czwartek, 27 października 2016

PIANISSIMO - rozdział 20 (18+)



20

     Obserwuję deseń piegów na jej obnażonym ramieniu.
    Mam wrażenie, że drgają nieznacznie, jakby były żywe, jakby mogły rozbiec się po jej ciele niczym maleńkie, pomarańczowe pajączki o nóżkach tak cienkich, że prawie niewidzialnych. Zbliżam twarz do jej szyi, czując rozedrgane ciepło, parujące z jego powierzchni, wyczuwam subtelną, ciepłą woń rozgrzanych słońcem późnoletnich owoców, zupełnie, jakbym przeniósł się do süskindowskiej mrocznej uliczki, w której ruda służąca drylowała mirabelki.
   – Skosztuj… – szepcze, wplatając palce w moje włosy, delikatnie, niespiesznie… – Tęskniłam za twoimi pocałunkami, za twoimi głodnymi ustami…
    Wysuwam język, polując nim na wszystkie te niesforne piegi, które nie zdążyły zbiec przede mną pod jedwab bluzki. Skóra ma cierpki smak, jakbym wypił łyk wytrawnego wina przed złożeniem warg na jej ciele.
     Czuję jej dłonie ześlizgujące się na moje plecy, zrywają ze mnie kurtkę, szarpią koszulę jakoś tak niecierpliwie i leniwie zarazem, jakby z trudem je hamowała, nie chcąc zdradzać tęsknoty. Chcę się wycofać, w końcu dopiero co wysiadłem z taksówki wyświechtanej tysiącem anonimowych ciał, z samolotu, który w swych trzewiach doświadczył tysiąca maleńkich, fizjologicznych tragedii. Zbyt wyraźnie czuję swoją cielesność skonfrontowaną z jej eteryczną świeżością.
     – Zaczekam… – mruczy, ale nie chcę jej zostawić. – Idź, zaraz do ciebie dołączę.
   Ręce mi drżą, gdy rozbieram się pospiesznie w łazience. Gdy jestem nagi, Irena uchyla drzwi.
    – Zrób to za mnie, chcę poczuć się laleczką…
    Mimo zażenowania podchodzę do niej, usiłując bliskością ukryć własną nagość. Unoszę zwiewny materiał, nagie ciało rozbłyskuje nieskrępowane bielizną, włosy osypują się w zwolnionym tempie, jakby podwiewane od dołu delikatnym zefirem. Słyszę własne westchnienie przestrachu, niecierpliwości, podniecenia. Przez jej lewy obojczyk przebiega kolejna blizna. Jak mogłem nie zauważyć jej poprzednim razem…?
    Przez chwilę walczę z guzikami spodni, czuję jej uśmiech ponad sobą, gdy tak klęczę u jej stóp, wydobywając je z rzemiennej plecionki. Moje palce, tak zręczne na klawiaturze, wdają się w niepotrzebne polemiki z częściami jej garderoby!
    – Zrób to za mnie… – słyszę własny głos, niski, ochrypły od nieużywania. – Chcę poczuć się laleczką…– powtarzam, wprowadzając ją do kabiny prysznicowej, obszernej, jakby zaprojektowanej do igraszek par. Jak wiele z nich robiło to tutaj przed nami…?
   Oparty placami o ścianę czekam na strumień wody jak na deszcz, w ustach faktycznie zaschło mi tak, jakbym był na pustyni. Po chwili stoimy przytuleni w gorących strugach wody. Irena nie spieszy się, jest dokładna, jej coraz bardziej natarczywe dłonie zmywają ze mnie wstyd, zmywają ze mnie przeszłość, której nie było i przyszłość której nie będzie. Boję się otworzyć oczy, boję się wrażenia, jakie mógłby wywrzeć widok jej dłoni na moim ciele. Choć mam ochotę wziąć ją natychmiast, na stojąco, pod prysznicem, jak w jakimś tanim filmie, czekam cierpliwie, aż skończy. Mam wrażenie, że całuje mnie ukradkowo w najbardziej niespodziewane miejsca, tam, gdzie nikomu innemu nie przyszłoby do głowy składać pocałunków, ale nie mam odwagi tego sprawdzić, zaciskam powieki, chroniąc oczy przed wodą i niechcianymi łzami, wzbierającymi we mnie zupełnie irracjonalnie.
   Pozwalam wyprowadzić się do salonu, znaczymy za sobą podłogę kałużami wody, jakbyśmy stali się parą jezioran, wodnikiem i rusałką, którzy wyszli na brzeg po to, by zażyć rozkoszy.
    Popycha mnie na łóżko, potrząsa włosami, rozsiewając wokół deszcz. Chcę wyciągnąć do niej dłonie, ale powstrzymuje mnie gestem, wpełza na mnie, muskając mokrymi lokami moje stopy, kostki, kolana, jej piersi ocierają się o moje nogi, zaciskam zęby, tłumiąc jęk, zaciskam dłonie na mokrej narzucie łóżka.
     – Pozwól mi…! – wykrztuszam w końcu, ale spogląda na mnie jakoś tak władczo, groźnie, jakby zamierzała zagryźć mnie, jeśli raz jeszcze sprzeciwiłbym się jej woli.
     Gdy dotyka mnie ustami, jak poprzednim razem, jestem u kresu wytrzymałości. Wbijam palce w jej wilgotne włosy, pociągam ją w górę, całując usta, którymi przed chwilą tak chciwie mnie obejmowała.
    – Pozwól mi! – powtarzam desperacko, usiłując obalić ją na łóżko.
     – Nie tak! – syczy, wymierzając mi policzek.
    Opadam na plecy zdezorientowany, a mrowienie z uderzonego policzka natychmiast zbiega w dół, jak wyładowanie elektryczne wybuchając w moich lędźwiach.
     Przez moment czas stoi w miejscu, gdy tak leżę bezradny i zbity z tropu, a ona klęczy nade mną, wściekła, piękna, jak boginka szykująca się do wymierzenia kary nędznemu, nieposłusznemu śmiertelnikowi.
    I wówczas widzę, jak jej biodra opadają, jak dosiada mnie, a rozkosz zaciera mi klarowność wzroku. Z pierwszym poruszeniem zamienia się w ognistą plamę, a w moich uszach rozbrzmiewa mój własny głos, niby jęk bólu, niby jęk konającego.
     Jak długo to trwa? Chwilę, godzinę, wieczność…
    I tak się czuję, jakbym konał, przerażony intensywnością jej wnętrza, z rozkosznym bólem w piersi, gdy moje pokaleczone serce kurczy się spazmatycznie pod zrostami blizn na żebrach, pod na zawsze naznaczonym perłową pręgą splotem słonecznym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz