niedziela, 4 grudnia 2016

GALERIANKA - rozdział 3


 3

    Przez kilka minut przechadzał się między półkami bez jakiegoś konkretnego schematu, kilka razy minął wystawkę Guerlaine'a jakby jej nie zauważył.
     Istotnie, myślami był zupełnie gdzie indziej.
    Co on sobie, do cholery, wyobrażał?? Przecież nie zamierzał pozwolić tej gówniarze nawet się dotknąć! Na myśl o tym ilu facetów macała dłońmi o obgryzionych paznokciach, ile anonimowych penisów miała w ustach, wstrząsał nim dreszcz obrzydzenia.
    Z drugiej strony przez moment miał ochotę uleć pokusie, w końcu nic, poza moralnością, nie stało na przeszkodzie. Nie był aktualnie w żadnym związku, zdarzało mu się chodzić na dziwki. Zawsze jednak wybierał dobrze utrzymane, czyste, najdroższe profesjonalistki po trzydziestce, a nie jakieś smarkule, które ledwie od ziemi odrosły.
    Ile mogła mieć lat? Wątpił w to, że była pełnoletnia. Jakoś nigdy nie kręciły go małolaty, za jakimi oglądali się faceci w jego wieku, drążeni kryzysem wieku średniego albo andropauzą. Nie musiał sobie niczego udowadniać, a już na pewno nie w taki sposób.
    Po co więc w ogóle z nią rozmawiał? Dlaczego od razu jej nie spławił? Dlaczego obsesyjnie ją obserwował od tylu tygodni? Pewnie dlatego, że należała do świata, którego nie rozumiał, z którego był wykluczony swoimi pieniędzmi i pozycją społeczną, do świata nieustannego dążenia do czegoś, czego nawet nie potrafiło się zdefiniować, a co miało wiele wspólnego z desperacką potrzebą akceptacji.
    To dlatego się puszczała: po to, żeby zarobić na kosmetyki, fatałaszki, gadżeciki, które sprawią, że stanie się taka sama, jak inne, tak samo sztuczna, tak samo dizajnerska, tak samo wygodnie usadowiona na półeczce w butiku dla pączkującej klasy średniej. Miał pewność, że to był szczyt jej aspiracji i jednoczesne przekonanie o tym, że póki co siedziała na o wiele niższym szczebelku drabiny…
    Jak to jest, pragnąć takich trywialności tak silnie, że oddawało się za nie własną godność, własne ciało? Nie pamiętał. A może właśnie pamiętał aż za dobrze…
    – Czy mogę w czymś pomóc?
  Obejrzał się, przestraszony, wyrwany z zamyślenia jak z niespokojnego snu.
    – Guerlain Pamplelune, proszę ładnie zapakować.
  Ekspedientka, czy może raczej – asystentka klienta – przypominająca ożywionego manekina w stroju stewardessy sięgnęła po flakon, ocierając się o kupującego biustem ściśniętym dopasowaną marynarką, był pewien, że celowo. Działał na kobiety i nauczył się to wykorzystywać, ale teraz nie miał ochoty na gierki.
    – Nie te, większy flakon – rzucił, odsuwając się.
    Uśmiechnęła się triumfalnie, jakby zdobyła jakieś punkty.
   – Prezent na Walentynki? – spytała niedyskretnie, szeleszcząc celofanem, gdy już podeszli do lady. – Wspaniały zapach, świeży, rześki, w sam raz na poprawienie humoru w taką pogodę!
   Co za banały! Te nic nieznaczące interakcje ze sprzedawcami zaczynały go męczyć. Przez jego umysł przemknęła wizja zaszycia się w ośnieżonej chacie gdzieś w Bieszczadach, albo w Andach, z kozą w komórce i kurnikiem na podwórku. Bez dostępu do sieci, telefonu, tylko z siekierą i zaprzęgiem psów husky.
   – To dla córki – skłamał czując się tak, jakby popełniał jakieś przestępstwo.
  – To może wybierzemy jeszcze coś dla żony? – dziewczyna kokieteryjnie przekrzywiła głowę, wypinając biust, co miało odwrócić uwagę od tego, że usiłuje dojrzeć obrączkę na jego palcu. Co było z nimi wszystkimi nie tak…?
   – Dziękuję, już mam. – Włożył kartę do terminala takim gestem, jakby uruchamiał gilotynę.
   Ekspedientka zanurkowała pod ladę i wydobyła garść próbek, które dorzuciła do papierowej torebki.
   – Próbeczki gratis…! – wyszeptała. – Zapraszamy ponownie! – dodała głosem sugerującym, iż ją również mógłby wypróbować.
   Uśmiechnął się krzywo, po nieudanej próbie zmieszczenia torebeczki do aktówki wziął w palce sznureczek jakby był dżdżownicą i wyszedł.
   Nie zauważył wcześniej tych wszystkich serduszek, misiów, różyczek i innych wyszywanych i grawerowanych pierdół, promocji walentynkowych, obniżek, okazji, kuponów i pakietów na podwójne kolacyjki, masażyki czy seanse wyskubywania brwi dla dwojga. Czasami miał wrażenie, że poza biurem zauważa tylko co czwartą klatkę z tego, co się wokół niego dzieje. Szedł wzdłuż krzyczących czerwienią i słodyczą witryn i czuł się osaczony przez różnorakie "kochamcie".
    Kiedy ostatnio obchodził walentynki? Zdaje się, że nigdy. Gdy jeszcze miał żonę i gdy jeszcze ją kochał, zanim okazała się własnością wspólną jego i kilku jego kolegów, nikt nie słyszał o takim święcie. Kobietom kupowało się goździki i rajstopy na Dzień Kobiet, babciom "Biovital" na Dzień Babci, a matkom wręczało się laurki zrobione przez dzieci, bo oczywiście nigdy nie pamiętał o Dniu Matki. Zanim jego córka dorosła do robienia laurek, Tamara porwała ją za granicę, a jemu przesłała papiery rozwodowe, chcąc uniknąć upokarzającej konfrontacji w sądzie, która koniec końców i tak ich nie ominęła. To nie była Ameryczka, gdzie wszystko można było załatwić jednym podpisem przez prawników. Wtedy postrzegał półtoraroczne dziecko jako wiecznie niezadowolone stworzenie, które trzeba było karmić i ubierać, a mimo to było zawsze w podłym humorze, wyrażającym się wrzaskiem o każdej porze dnia i nocy, najgłośniejszym akurat wówczas, gdy on zdrzemnął się po dwunastogodzinnej orce w biurze. Nie planowali dziecka, chciał najpierw spłacić kredyt, wspiąć się w firmie jak najwyżej.
    Zrobił to, ale już po emigracji eks–małżonki. Przez jakiś czas posyłał im zasądzone alimenty, ale gdy kilkakrotnie otrzymał informację, że przelew nie dotarł, przestał to robić. Próbował je odszukać, ale bez entuzjazmu, szczególnie po tym, jak dostał pocztówkę z Hiszpanii, na której zamiast świątecznych życzeń widniało kilka ostatecznie brzmiących słów: "Nie szukaj nas, jesteśmy szczęśliwe, mam nowego męża, a twoja córka nowego ojca."
    Nie szukał ich, nawet nie miał takiego zamiaru. Nie był typem walczącego tatuśka, który poruszyłby niebo i ziemię, żeby odzyskać swoją latorośl. Co niby miał zrobić z dzieckiem w czasach, w których praktycznie mieszkał w firmie? Nie miał pojęcia o wychowywaniu dzieci, a już szczególnie dorastających dziewcząt. Może i Tamara była puszczalską, ale była jednocześnie dobrą matką, widział to, zanim się rozstali. Rozpieszczała córeczkę, zalewała ją falami czułości, której dla niego już zabrakło.
    Ale sam też nie był lepszy. W zasadzie nie wiedział, dlaczego i po co się z nią ożenił. Chyba zachłysnął się jej urodą, łączącą w sobie delikatność i dzikość, sączące się z każdego jej gestu, pobrzmiewające w dźwięcznym głosie, w perlistym śmiechu. Nie przeszkadzało mu, iż nie była dziewicą, w końcu czasy ich młodości przypadały na rozpasane lata siedemdziesiąte, on też nie był prawiczkiem. Jakoś nie podejrzewał, że jej biegłość w ars amanti może wynikać nie z fascynacji jego osobą, ale z niezaspokojonej potrzeby adoracji, nie tylko przez niego. Nie łączyło ich nic poza spektakularnym seksem.
    Uwiodła kilku jego kolegów, przyjaciół, których lojalności był pewien. Po rozwodzie spalił za sobą wszystkie mosty, zabrał oszczędności, bez żalu oddał jej mieszkanie, które szybko spieniężyła i uciekła. Chyba obydwoje potrzebowali ucieczki, zmiany, nie chcieli dłużej żyć w mieście, które przyniosło im tyle rozczarowań.
    Wtedy po raz pierwszy zamarzył o chacie w Bieszczadach, ale w tamtych czasach nie miał jeszcze żadnego finansowego zaplecza. Czytał pierwsze poradniki survivalowe, zaczął chodzić na siłownię i paintball, zapomniał, że kiedykolwiek był mężem i ojcem, przez jakiś czas czując się po prostu samcem. Wdał się w kilka krótkich romansów i jeden nieudany związek z dziewczyną młodszą o piętnaście lat, co często wspominał z niesmakiem jako skutek uboczny nieuchronnego wejścia w wiek średni. Na pocieszenie kupił nawet kabriolet, ale szybko go sprzedał.
    Stał się pracoholikiem.
   Pieniędzy przybywało, wiec zaczął grać na giełdzie, mnożąc je szybciej, niż był w stanie wydawać. Pozwolił zatrudnić się w korporacji chyba tylko z nudów.
    To właśnie z nudów stał się podglądaczem.
    To z nudów pozwolił się zagadnąć tej małoletniej puszczalskiej.
    Potrzebował jakiejś odmiany, ożywienia, czegoś, co tchnęłoby w niego nowe życie. Być może potrzebował misji, którą poczuł, gdy przysiadła się do jego stolika.
    Chciał sprawić, żeby to wulgarne dziewczątko zeszło ze ścieżki zepsucia.
    Przystanął, gdy to sobie uświadomił, czując nagły atak paniki.
    Zatrzymał się przed wyłomem szklanej ściany, mając cichą nadzieję na to, że gdy wróci do kawiarni, jej przy stoliku już nie będzie, nie będzie, nie będzie…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz