środa, 4 stycznia 2017

GALERIANKA - rozdział 5



5

    Czuł się jak idiota.
    Oczywiście, że jej nie było, zżarła lody i zwiała, a on musiał tłumaczyć się za smarkulę przed kelnerką, patrzącą na niego z wyrazem triumfu w oczach, jakby już wszystko wiedziała, jakby przejrzała na wylot jego sprośne myśli.
Wcisnął jej w dłoń stuzłotowy banknot i odszedł, nie oglądając się za siebie. Wiedział, że już więcej nie usiądzie w tej kawiarence i chyba to najbardziej go zdenerwowało, bo kawę serwowali wyśmienitą.
     Rzucił pakunek z perfumami na tylne siedzenie i zatrzasnął drzwiczki, echo poniosło się po pustawym o tej porze parkingu. Przez moment siedział bez ruchu za kierownicą, zaciskając dłonie na wyślizganej skórze tak mocno, że aż zbielały mu knykcie.
     Zachciało mu się zabaw z gówniarą!
     Zaklął pod nosem i ruszył zbyt szybko, prawie ocierając bokiem auta o pomalowany w czarno–żółte pasy słup.
   Szef wydzwaniał, czuł wibrowanie telefonu w kieszeni marynarki, ale nie miał zamiaru odbierać, chyba nawrzucałby facetowi bez powodu. Zostało mu kilka dni na dokończenie analizy i nie widział powodu, dla którego miałby wysłuchiwać ględzenia, nie był przecież jakimś stażystą, którego można było nieustannie popędzać i bezkarnie rozstawiać po kątach.
     Na ulicach leżało pośniegowe błoto, odwilż zamieniła zaspy w góry brudu, soli zmieszanej z barwiącym rynsztoki na żółto piaskiem. Jechał powoli, przyglądając się wysztafirowanym dziewczętom, moczącym markowe kozaczki na szpilkach w burym, na wpół stopionym śniegu. Nienawidził śniegu, kojarzył mu się z dawnym wypadkiem, w którym jakaś wariatka szalejąca gruchotem na łysych oponach wpadła w poślizg i strzaskała czołowo samochód jego rodziców. To było cholernie dawno temu, w czasach, w których nie było dziecięcych fotelików, nie trzeba było zapinać pasów i zapalać świateł. Otrząsnął się ze wspomnienia, dostrzegając swoją małoletnią galeriankę wsiadającą do autobusu.
   Zacisnął dłonie na kierownicy, przyspieszył i ryzykownie wyminął autobus. No przecież nie będzie jej śledził i robił awantury za ucieczkę z niedoszłego miejsca zbrodni! Może i lepiej się stało, może to był znak, aby zakończył te idiotyzmy i zajął się… no właśnie, czym niby miał się zająć?
    Odprowadziła wzrokiem czarnego maybacha, który wyminął autobus i zniknął za zakrętem. O ile wygodniejsze były siedzenia takiej limuzyny od poprzecieranych, skajowych ławek w przegrzanym autobusie? Brzydziła się usiąść, stała w przemoczonych trampkach, ściskając w dłoni szpilki, jakby bała się, że cuchnący menele odziani w przepocone, woniejące naftaliną szmaty marzą o tym, by je ukraść i wcisnąć na swoje gnijące stopy. Na trasie do jej osiedla była jadłodajnia i noclegownia, wszelkiej maści menty i bezdomniaki wypełniały miejskie rzęchy turlające się po tej trasie. Latem jeździła rowerem, ale zimą to było niemożliwe.
    Wysiadła przystanek wcześniej gdy jeden z pasażerów zaczął zanosić się kaszlem tuż za jej plecami.
    Wyskoczyła w kałużę, postanowiwszy zajrzeć do Matyldy i spisać zadania, w końcu nie była w szkole i to któryś już dzień z rzędu.
    Szarpnęła uchwyt drzwi do klatki schodowej, zamek puścił, przeskakiwała po dwa stopnie, przykrótka spódniczka, taniocha z domieszką lycry, rozciągała się na jej szczupłych udach.
    Wdusiła guzik dzwonka umówionym sygnałem: trzy krótkie, dwa długie i jeden krótki. Matylda wystawiła głowę przez szparę w drzwiach, rozglądając się konspiracyjnie, jakby za koleżanką mógł wpaść do mieszkania jakiś specnaz czy policja. Od kiedy miała na balkonie krzaczek gandzi, zachowywała się jak wariatka. Nieważne, że był luty i wszystkie liście zmroziło, bo zapomniała wnieść doniczkę do domu po sezonie… Matylda oczywiście nie zamierzała palić zioła, potraktowała uprawę eksperymentalnie i spektakularnie ją spieprzyła, jak zresztą wszystko, czego się dotknęła.
    Ilona ustawiła buty na buchającym gorącem kaloryferze, smród gumy wypełnił pokój w ciągu chwili. Matylda usiadła za biurkiem, jakby jej gość był niewidzialny, zaczęła przerzucać wiecznie walające się po nim zeszyty i podręczniki.
     – Lokomotywa o ciebie pytała… znowu! – mruknęła, podając za siebie zapiski.
     Ilona westchnęła i zmięła w ustach przekleństwo.
    Odkąd wygrała jakiś szkolny konkurs gruba, sapiąca polonistka nie dawała jej spokoju. Na nic się zdawały tłumaczenia, że nie zamierza już nigdy więcej napisać żadnego wiersza, wena przyszła i odeszła, a ona zgłosiła wiersz bardziej dla draki niż licząc na jakiekolwiek wyróżnienie. Teraz tego żałowała.
     – Wiesz, tak sobie myślę… – Matylda odwróciła się, spłoniona. – Że może ja też bym spróbowała…?
    – Czego? – Ilona uniosła brwi.
    – No wiesz… tak jak ty…
    – Co "tak jak ty"?
    – No, z facetami…
    Ilona nie wytrzymała i parsknęła śmiechem.
    – Nawet nie jesteś w stanie tego powiedzieć! Powiedz to: "zrobić mu dobrze ręką"! Powiedz!
    Matylda zapadła się pod biurko.
    – Przestań, to nie jest śmieszne! – pisnęła spod blatu.
    Ilona chwyciła z półki dezodorant, przyłożyła do swojego krocza i zaatakowała koleżankę, dźgając biodrami przestrzeń pod biurkiem.
    – Powiedz to! "Zrobić loda, wziąć chuja do buzi"! No dalej, taka jesteś chętna??
    Śmiała się dziko, ale w jej oczach stanęły łzy.
    Matylda odepchnęła ją i wyskoczyła spod biurka.
    – Jesteś nienormalna! – wrzasnęła.
   – Ja jestem nienormalna? To ty jesteś nienormalna, mając takie pomysły! Spójrz na siebie, chudzielec z nastroszonymi włosami, pingle jak podprowadzone prababci, czy ty naprawdę uważasz, że jakikolwiek facet by na to poleciał?
    Matylda zacisnęła wargi.
   – Bierz te notatki i spadaj! Ja w ogóle nie wiem, dlaczego się z tobą zadaję! Puszczalska!
  Ilona nie skomentowała faktu, że minutę wcześniej Matylda również chciała zostać puszczalską.
   Zgarnęła z kaloryfera śmierdzące trampki i wybiegła na klatkę, trzaskając drzwiami. Uczucie wkładania na stopy wilgotnych, cuchnących butów było obrzydliwe. Zdała sobie sprawę z tego, że zostawiła w środku szpilki, ale zanim zdążyła się odwrócić Matylda wywaliła je za drzwi i zatrzasnęła się wewnątrz.
   Kłóciły się tak co chwilę, ale tym razem Ilona czuła, że przegięła. Matylda była już wystarczająco zakompleksiona. Ale nie było innego wyjścia, co to w ogóle za durnowaty pomysł, żeby zająć się…?
   Ilona nie znała innego życia, nie potrafiła pójść inną drogą. Od małego obserwowała hordy facetów przewalające się przez matczyne łóżko, jeśli rodzicielce zdawało się, że córka nie zna rozmiarów jej kurewskiego procederu, była w kolosalnym błędzie.
    Gdy weszła do mieszkania, na paluszkach, matka już drzemała na kanapie, pochrapując cicho. Pusta butelka po najdroższej whisky leżała na jasnym, puszystym dywanie, żółtawa plama po rozlanej resztce alkoholu wyglądała jak mocz.
    Ilona przypomniała sobie cherlawego pana Zdzisia czy Stasia, czy jak mu tam było i wstrząsnął nią dreszcz obrzydzenia. Ona nie zamierzała sprzedawać się takim żałosnym konusom! Przez jej wspomnienie przemknęła nieco zamazana twarz srebrnego lisa z kawiarni.
   Dostała swoją szansę i stchórzyła… Zwiała, nie potrafiąc wyobrazić sobie, że go dotyka, jakby był drogocennym przedmiotem, który mogłaby uszkodzić czy pobrudzić. Miał starannie przyczesany zarost, jak na jakiejś reklamie, pachniał odurzająco oparami świeżo zmielonej kawy, nowiutkimi skórzanymi meblami, wilgotnym leśnym poszyciem… Pachniał luksusem. Dogadzanie mu w publicznej toalecie wydało jej się profanacją.
     Ciekawe, co sobie pomyślał, gdy uciekła? Nie zamierzała się o tym przekonywać, musiała zmienić rewir i sama ta myśl ją denerwowała. Może po prostu przeniesie się na wyższe piętro, pod butik Louboutina…? Dziewczyna, która szlajała się tam jesienią, zniknęła bez śladu, a jej nie obchodziło, czy znalazła księcia z bajki, czy stoczyła się na dworzec.
     Ona nie zamierzała się stoczyć.
     I musiała raz jeszcze dobrze pomyśleć, jak rozegrać sprawę z podstarzałym księciem…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz