niedziela, 30 października 2016

PIANISSIMO - rozdział 21



21

    Nie było jej.
    Nie było.
   Z pewnością dostrzegłbym ją na widowni, albo przemykającą korytarzami, albo…
    Nie było jej.
    Stałem tuż przy wyjściu na scenę, ktoś przytrzymywał mnie, niby nie dotykając, chcąc wypuścić mnie na deski w odpowiednim momencie. Z trudem powstrzymywałem się przed strząśnięciem z siebie tej natrętnej dłoni, zaciskałem zęby z wściekłości, zżerała mnie trema, chyba po raz pierwszy w życiu, do tego stopnia, iż miałem wrażenie, że wyrzygam się spektakularnie do wnętrza fortepianu, zamiast na nim zagrać.
    – I numer katalogowy 44… – dosłyszałem przesterowany przez mikrofon głos prowadzącego. – Julian Kolbe, który wykona nokturn…
    Zaczynałem od nokturnu, a jakżeby inaczej…?
    Tylko który to miał być? Nie dosłyszałem, nie pamiętałem…
    – Jest pan naszą nadzieją, faworytem…! – zasyczał mi prosto do ucha natręt, który mnie stopował. – Niech nas pan nie zawiedzie!
   Miałem ochotę odwrócić się i splunąć mu w gębę bez wyrazu, zamiast tego wyszarpnąłem rękę i wszedłem na scenę przy wtórze hucznej owacji, co było dość dziwaczne, bo przecież nie zagrałem jeszcze ani jednego dźwięku.
    Nie zawiedzie! Nas! Jakich "was"??
    Yamaha.
    Taki sam, na jakim ćwiczyłem przez ostatni rok. Spędziłem przy takim instrumencie godziny, dni, tygodnie mojego nędznego życia. To właśnie dzięki takiemu fortepianowi poznałem Irenę Łotwicką, miłość mojego życia i jednocześnie jego przekleństwo.
    Zasiadłem na ławce, podkręciwszy ją w górę, przede mną grała jakaś mikroskopijna Koreanka. Zdawało mi się, że czas stanął w miejscu, że kukły bez twarzy na widowni są tylko tym i niczym więcej: martwymi manekinami, a ja mam zagrać sam dla siebie i dla wyobrażenia o mojej kochance, które, niechciane, zaćmiewało mi klarowność zadania, najważniejszego w moim dotychczasowym życiu, a może i w całym moim przyszłym życiu, stojącego przede mną.
   Uniosłem dłonie, raz jeszcze potwierdzając w moim własnym mniemaniu ich groteskowość, nad klawiaturą. Odwróciłem się mimowolnie w stronę widowni, chcąc upewnić się, że istotnie nie było jej tam, a być może chcąc spojrzeniem zdusić wszystkie te zwyczajne w takiej chwili pochrząkiwania, pokasływania, kanonadę fizjologicznych odgłosów, jakby na fotelach zasiedli wyłącznie gruźlicy i tetrycy.
    Zagrałem.
    "Kochasz mnie brakiem czułych gestów
    Zimnym spojrzeniem
    Pustym łóżkiem, ostygłym zanim otworzę oczy…"
  Właśnie to zagrałem, a przynajmniej tak mi się wydawało. Grałem, po raz pierwszy w życiu nie słysząc ani jednego dźwięku, jakbym uderzał w pustkę, na pamięć odtwarzając powtarzane po wielokroć ruchy dłoni. Grałem, nie myśląc o muzyce, nie było mnie tu, na scenie, byłem z Ireną, tonąłem w niej jak w mętnej, chłodnej wodzie, tonąłem w jej ustach, w jej włosach, w jej…
    Nie grałem już, stałem przy fortepianie, nie widząc przed sobą ani jednej twarzy, nie słysząc braw, choć widziałem klaszczące dłonie, nie słysząc okrzyków, choć widziałem usta jak czarne dziury w tym mikrokosmosie mojej małej tragedii, mojej kulminacji samotności.
    Gdy tylko zszedłem ze sceny, wycelowano we mnie oko kamery, nie wytrzymałem i odepchnąłem ją, prawie robiąc krzywdę kamerzyście, reporterka fuknęła coś przestraszona, ktoś za to ofuknął ją, przypominając o wyraźnym zakazie kręcenia materiałów ze mną.
   Wybiegłem na ulicę, pognałem w chłodzie wieczoru i mżawce przed siebie, mijałem ludzi pod parasolami jak barwne smugi rozmywającymi się przed moimi oczyma w halucynogenne tęcze. W końcu wpadłem do hotelu i zatrzasnąłem się w pokoju, zdając sobie sprawę z tego, że przez całą drogę płakałem, rozczarowany nieobecnością Ireny. Nie obchodził mnie żaden konkurs, nie obchodziła mnie żadna kariera, żadne koncerty, równie dobrze mógłbym już nigdy nie zagrać, już nigdy nie dotknąć klawiszy! Chciałem tylko jej, tylko JEJ!
   Jakiś natrętny dźwięk wbijał się w moją obolałą świadomość, wypełnioną jej ekstatycznymi jękami, jej pomrukami rozkoszy, wypełnioną odgłosem, jaki wydawały moje palce przegarniające jej włosy, jej nagie piersi ocierające się o moje spragnione ciało.
   Na biurku leżał telefon, przesuwał się po gładkim blacie jak żywy, powarkując.
   Dzwonił profesor, zaniepokojony moim nagłym zniknięciem, wzywał mnie z powrotem, na ogłoszenie wyników. To miało być dzisiaj? Naprawdę byliśmy tak beznadziejni, że odsieją połowę w pół godziny…?
    Rozłączyłem się, odłożyłem telefon, ale natychmiast zaczął znów podrygiwać.
    Nie znałem tego numeru, może to była…?
    – Pan Julian Kolbe?
   Przytaknąłem bez sensu, w końcu rozmówca nie mógł mnie zobaczyć.
    – Halo? Czy rozmawiam z panem Kolbe?
   Rozmową nie można było tego raczej nazwać. Mruknąłem do słuchawki, a wówczas rozmówca podjął zimnym, wypranym z emocji głosem.
   – Mam dla pana przykrą wiadomość, chodzi o panią… Fionę Marks. Proszę przyjechać do szpitala.
  Poczułem, że krew odpływa mi z twarzy. Fiona Marks? W szpitalu? I co ja niby miałem z nią wspólnego, przecież nawet jej nie znałem! Nie miałem pojęcia, kim była.
  Chwyciłem płaszcz i gnany jakimś irracjonalnym poczuciem katastrofy, zbliżającego się końca świata, wyszedłem w ciemność. Pod pręgą blizny na piersi moje serce buntowało się przeciwko temu, co miało nadejść, jakby chciało mi powiedzieć, że ma dość.
Ja też miałem dość, dość mojej pianistycznej kariery, dość profesora, dziennikarzy, kamer, Łotwickich i jakichś widmowych Fion Marks, o stan zdrowia których miałem się dowiadywać.
   Miałem dość wszystkiego, świata, który rozmywał się za zroszoną szybą taksówki, uwożącej mnie do samego piekła, w którym były tylko ciemność i cisza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz