piątek, 2 grudnia 2016

GALERIANKA - rozdział 2



2

    Oczywiście wiedziała, że od dłuższego czasu ją obserwował.
    Upatrzyła go sobie już za pierwszym razem, ale wtedy jakoś nie odważyła się do niego podejść, wydawał się zbyt niedostępny, zbyt obojętny, była przekonana, że odmówi, a ona się ośmieszy i w ogóle straci zapał do całego przedsięwzięcia.
   A zapału stracić nie mogła, nie mogła stchórzyć. Koleżanki przychodziły do szkoły w coraz to nowych ciuchach, które znała z billboardów, na coraz to wyższych obcasach, ze zrobionymi włosami, doklejonymi pazurami, którymi z trudem miziały coraz to nowe telefony i tablety. Nie kupiły tego wszystkiego za kieszonkowe, a ona wiedziała lepiej, niż inni, jak zarobiły na te wszystkie gadżety i bajery.
    Znała to z domu.
   Większość kasy zarobionej przez matkę na puszczaniu się szła na to, by utrzymywać spiralę kurewstwa w ruchu: na fryzjera, kosmetyczkę, ciuchy, depilację, utrzymanie nieskazitelnego buduarku w ich trzypokojowym mieszkanku – pokoiku rozkoszy – do którego jej matka sprowadzała klientów. Kryształowy żyrandol, dobra gatunkowo pościel, którą ona musiała codziennie prać, trzeba było przyznać, że matka kurwiła się z klasą. Wszyscy ci zagubieni faceci wyglądali groteskowo na tle przymałych mebelków, w przymałych pokoikach, przy jej filigranowej, wyglądającej jak przykurzony milion dolarów matce. Zamykała się w pokoju, nie chcąc niczego widzieć i niczego słyszeć. Siorbanie drogiej brandy, nerwowy chichot faceta, perlisty śmiech matki, stuk kryształowych kieliszków, a potem zwiastujący nieuniknione odgłos zacinającego się bidetu, oznaczający szykowanie delikwenta do właściwej akcji. Pół godzinki tłumionych jęków, przesączających się przez cienkie, późnogierkowskie ściany… I po sprawie, facet wychodził, kłaniając się jak idiota nie wiadomo komu, a matka wyłaniała się z buduarku, przeczesując leniwie przedłużone włosy, jak królowa, z podniesioną głową, aby dokonać rytualnych, oczyszczających ablucji.
    Później upijała się do nieprzytomności napoczętą brandy i padała na twarz w saloniku na rozkładanej wersalce.
   Pieniędzy z jej puszczalstwa nie starczało na potrzeby dziecka, które od momentu, gdy zamieszkały w tej norze na blokowisku, musiało radzić sobie samo.
    Nie była już dzieckiem, od dawna. Dorosła szybciej, niżby sobie tego życzyła, gdy matka padła ofiarą oszusta matrymonialnego i straciła wszystko. Wszystko: dom, dwa samochody, papiery wartościowe. Wyniósł nawet biżuterię, skurwysyn! Skończyły się prywatne szkoły, lekcje tenisa, kolacyjki w restauracjach, zniknęły palmy, zniknęły plaże, wszystko zniknęło. Pieniędzy z bieżącego konta, których "Raoulcio" nie przehulał, starczyło na desperacki wojaż w rodzinne strony. Wymazała z pamięci przelot samolotem w klasie ekonomicznej i lądowanie na zapleśniałym lotnisku na południu kraju. Wymazała przeprowadzkę do mieszkanka w bloku, nienawistne spojrzenia "koleżanek" w nowej szkole, zaczepki pryszczatych chłopaków, podśmiechujki z jej obcego akcentu. "Dżoana!" wołali za nią, ale nie reagowała.
    Do czasu.
   Któregoś razu nie wytrzymała i spięła się z klasową gnębicielką w szatni, wyrywając jej sporą garść włosów. Matka na kacu siedziała przed dyrektorskim biurkiem i z miną Grety Garbo,z wysoko uniesionymi, wyskubanymi brwiami, wysłuchiwała elaboratu pedagoga o niewłaściwym wychowaniu i "szkodliwości społecznej" latorośli. Matka skwitowała ten monolog jednym zdaniem.
    – Ojciec Ilony został zastrzelony za granicą kilka lat temu. Córka nie przepracowała traumy.
   Co było ewidentną bzdurą, jednakże dyrektor zamknął się w ciągu chwili, skierował straumowaną dziewczynę na konsultacje do psychologa i przetrzepał szkolnych cwaniaków tak skutecznie, że żadne "Dżoany" z ich ust więcej nie padły.
   Ilona ciągle była jednakże tylko przybyszką nie wiadomo skąd, myszą z blokowiska w znoszonych trampkach, z niezrobionymi włosami i niezrobionymi pazurami. Przy prywatnych lekcjach tenisa takie wątpliwe ozdoby tylko przeszkadzały, a dziewczyna od zawsze była raczej typem żylastej sportsmenki, a nie wymuskaną paniusią. Wolała wydawać "kieszonkowe", które matka wywalczyła podczas rozwodu z jej ojcem na kursy nurkowania na Karaibach i utrzymanie rasowego konia, na którym raz w tygodniu kłusowała po plaży.
    Nie było już sprzętu do nurkowania i nie było konia. To znaczy był, ale znajdował się pod tyłkiem innej paniusi z dobrego domu. Jej pozostawała perspektywa siadania na kolanach podstarzałych zboczków, wiedziała jednakże, że póki co nie zdecyduje się na tak dalece posunięte kurewstwo.
  Matylda przekazywała jej plotki klasowych puszczalskich. Uznana za nieszkodliwą wariatkę prymuska była dopuszczona do klasowej elity ze względu na to, że odpłatnie dawała odpisywać zadania i pisała wypracowania, które bez problemu przechodziły przez programy antyplagiatowe. Stanowiła łącznik między Iloną i resztą klasy, wciąż nastawioną do niej z wrogą obojętnością.
   To właśnie Matylda opowiedziała jej o rzemiośle koleżanek, które wydało się Ilonie łatwym sposobem szybkiego zarobku, bez teatralnych podmyć i spektakularnego rozkładania nóg wśród koronek i kryształów, jakie uprawiała jej matka. I choć obiecała sobie solennie, że nigdy nie będzie się puszczać, życie szybko zweryfikowało jej postanowienie.
    Nie pamiętała pierwszego faceta, którego obsłużyła. Jego twarz była obliczem manekina bez wyrazu, miał wąsiki, a może bródkę i wydajny brzuch opięty pulowerem w romby. Na jego przegubie pysznił się złoty roleks, a przerzedzone włosy były starannie ufarbowane. Wszystko trwało nie dłużej niż trzy minuty, gmerała dłońmi pod jego brzuchem, wysłuchując cichego, tłumionego popiskiwania, po  czym zmyła lepkość z rąk, chwyciła papierową torebeczkę, w którą były zapakowane srebrne kolczyki i uciekła, nie oglądając się za siebie.
   Nigdy nie założyła tych kolczyków, dała je w prezencie gwiazdkowym Matyldzie.
    Miesiąc trwało, nim zdecydowała się zrobić loda. Oglądała pornole w celach edukacyjnych, czując mdłości i jednoczesne rozkoszne mrowienie między nogami. Pierwszego klienta do laski wybrała bardzo starannie, był czyściutki, pachnący i miał niewiele w majtkach, więc koniec końców nie było nawet tak strasznie. Oczywiście wyrzygała się, gdy tylko zniknął jej z oczu, ale był to "paw moralniakowy" raczej, a nie skutek faktycznego obrzydzenia.
    Potem było już z górki.
   Jej szafa zapełniła się modnymi fatałaszkami, zarobiła na nowy telefon i laptop, wiosną kupiła damkę z najwyższej półki. Rozjaśniła włosy, ale pazurów sobie nie dokleiła, bo zapisała się do szkółki jeździeckiej. Koleżanki zaczęły nawet się z nią witać, ale nie było jej spieszno do socjalizacji, coraz bardziej zaczynała przypominać własną matkę: zimną królową śniegu. Życie stało się odrobinę mniej nieznośne.
    A potem ON zaczął ją obserwować.
   Początkowo zauważała go jedynie kątem oka, jak popijał kawę i czytał niezwykłą w dzisiejszych czasach papierową gazetę. Przystojny był, choć stary, dobiegał pewnie pięćdziesiątki albo i sześćdziesiątki, nie potrafiła nigdy ocenić ich wieku. Miał gęste, zaczesane do góry włosy, siwiejące na skroniach, starannie przystrzyżony zarost, image "eleganckiego menela", tak modny ostatnio wśród facetów o połowę młodszych. I garnitur, co chwilę inny, wyglądający na cholernie drogi. Trzyczęściowy, z kamizelką, kolejne dziwactwo. W szczupłym, wysportowanym ciele krył się młodzieńczy wigor, co skontrastowane z siwiejącymi włosami i ogorzałą, poznaczoną siecią zmarszczek twarzą dawało intrygujący efekt pirata wbitego w strój galowy.
    Siedział teraz przed nią z kamienną twarzą, splótłszy na stoliku kształtne dłonie, musiał robić sobie manicure, miał takie wypielęgnowane paznokcie, kosmyk srebrzystych włosów wymknął się z czuba zaczesanego nad czołem, silver fox w pełnej krasie, jak wycięty z "Glamoura". I nie bardzo wiedziała, czego od niej chciał, bo o tym, że nie da sobie zrobić dobrze w publicznym kiblu była przekonana.
   – Jakie to mają być perfumy? – zapytał, odstawiając pustą filiżankę i jej przekonanie wyparowało.
   Poczuła jakiś strach, jak przed klasówką, do której nie była przygotowana.
   – Guerlain Pamplelune – szepnęła, czując, że zasycha jej w ustach.
    Pięknie to powiedziała, słowa wytoczyły się z jej wulgarnych ust jak krągłe perły. Nie spodziewał się tego, na jego zaciśniętych wargach zatańczyło coś na kształt półuśmiechu.
    – Zaczekaj tutaj.
   Złożył gazetę, pochylił się nad nią, sięgając po swoją aktówkę i odszedł w stronę perfumerii.
   Przez moment miała ochotę zwiewać. A co, jeśli faktycznie zażyczy sobie ręcznej robótki? Albo gorzej: kupi nieperfumowane kondomy i zechce wpakować jej do ust??
Kelnerka postawiła przed nią lody i uśmiechnęła się krzywo.
   – Panienka płaci? – zapytała, jakby z góry przekonana, że ten rachunek nie zostanie uregulowany.
     – Tata zaraz wróci. – Ilona skrzywiła się paskudnie.
    – Oczywiście – kelnerka odpowiedziała podobnym grymasem. – W końcu jest naszym stałym klientem. Aż dziwne, że przyprowadził swoją córkę na lody dopiero teraz!
    Oczywiście, że nie łyknęła tej bajeczki.
    "Córkę na lody"! Trafniej tego ująć nie mogła.
  Na czubku piramidy z kolorowych kulek leżała wielka truskawka.  
   Złośliwa zdzira, pewnie jej się podobał i chciała zaszkodzić konkurencji! Zdjęła owoc i wyrzuciła go pod stolik.
   W lewo, w prawo, teraz kółeczko wokół, zassać, pomiziać od spodu… Memłała łyżeczkę w ustach, z bijącym sercem oczekując jego powrotu, modląc się jednocześnie do wszystkich sił piekielnych żeby nie wrócił, nie wrócił, nie wrócił…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz