znaczenia.
     Liczyła się tylko ona.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz