poniedziałek, 31 października 2016

PIANISSIMO - rozdział przedepilogowy - ostatni - 22



22

     raz…
     dwa…
     trzy…
    Jak stukot drewnianych chodaków pod łukowym sklepieniem szpitalnego korytarza.
     cztery…
     pięć…
     sześć…
    Tym razem były to moje kroki, koncertowe, sfatygowane lakierki uderzały rytmicznie o podłogę zrobioną z jakiegoś aseptycznego, łatwego do utrzymania w czystości materiału.
     – To było bardzo silne uderzenie, nie było szans na to, by…

    "Wznoszę się…"

    Nie chciałem tego wszystkiego zapamiętać, nie chciałem tego słuchać, nie mogłem jednakże zrobić nic, aby zagłuszyć jego głos rozbrzmiewający w rozświetlonym sinawym blaskiem korytarzu, który wyłożono potwornymi, białymi płytkami, jak w jakimś horrorze, którego nigdy nie widziałem.
      Drzwi do prosektorium rozsunęły się po wstukaniu kodu.
    Dlaczego w ogóle za nim szedłem? Co miałem wspólnego z Fioną Marks, która zginęła w wypadku? Dlaczego zadzwoniono akurat po mnie? Przecież nawet nie wiedziałem, jak wygląda Fiona Marks! A mimo to szedłem za tą zjawą w białym kitlu, wiedziony jakąś chorą ciekawością, chciałem wiedzieć kim była, jak wyglądała, bo przecież nie mogłem być do niczego przydatny.
     – Proszę się nie denerwować, to potrwa tylko chwilę, potrzebujemy potwierdzenia tożsamości, dowód osobisty złamał się podczas uderzenia, nie wyłowiono go…
     Co ja tu, do cholery, robiłem…?

     "Wznoszę się lekko…"

     Ciało leżało pod nieskazitelnie białym całunem prześcieradła, nie wiem dlaczego, ale spodziewałem się czarnego worka, w jakim zwożą z dróg ofiary wypadków.
      – Ciało nie jest uszkodzone, siła uderzenia wyrzuciła…
    Przestań, zamknij się! Miejmy ten surrealistyczny koszmar z głowy!
   – Jedynym, co udało nam się odzyskać z portfela, była wizytówka hotelu z pańskim numerem telefonu. Pomyśleliśmy, że najpierw spróbujemy z panem, a dopiero potem przeszukamy policyjną bazę danych…
    Co oni sobie, do cholery, wyobrażali? Woleli narażać bogu ducha winnego człowieka na traumę oglądania trupa zamiast wysłać jego zdjęcie na komendę, czy jak to się tam odbywało?
       I wtedy zobaczyłem to.   
     Pukiel matowych, kasztanowych włosów, który wysunął się spod prześcieradła.
     Ból wytrysnął w mojej piersi jak sygnałowa flara i gorącymi smugami rozlał się pomiędzy żebra.
     – Czy to Fiona Marks?
    Prześcieradło zsunęło się z twarzy, pociągnięte ręką asystenta, który wyłonił się z jakiegoś kąta niby zombie.
     Na zimnym stole leżała Irena Łotwicka, jej twarz była spokojna, usta lekko rozchylone, skóra sina, zielonkawa, upstrzona poszarzałymi piegami, których konstelacje znałem na pamięć. Wyglądała tak, jakby spała, jak podczas naszej pierwszej wspólnie spędzonej nocy. Nie licząc niewielkiego wgniecenia na lewej skroni, jakby jakaś zbyt silna dłoń za mocno objęła jej czoło…
      Tym razem miała się już nie obudzić.
   – To nie jest Fiona Marks… – wychrypiałem głosem przypominającym hałas toczących się po posadzce chirurgicznych narzędzi. – To Irena Łotwicka.
      – Irena Łotwicka…?
      – Zadzwońcie do jej ojca…
    Kolejny wybuch w piersi, chwyciłem się za serce czując, jak podłoga umyka mi spod nóg.

 "Wznoszę się lekko niby własny duch…"

      – Defibrylator!
      – Jaki, kurwa, defibrylator?? Jesteśmy w kostnicy!
      – Raz, dwa, trzy, cztery…!
     Czułem ich dłonie, szarpiące moje ubranie, splecione palce niby kastet wbijające się w mój mostek, otworzyłem usta jak do pocałunku, bo ona szła ku mnie, nieważka, odziana w białą suknię, zatopiona w wiecznej ciszy, zamiast tego poczułem, nie, nie poczułem, wiedziałem, że obce usta próbują zmusić mnie do oddechu.
     – Jeszcze raz! Raz, dwa… dzwoń na górę! cztery, pięć…!

     "Wznoszę się lekko niby własny duch…"

     – Julian…! Julian…!

     Czy to ona mnie woła? Nie, to moja matka…! Dokąd mam za nią iść? Poszedłbym za nią do samego piekła…
    Zapada cisza, wszechogarniająca, penetrująca moje ciało, które nie jest już ciałem, moją świadomość, której już nie potrzebuję, moje serce, które ma dość.

     "Wznoszę się lekko niby własny duch
     Niesiony Twoim oddechem, echem Twoich słów…"

     Nic nie brzmi równie pięknie, co cisza…
                     
***

    Pikanie aparatury, szelest sztywnych fartuchów, postukiwanie narzędzi o blaszane nerki, jakieś szepty, szurania, posykiwania jak z futurystycznego filmu, znałem przecież te wszystkie odgłosy, ale miałem wrażenie, że słyszę je po raz pierwszy. Wszystko brzmiało nowo i natychmiast ulatywało z mojej pamięci. Usiłowałem przypomnieć sobie jakiś głos, jakieś słowa, jakiekolwiek, ale nie byłem w stanie.
    Nie wiedziałem, gdzie się znajduję, co ze mną zrobiono, ostatnim wyraźnym wspomnieniem był widok Ireny Łotwickiej spoczywającej tuż przy moim sercu, upojonej miłością, w tamtej chwili należącej tylko do mnie.
    Otworzyłem oczy, ale przymknąłem je natychmiast, oślepiony blaskiem niemrawego, jesiennego słońca. Widok kasetonu z wyłączonymi jarzeniówkami przysłaniało coś zielonkawego, jak zastygła w połowie drogi do brzegu morska fala.
    – Ach, panie Julianie…! – głos był niewyraźny, zgrzytliwy niczym czarna płyta, jakie odtwarzała mi w dzieciństwie przeorysza. – Pani doktor! Pacjent wrócił!
    Pochyliła się nade mną, eteryczna, zdawać się mogło, że zbyt młoda, piękna jak anioł ze starego malowidła. Kosmyk jasnych włosów wymknął się z węzła na karku. Uśmiechała się tkliwie, przyjaźnie, a ja mogłem to zobaczyć, zidentyfikować wyraz jej twarzy, rozpoznać wyraz jej jasnoszarych oczu!
     Poświeciła mi prosto w twarz maleńką latareczką, mrucząc o responsywnych źrenicach, poskrobała coś na podkładce z kartą pacjenta, poszeptała do pielęgniarki, która oddaliła się pospiesznie, szurając podeszwami po posadzce.
   – Panie Kolbe, czy pan mnie słyszy? Proszę zamrugać dwukrotnie, jeśli tak.
      Miała taki ulotny, delikatny głos…!
    Wykonałem polecenie, mruknąłem coś, poprawiła plastikowy kaganiec na mojej twarzy.
     – Proszę nic nie mówić, jest pan zaintubowany.
    Pielęgniarka wróciła, zawisły nade mną obie niczym drapieżne ptaki, po chwili, w której miałem wrażenie, że wyrywają mi tchawicę, byłem uwolniony od oplatających mnie lateksowych macek. Kaszlałem, gardło bolało niemiłosiernie, kręciło mi się w głowie.
     – Operacja była bardzo poważna, ale nie pozwoliliśmy panu odejść, choć bardzo pan tego chciał. – Złożyła dłoń na mojej piersi. – Ma pan nowe serce. Teraz przed panem długa rekonwalescencja, będzie trzeba zmienić dietę, pomyśleć o rehabilitacji, ale najpierw zrobimy wszystkie badania, biopsję, no i umówimy pana z psychologiem.
     Nie potrzebowałem żadnych badań ani rozmów z psychologiem, tak mi się przynajmniej zdawało. Czułem się lekki, bezcielesny, mimo tego, że ból w piersi był dokuczliwy, do tego piekielnie swędziała mnie ogolona do zabiegu skóra.
    – Dosłownie na chwilę przed pańskim zasłabnięciem pobraliśmy narząd od motocyklistki. To był jakiś fortunny zbieg okoliczności, gdyby nie jej serce, już nie byłoby pana z nami…
   Spojrzałem na nią błagalnie, czułem, że drżą mi ręce, pikanie aparatury nabrało tempa i intensywności.
     – Spokojnie, panie Julianie! – Lekarka złożyła dłoń na mojej. – Ja wiem, kim pan jest, bardzo panu kibicowałam…! – szepnęła cicho. – Gdy zobaczyłam pana na stole, zamarło we mnie serce! I dlatego powiem panu, czyje to było serce, bo wiem, że chciałby pan wiedzieć.
     Odetchnąłem, przez moje płuca przewaliły się garście piasku.
   Nie musiała nic mówić, wiedziałem, słyszałem jej oddech w mojej głowie, słyszałem bicie jej serca, mojego serca.
  Pokręciłem przecząco głową, kobieta uśmiechnęła się nieznacznie, wstała z krawędzi łóżka, jakby nagle uświadomiła sobie, że złamała już chyba wszelkie zakazy panujące na oddziale intensywnej terapii.
     – Proszę odpoczywać, zobaczymy się później.
     Zamknąłem oczy.
     Nie byłem już sam.
     Ogarnął mnie błogi spokój, choć wszystko we mnie krzyczało z rozpaczy i wdzięczności zarazem. Ona naprawdę nie żyła, a ja nie byłem na jej pogrzebie. Nagle ostatnie miesiące mojego życia, lata całe wydały mi się snem, a ja znowu byłem małym chłopcem, który miał opuścić szpital po poważniej operacji i wyjść w obcy, niebezpieczny świat, na zawsze naznaczony blizną na piersi.
     Tym razem jednak świat nie wydawał mi się groźny.
     Chciałem wrócić do swego przytulnego mieszkanka, do swego fortepianu, do życia, w które nigdy nie wtargnęła szalona, skrzywdzona, nierealnie niesamowita kobieta, wariatka, poetka, moja kochanka, moja Nemezis, moje przekleństwo.
     Już nigdy nie miała pojawić się w moim życiu.
    Była bowiem we mnie i ze mną, na zawsze, do końca, dopóki śmierć nas nie rozłączy.
     Moja śmierć.

     Pięć lat później razem wygraliśmy Konkurs Chopinowski.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz