czwartek, 1 grudnia 2016

GALERIANKA - rozdział 1



1

     Widział ją tutaj już wcześniej.
    Widywał ją prawie codziennie, w tym samym miejscu, o tej samej porze. Kontekst również zawsze był taki sam.
Przechadzała się wśród anonimowego tłumu, wśród papierowych toreb, zawsze zbyt wielkich w stosunku do ich zawartości, opatrzonych krzykliwymi logotypami lub dyskretnymi nazwami droższych butików, których nie rozpoznawała. Ją interesowały tylko "sieciówki", to, co najmodniejsze, najbardziej popularne. Nie chciała się wyróżniać, nie chciała odstawać od sobie podobnych, młodocianych, żywych lalek, opakowanych w głupawe ciuszki produkowane seryjnie gdzieś w Chinach przez dzieciaki o pustych oczach.
     Jej oczy były równie puste: uczernione nieodpowiednim do przedpołudniowej pory makijażem, tuszem zlepiającym niedokładnie doklejone sztuczne rzęsy, dodatkowo podkreślającym ich groteskowość. Włosy nosiła rozpuszczone i zawsze lekko zmierzwione, pewnie celowo, by dodać objętości lnianym kosmykom. Zastanawiał się, jakie były w dotyku, czy sztywne i niepodatne na układanie, czy przeciwnie, lekkie jak włosy niemowlaka? Efekt tych zabiegów fryzjerskich był tragiczny, tak jak wszystko inne w niej było tragiczne: za duże czerwone szpilki, które zawsze zakładała w biegu jadąc na ruchomych schodach, pewnie wyciągnięte z szafy matki albo starszej siostry, kobiet–widm, nieobecnych w jej życiu, które nie nauczyły jej szacunku do samej siebie; chude kolana, gołe mimo panującego na zewnątrz mrozu, kurtka ze sztucznej skóry i przewieszony przez ramię plecaczek pamiętający lepsze czasy, a może i lepszą właścicielkę – wszystko to było tragiczne.
    Tego dnia nie miała ze sobą plecaczka. Na jej ramieniu nonszalancko dyndała cekinowa kopertówka na złotym łańcuszku, oczywiście nieodpowiednia na tę porę, na to miejsce, na jej wiek i resztę jej stroju, na który składała się rzeczona kurteczka, kusa plisowana spódniczka i nieodłączne czerwone szpilki. Co zrobiła z trampkami, które zawsze chowała do plecaka na schodach? Pewnie przyszła w tych butach, brnąc przez pośniegowe błoto. A może nie przyszła? Może przyjechała taksówką, albo podwiózł ją któryś z jej…?
     No właśnie. "Któryś z jej".
     Scenariusz zawsze był taki sam.
    Spacerowała wzdłuż pasażu, obserwując witryny, ale on wiedział lepiej, że w szybach wyglądała odbicia ofiary. Odbicia sponsora – znudzonego faceta w średnim wieku, leniwie sączącego espresso przy pretensjonalnym stoliku przed kawiarnią albo opierającego się o balustradę, marzącego o tym, żeby wyjść już na papierosa albo na cokolwiek innego. Starannie wybierała swoje ofiary, nie kokietowała gołodupców, wiedziała, kogo szuka. Wypatrywała tego błysku szaleństwa w oczach, który właściwy był jedynie mężczyznom zepsutym, znudzonym i zdesperowanym, na tyle pewnym swojej pozycji zawodowej i społecznej, iż wiedzieli, że wszystko ujdzie im na sucho.
    Dosiadała się do stolika i przypatrywała im się wzrokiem mówiącym: "Zrobię wszystko, szybko i efektywnie." A oni rzadko odmawiali. Czasami wpadała na delikwenta niby to przypadkiem, upuszczała plecaczek, upuszczała torebkę czy cokolwiek miała w dłoni, a gdy schylali się by jej pomóc wiedziała, że wygrała.
      Podchodzili do witryny, wchodzili do butiku, wymieniali kilka zdań. Kupowali jej czas i ciało opakowane w krzykliwą torebeczkę. Później ona szła do toalety, on wracał dopić kawę i za minutę lub dwie podążał za nią. Nigdy nie trwało to dłużej niż kwadrans.
    Oni zawsze wychodzili z sytuacji nieskazitelni, poprawiali dyskretnie krawaty, niektórzy nawet ostentacyjnie spodnie w kroku jeśli byli przekonani, że nikt nie patrzy. Ale on patrzył, widział w ich oczach podszyty pedofilską satysfakcją postorgazmiczny spokój, chorą satysfakcję. Znikali i więcej się nie pojawiali, przekonani o jednorazowości wyskoku. Nigdy nie widział, by poszła dwa razy z tym samym mężczyzną, zresztą w jego oczach oni wszyscy zlali się w jednego, archetypicznego zboczeńca.
     Później pojawiała się ona: zawsze na miękkich nogach, jak pijana, jeszcze ocierała usta albo dziwacznie rozstawiała nogi, jakby chcąc pozbyć się jakiegoś wpełzającego między uda insekta. Opierała się o ścianę albo siadała przy stoliku, poprawiała zmierzwione włosy, sterczące na czubku głowy, w ewidentny sposób wskazując na to, że jakaś dłoń trzymała ich pukiel właśnie w tym miejscu. Wydobywała z kieszeni kurteczki bezbarwny błyszczyk, niezdarnie malując napuchnięte usta. Miała widoczną przerwę między jedynkami, jak Vanessa Paradis, była do niej nawet podobna. Albo do Twiggy. Gotów był dać uciąć sobie rękę za to, iż nie miała pojęcia, kim była Paradis albo Twiggy. Wyglądała na kogoś, kto nie wie, kim jest Madonna, w końcu wszystkie te ikony były w wieku jej babki. Albo martwe.
      Kiedy zobaczył ją po raz pierwszy? Nie pamiętał. Wpadał na kawę w porze lunchu od kilku miesięcy, od czasu, gdy objął kierownicze stanowisko w firmie. Ekspres w biurze był wart tyle, co jego pierwszy samochód trzy dekady wcześniej. Ale on nigdy nie lubił snobistycznych wynalazków. Nie odziedziczył firmy, piął się po szczeblach kariery przez lata, dorobił wszystkiego własnymi rękoma, doszkalał na różnych sympozjach, zjazdach, jeździł na szkolenia, w delegacje, o których wolał nie pamiętać. To było tak dawno, w czasach "przedinternetowych", przedpotopowych. Jako "niezależny konsultant" siedział obecnie na wygodnym stołku w osobnym pokoiku w trzewiach korporacyjnego biurowca wtopionego w budynek galerii handlowej. I to właśnie w niej, przy pretensjonalnym kawiarnianym stoliku, rozsiadając się w fotelu w kolorze kurzu, popijał kawę w porze lunchu, ciesząc się swobodą niedostępną pozostałym korporacyjnym szczurom, tym "zależnym".
      Z nikim nie rozmawiał, za to wnikliwie obserwował, dorabiając sobie historyjki do wybranych z przewalającego się przez galerię niezależnie od pory tłumu ludzików.
      Ona była jednym z takich ludzików.
     Przecież mógł się mylić. Równie dobrze mogła być… nie, nie mogła być nikim innym.
     Torebeczka nonszalancko dyndała na jej ramieniu, gdy podeszła do jego stolika i rozsiadła się bez pytanie w fotelu naprzeciwko, odsuwając chudym biodrem jego aktówkę. Bezczelna gówniara.
     – No cześć! – rzuciła przez mlaskanie gumą do żucia. – Długo się jeszcze będziesz tak gapił?
   Nawet się nie zdenerwował faktem, że dostrzegła jego podglądactwo, bo niby czym miał się zdenerwować? Była tylko puszczalską gówniarą, a on biznesmenem w średnim wieku. Upewnił się dyskretnie, że portfel miał w wewnętrznej kieszeni marynarki, a nie w aktówce, którą mogłaby porwać i zbiec w tłum. Dogoniłby ją zresztą bez trudu, miała na nogach te idiotyczne szpilki, a on co rano przebiegał 10 kilometrów w tempie więcej niż średnim. A zresztą nie była złodziejką. Była dziwką.
      – No cześć – odrzekł, unosząc filiżankę americano do ust. – Nie schlebiasz sobie, dziewczynko? Dlaczego miałbym się na ciebie gapić?
    Przechyliła głowę, ni to kokieteryjnie, ni bezczelnie. Miała rozszerzone źrenice, pewnie wciągnęła jakąś kreseczkę dla dodania sobie animuszu albo zagłuszenia sumienia.
     –To co, deal? – spytała, po czym strzeliła balonem z gumy. – Handy czy blow?
      To było obrzydliwe.
     Czy ona naprawdę sądziła, że pójdzie z nią do publicznej toalety i pozwoli sobie obciągnąć?
     Przecież to było właśnie to, o czym pomyślał, gdy zorientował się, co robiła z tymi wszystkimi facetami, prawda? Na kilka grzesznych sekund stopił się razem z nimi w postać archetypicznego pedofila, wyobrażając sobie, że trzyma ją za włosy, że przytrzymuje jej głowę, poruszając biodrami, że widzi i słyszy, jak dziewczątko dławi się nim. Gdy wtedy poczuł poruszenie w rozporku, zerwał się z miejsca, rzucił na stół zapłatę i wybiegł z galerii, zawstydzony i wściekły.
     Ale wrócił nazajutrz wypatrując jej. A potem następnego dnia, i kolejnego.
     A teraz ona siedziała przed nim i proponowała mu to, o czym wówczas przez moment zamarzył.
    – Handy czy blow… – powtórzył za nią, nagle jakby rozmarzony, zmrużył oczy, a jej twarz rozmyła się, stała podobna czaszce z czarnymi oczodołami. – To twój stały tekst?
     Poruszyła się niespokojnie, jakby chciała wstać, upokorzona jego oporem. Dziwne stworzenie, które odmową czuło się urażone bardziej niż gwałtem, przekonane o własnym, dziwacznym powabie…
      – Co sobie dzisiaj upatrzyłaś, mała? Torebka, buty? Perfumy?  – zagadnął przyjaźniej, jednocześnie wykonując gest w stronę przemykającej obok kelnerki.
    – Coś jeszcze dla pana? – spytała usłużnie, ignorując dziewczynę.
      Spojrzał na nią, unosząc brwi.
    – Puchar lodów z owocami i gorącą czekoladę! Tylko bez truskawek! – wypaliła, krzyżując ramiona na piersi.
     Prawie się zaśmiał, niemalże przekonany, że zamówi espresso. Była dzieckiem, puszczającym się dzieckiem, które, gdy tylko mogło, wybierało słodycze.
     – Jesteś uczulona na truskawki? – zapytał, gdy kelnerka się oddaliła.
       – A co cię to obchodzi?
      Nie obchodziło go, zapytał kurtuazyjnie. Nie chciał pozwolić jej na ściągnięcie się do poziomu gówniarskiej pyskówki.
     – Pytam, bo mam przy sobie tylko truskawkowe kondomy – odparował, zachowując kamienną twarz.
      Zmieszała się, ale tylko na moment.
      – W takim razie handy – odrzekła butnie, patrząc mu w oczy. – Za perfumy. Ale dobre, z Sephory.
      Wytrzymał jej spojrzenie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz